5 cze 2022

Wspomnienia pani Małgorzaty Todd

Dla nas powstanie zaczęło się od wycia syren, zapo­wiadającego bombardowania. Byliśmy przygotowani na taką okoliczność. Należało jak najprędzej zejść do schronu. Po odwołaniu alarmu wracaliśmy do mieszka­nia, które stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Szy­by, mimo zabezpieczeń, powypadały po pierwszych bombardowaniach pobliskich domów. Nie było czym ich zasłonić, ale na szczęście letnia pora nie wymagała za­bezpieczeń przed zimnem. Dalsze nocowanie w sypialni stało się jednak zbyt niebezpieczne. Miałam posłanie w alkowie na kufrze. Pomieszczenie bez okna było bez­pieczniejsze. Po zburzeniu przyległej kamienicy alkowa nie przylegała już do żadnego budynku i można by zro­bić w niej okno, zyskując nowy pokój. Ot, zawsze robi się jakieś plany na przyszłość, nawet w czasach tak niepew­nych, jak wojna. Na razie trzeba było ją jakoś przecze­kać. W chwilach względnego spokoju rodzice usiłowali robić zakupy. Po mleko chodziło się do tego pobliskiego parterowego budynku z niskimi oknami. Żywej krowy nigdy w tym obejściu nie widziałam. Mleko jakimś cu­dem tam dostarczano nawet podczas powstania. 

O zabawach na podwórku musiałam zapomnieć.  Zmasowane niemieckie ataki nie ustawały i chociaż bomby nie trafiały jeszcze w nasz dom, to jednak na odłamki narażony był każdy i prawie wszędzie. 

Mama swoim zwyczajem, każdą wolną chwilę spę­dzała z książką siedząc w ulubionej pozycji na jednej podwiniętej nodze. Ta nietypowa pozycja ocaliła jej ży­cie. Przez okno, pozbawione już szyb, wpadł ułamek z jednej z kolejnych eksplozji, przeszył udo jednej nogi i utkwił w drugiej. Gdyby siedziała, jak każdy, ułamek trafiłby w brzuch, a taka rana musiałaby być śmiertel­na. Udało się wezwać lekarza, który wyjął odłamek i opatrzył rany. Teraz każdy alarm oznaczał dodatkowy wysiłek zejścia z piątego piętra do piwnicy.

To był zaledwie początek Powstania. Naloty nasilały się i wreszcie przyszedł ten nieuchronny moment, gdy na kamienicę numer pięć niemieckim pilotom udało się zrzucić bomby zapalające i burzące jednocześnie. Z na­szego mieszkania, ani całego piętra nic nie zostało, o czym nawet nie wiedzieliśmy ukryci w schronie.

Kiedy alarm odwołano wyszliśmy ze schronu, a na­szym oczom ukazał się niezwykły widok. Byliśmy uwię­zieni w płonącej „studni”. Kamienica, budowana w kształcie studni, zrujnowana była doszczętnie. Sterczały tylko kikuty ścian, a to, co się znajdowało między nimi, nadal płonęło. Płomienie w każdej chwili mogły dotrzeć do ludzi zgromadzonych na gruzowisku, a resztki ścian zawalić się do środka. Ze wszystkich stron otoczeni byli­śmy płomieniami i walącymi się ścianami, a jedyne wyj­ście zostało zablokowane gruzem, uniemożliwiającym wydostanie się na ulicę. Brama wyjściowa z budynku  została całkowicie zasypana gruzem.

Przerażeni ludzie łatwo wpadają w panikę, na szczę­ście ktoś przytomnie zarządził próbę odgruzowania wyj­ścia. Kto żyw, brał się do roboty i po pewnym czasie po­wstała szczelina, przez którą pojedyncze osoby mogły się przecisnąć.

Wszyscy troje ruszyliśmy w ślad za innymi, czyli do parterowego budynku, po przeciwnej stronie ulicy. Był to ten budynek, na zapleczu kościoła, w oknie którego oglądałam pudełko po kakao. Tu też chodziło się z bańką po mleko. W każdym razie, to właśnie u sióstr zakon­nych spędziliśmy ostatnie dni Powstania. Niemieckie bombowce usiłowały zburzyć ten parterowy budynek, ale kikuty wypalonych kamienic nie pozwalały samolo­tom zniżyć się wystarczająco i bomby, dla nas przezna­czone, nie trafiały w cel.

Wreszcie odgłosy eksplozji ucichły i pojawili się nie­mieccy żołnierze. Wyprowadzili nas pod eskortą jakby­śmy mogli stanowić jeszcze jakieś zagrożenie. Ruszyli­śmy w nieznane. Wieść niosła, że Powstanie upadło, ale niszczenie Warszawy trwało nadal. Samoloty zrzucały bomby, gdzieś dalej, co było wyraźnie widać w jasny wrześniowy dzień. Zagnano nas na Wolę. Jaki przewi­dzieli los dla nas? Tego nikt nie wiedział. 

„Zakwaterowano” nas w kościele św. Wojciecha. Noc trzeba było spędzić na gołej posadzce. Mama rozłożyła mi swoje futro z łapek karakułowych, które od początku powstania było spakowane do walizki, a wtedy posłuży­ło mi za materac. Prócz tego futra ocalała tylko hafto­wana huculska bluzka kupiona przez mamę przed wojną w Zaleszczykach. Mam ją do dziś. 

Następny nocleg, jaki zapamiętałam, był w wielkiej hali w Pruszkowie. Tu nas rozdzielono. Tatę zabrano do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, a ranną mamę z małym dzieckiem, czyli mną, puszczono wolno.

Wolność w tym wypadku oznaczała bezdomność. Ro­dzeństwo mamy mieszkało na wschodzie i jasnym było, że zarówno siostra z dziećmi, jak i brat z rodziną zostali wywiezieni na Syberię. 

3 kwi 2022

Zdarzenie i zmyślenia - Rozdział 2 - Pamiętnik znaleziony w...

Klara jeszcze raz przyj­rzała się starej fotografii, za­nim umieściła ją na powrót w pudełku, z którego wyjęła ze­szyt z pożółkłymi kartkami z zamiarem zagłębienia się w lekturę, ale spojrzała na zega­rek i stwierdziła, że najpierw trzeba zaparzyć herbatę. 


Kiedy wszystko było go­towe, sięgnęła znowu po ze­szyt, ale najwyraźniej nie było jej dane oddać się lekturze, bo sygnał dzwonka zmusił ją do wyjścia do przedpokoju.

– Przepraszam, że jestem za wcześnie – zaczęła Renata.

– Nic nie szkodzi, mnie też zdarza się częściej być za wcześnie, niż się spóźniać – odparła Klara zapraszając go­ścia gestem, by zajął miejsce przy stole.

– Moja synowa zrobiła niemałe zamieszanie odbie­rając telefon nie dla niej przeznaczony.

– Cieszę się, że pani jest wstępnie zainteresowana wydaniem książki. Można? – spytała biorąc dzbanek z herbatą do ręki.

– Tak – odparła Regina.

Klara nie była pewna, czego owo potwierdzenie do­tyczy, książki, czy herbaty. Napełniła jednak obie filiżanki i powiedziała, wskazując duże tekturowe pudło.

– Tu są zdjęcia i pamiętnik, o którym wspomniałam.

– „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”?

– Raczej w pawlaczu – uśmiechnęła się Klara. Wyję­ła leżącą na wierzchu fotografię. To jest Piotrowska z domu Jasińska z mężem.

– Zdaje mi się, że właśnie na rodzinę Jasińskich tra­fiła moja synowa przeglądając stare dokumenty, stąd to jej zainteresowanie. Lepiej żeby pani wiedziała, że ona pracuje na zlecenie jakichś domniemanych spadkobier­ców i próbuje zawczasu wyeliminować ewentualne kłopo­ty ze strony prawdziwych spadkobierców, gdyby się tacy znaleźli.

– Rozumiem. Mnie interesuje wydanie książki. Czy chciałaby pani zabrać te materiały?

– Wolę nie brać odpowiedzialności za cenne pamiąt­ki. Będę do pani wpadała i razem wybierzemy to, co nada­je się do druku. Możemy zacząć od razu.

– W takim razie na początek może to – Klara sięgnę­ła po zeszyt w kratkę zapisany drobnym pismem i zaczęła czytać.

Michał Szczurek zdecydował się opuścić rodzinne strony po tym, jak Rosjanie, po Powstaniu Styczniowym pozbawili go ojcowizny. Ruszył w nieznaną podróż na zachód, gdzie oczy poniosą. Praktycznie przeniósł się spod zaboru rosyjskiego pod austriacki, a konkretnie do wsi Pawęzów w powiecie Tarnowskim. Tu okazało się, że mieszka rodzina o takim samym nazwisku. Nigdy nie udało się ustalić, czy mieli wspólnych przodków. Michał ożenił się i założył rodzinę. Żona wniosła w posagu tyle ziemi, ile mogli sami uprawiać i wyżywić rodzinę skła­dającą się z małżonków i trojga dzieci. Najstarsza była Maria, a Michał i Józef znacznie od niej młodsi. 

Wiejskie życie podporządkowane było porom roku i ciężkiej pracy, ale miało też swoje uciechy. Michał, zwany Rusinkiem z racji wschodniego pochodzenia, cie­szył się uznaniem współmieszkańców, którzy powierzyli mu stanowisko sołtysa. W ich chacie odbywały się ze­brania starszyzny, na których zapadały decyzje o wspólnych poczynaniach. Te spotkania zapamiętał naj­młodszy Józef, którego obrady nie interesowały, ale przyglądał się ich uczestnikom. Dużo palono, a jeden z obradujących rzucał niedopałki na podłogę i je rozdep­tywał, nie używał popielniczki. Później Maria musiała podłogę szorować, zamiast czytać młodszym braciom opowiastki. Może ten właśnie brak czasu starszych był zachętą, żeby jak najprędzej pójść do szkoły i nauczyć się czytać?

Najbliższa szkoła powszechna mieściła się w Lisiej Górze, wsi oddalonej o pięć kilometrów, które to kilome­try dzieci codziennie pokonywać musiały pieszo. Wę­drówki do i ze szkoły dostarczały też dodatkowych wra­żeń. Można było po drodze znaleźć jakieś leśne owoce, grzyby, albo… pietruszkę? Odkrycia bywają bardzo nie­bezpieczne. Nikt Józefa nie ostrzegł, żeby nie zbliżał się do rośliny o nazwie – szalej, która z wyglądu przypomi­na pietruszkę. Zatrucie na szczęście nie było śmiertelne. To doświadczenie pokazało mu czym może być narkotyk i nie były to wrażenia, które chciałby kiedykolwiek po­wtórzyć.

Rytm życia na wsi dyktuje przyroda. Jesień bywa złota i obfituje w dobra wszelakie dzięki obfitym plo­nom. Droga do szkoły, to raczej miły spacer, niż znój. W zimie z tą drogą bywało gorzej, zwłaszcza jeśli nie miało się dobrych butów. Długie zimowe wieczory Józef spę­dzał przy lampie naftowej, odrabiając lekcje, a po obo­wiązkach następowała przyjemność czytania „Trylogii” Sienkiewicza. Wiosna to czas intensywnej pracy dla wszystkich, nawet dzieci. Z pierwszym pojawieniem się zielonej trawy na łące, wypasało się na niej krowy i był to obowiązek najmłodszego członka rodziny.

Sielanka nie trwa wiecznie. Zdarzył się taki feralny dzień, w którym Józef po przyjściu ze szkoły zamiast domu zastał dopalające się zgliszcza. Kronika rodzinna nie informuje co było przyczyną pożaru, najważniejsze że musieli sobie z tym poradzić, przeprowadzając się do stajni. Wspólne zamieszkanie pod jednym dachem z koń­mi trwało aż do odbudowy domu.

Najmłodszy potomek okazał się zdolny i chętny do dalszej nauki, posłano go więc do gimnazjum w Tarno­wie. Nie wiem czy nauka była płatna, ale za stancję trze­ba by zapłacić, gdyby nie dobry zbieg okoliczności. Wu­jek Józefa mieszkał w mieście i przygarnął siostrzeńca. Wówczas zapewne całkiem bezinteresownie.

– Później kazał sobie zapłacić? – zapytała Regina.

– Nie wprost. Zaciągnął kredyt, który siostrzeniec podżyrował i jako żyrant spłacał go przez wiele lat.

– Jeszcze jedno. Trochę gubię się w tych koligacjach.

– Nie pani jedna. Podziwiam ludzi zajmujących się genealogią. Z moich pobieżnych wyliczeń wynika, że czte­rysta lat temu każdy z nas musiał mieć po około dwóch milionów przodków.

– Rzeczywiście, jest w czym wybierać.

27 mar 2022

Wspomnienia - Stanisław Wicher

Wspomnienia - Stanisław Wicher

Z panem Stanisławem Wicher rozmawiała pani Marta Adamus.


Na początku II wojny światowej jako mały chłopiec został pan tylko z mamą i siostrą. Jak to się stało?

Ja mam 82 lata. Na początku powstania miałem 14. Mój ojciec w 1939 roku poszedł walczyć na front. Dostał się do niewoli, był 6 lat koło Królewca. Wrócił po wojnie, w 19 45 roku. Pierwszy rok okupacji, byłem młodym chłopakiem. A moja matka… Została sama – bez wykształcenia, bez zawodu, z dwojgiem małych dzieci. Ja miałem 9 lat, kiedy wojna wybuchła, moja siostra miała półtora roku. Zostaliśmy bez środków do życia, Bez niczego. Mama musiała handlować chlebem, żeby na ten chleb w ogóle było.


Jak wyglądało wtedy wasze życie? 

Przed wojną jeszcze chodziłem do szkoły. Przed wojną zrobiłem 2 klasy szkoły podstawowej, ale tę szkołę Niemcy zajęli na koszary i wynieśli nas do innego budynku, na Aleję Wojska Polskiego.

Chodziłem do szkoły cały czas, za okupacji skończyłem szkołę podstawową. Oprócz tego musiałem opiekować się siostrą, bo matka pracowała, handlowała chlebem. Co świt wstawała, szła do piekarni po chleb, a potem torbę dźwigała na bazar na Halę Mirowską albo na Kercelak i tam sprzedawała. Ja musiałem wiedzieć, kiedy wstać. Musiałem wiedzieć, co zrobić do jedzenia dla siebie, dla siostry. Nakarmić ją i zaprowadzić do świetlicy. Później do szkoły. A po lekcjach musiałem przyjść do domu, pójść do piekarni, wziąć znów torby i zawieźć je do matki. Miałem wtedy jedenaście, dwanaście lat. Wracałem razem z matką. Chciałem jeść, to zjadło się kawałek chleba z czymś tam.

Przed wojną związek Powstańców Śląskich pomógł ojcu dostać pracę. Dostał się na tramwaje, do pogotowia sieci tramwajowej. Tam pracował aż do wybuchu wojny. ale jak się dostał do niewoli, to ta rodzina tramwajarska pomagała kobietom, których mężowie byli w niewoli. Prowadzili własną stołówkę. Gdy mój ojciec był w niewoli, a przed wojną był tramwajarzem, to ja mogłem pójść z bańką a oni na te dawali mi zupy i to było bardzo dużo.


Co jeszcze robił pan w tym okresie?

Nie miałem przy sobie ojca, nie miałem żadnych wskazówek, ale czułem, że coś trzeba robić. W czterdziestym trzecim roku u nas w szkole zakładano drużynę harcerską. Oczywiście była to najmłodsza grupa – Zawiszaki – od 13 do 15 lat. i tam, oczywiście ja musiałem być! Moja działalność harcerska była taka przedszkolna, bo starsi nie chcieli nas specjalnie angażować. Założenie było takie, że ta najmłodsza grupa harcerzy nie jest do walki. Mieliśmy przetrwać, mieli nas przygotować do tego, żebyśmy po wojnie mogli zająć różne stanowiska. Dlatego nas nie dali do oddziału, nie braliśmy udziału w Powstaniu Warszawskim.  Były oczywiście zbiórki, szkolenia. Czasem ktoś dostał jakieś polecenie. Oczywiście składaliśmy przysięgę, przyrzeczenie. Każdy miał swój pseudonim. Ja miałem Andrzej.


Dlaczego Andrzej? 

Bo podczas okupacji byłem ministrantem w kościele Świętego Józefata za cmentarzem powązkowskim – wojskowym. Za okupacji miałem też pierwszą komunię i bierzmowanie, gdzie wybrałem imię Andrzej.


Dlaczego tak bardzo chciał pan być harcerzem?

Jestem warszawiakiem od pokoleń. Ojciec urodził się w Warszawie, Dziadek urodził się w Warszawie, moi synowie też urodzili się w Warszawie i wnuczek. Kolejne pokolenia… Co ważne, moja rodzina to taka zwariowana rodzina pod względem patriotycznym. Jednak nikt z rodziny nigdy nie przywiązywał wagi do dokumentowania tego, co robią. Wszyscy uważają i uważali, że to po prostu nasz obowiązek.

Mamy informacje, że mój pradziadek brał udział w Powstaniu Styczniowym, a dziadek mój w 1905 roku tak naraził się carowi, że cała rodzina znalazła się na Syberii. W 1917 roku udało im się wrócić do Warszawy. a w 1920 roku, gdy mój ojciec miał 16 lat, nikt nie mógł go zatrzymać. Pognał przeciwko bolszewikom! Pod Mińskiem został ranny, więc przywieziono go z powrotem do Warszawy. W 1921 roku dowiedział się, że na Śląsku jest powstanie. On nie był ze Śląska, ale ochotnicy z Warszawy mogli pojechać , jeśli mieli 18 lat. Ojciec miał tylko 17, ale nie zrezygnował. Przerobił sobie dokumenty i pojechał na powstanie, walczył. To są właśnie moje korzenie rodzinne. 

Jest jeszcze jedna rzecz ważna związana z naszą rodziną. W latach 30 był kryzys, a w kryzysie było ciężko. Ojciec nie miał pracy, był rzemieślnikiem. Właściwie to terminował na rzemieślnika, na ślusarza. Ale roboty nie było, matka nie miała żadnego wykształcenia, takie to były czasy, więc ratowali się, jak mogli i zaczęli robić bambosze. Z bamboszami matka chodziła na Kercelak, - Plac Kercelego, jak kończy ulica Okopowa. I tam się sprzedawało.  Zimą ojciec wychodził, gdy jeszcze było ciemno i patrzył, czy śnieg nie pada. Jak padał, to szybko się ubierał i pędził do magistratu, bo tam zatrudniali do odśnieżania.

 A koledzy taty mówili:

Słuchaj, po co ty tak się marnujesz? Przecież byłeś w Powstaniu (mieli na myśli Powstanie Śląskie).

  • No to co, że byłem?
  • Przecież jest Związek Powstańców. Idź do nich, porozmawiaj.
  • A tam, nie mam dokumentów, mnie to nie interesuje.

Ale go wreszcie namówili. Napisał do archiwum wojskowego w 1936 czy 1937 roku, a przecież powstanie było w 1921. Po tylu latach… ale w archiwum wojskowym od razu znaleźli informację, Ojciec dostał zaświadczenie, że brał udział w Powstaniu. wtedy się zgłosił do Związku Powstańców Śląskich. Ojciec nie przywiązywał wagi do zaświadczeń i zasług. On w ogóle nie chciał sobie głowy tym zawracać. Tak samo jak mój pradziadek. Był w powstaniu, to był, uważał, że to jego obowiązek. Taka rodzina zwariowana.


Czy pamięta pan jakieś szczególne wydarzenie z okresu okupacji?

Tak pamiętam. Pewnego dnia idę do szkoły, a jeden z kolegów mówi:

  • O, nie ma tego Zenka. Spóźni się dzisiaj. A może w ogóle nie przyjdzie.
  • Dlaczego?
  • A w ogóle to nie wiadomo, czy na cmentarzu nie wyląduje.
  • A co się stało?
  • Gestapo zabrało całą rodzinę.
  • A za co ich zabrali?
  • Podobno jego ojciec był jakimś powstańcem.
  • No, mnie to nie interesuje.

Oczywiście udawałem, że mnie to nie interesuje. Takie tematy nie były w ogóle poruszane. To było niebezpieczne. ale szybko sobie coś uświadomiłem.

Idziemy dalej do szkoły. Przeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów. Mówię:

  • Wiesz co? Ja nie mam odrobionych lekcji, Nie pójdę dzisiaj do szkoły, idę na wagary.
  • To cześć.

Skręciłem w najbliższą uliczkę. Jak byłem pewien, że kolega już mnie nie widzi, wtedy pobiegłem do domu. Myśmy nie przywiązywali wagi do niczego. Mieliśmy szafę, w której były szufladki. a w jednej z nich były oznaczenia ojca, legitymację - między guzikami, tasiemkami. Ja to sobie przypomniałem wtedy, gdy kolega mi opowiadał o Zenku i jego rodzinie. Wróciłem do domu i odszukałem wszystko, co było związane z ojcem.

Gdy ojciec dostał się na tramwaje, byliśmy bogaci.., hoho. Czuliśmy się strasznie bogaci, bo tata zarabiał i matka mogła sobie kupić maszynę do szycia. Ta maszyna do szycia miała w wyposażeniu metalowe pudełeczko z częściami. Do tego pudełeczka poskładałem wszystkie odznaczenia, książeczki, zaświadczenia, legitymacje.

Zawinąłem w szmaty. Był tam jeszcze jakiś smar, nie wiem skąd się wziął. Oblepiłem nim to zawiniątko.

W komórce na podwórzu trzymało się opał. Pieniek do rąbania odsunąłem, dół wykąpałem, Wszystko schowałem, Zakopałem, ubiłem, pieniek postawiłem i narąbałem drzewa. Koniec roboty.

Minęło dwa dni. Gestapo podjechało w niedzielę z samego rana, po cywilnemu. Gestapowcy pytają:

  • Gdzie ojciec?
  • W niewoli - matka pokazuje listy.

Nic nie powiedzieli, tylko zrobili rewizję. Należy wiedzieć, że rodziny Powstańców likwidowali całe. Mieli szczęście, jeśli się znaleźli w obozach koncentracyjnych - ale przeważnie zabijano wszystkich.

Rewizję zrobili straszną, wyrzucili wszystko. Matka sobie przypomniała, że w szufladzie coś jest. Ja jej nie powiedziałem, co zrobiłem. Spojrzałem na nią, jak wyciągali tę szufladę - matka zbladła. Pomyślałem: straci przytomność, czy nie? Gestapowiec wysypał wszystko z szuflad na ziemię i tam nie było nic podejrzanego. Matka zdziwiona, zaskoczona. Ale coś wyleciało, chciałem się schylić, wtedy jeden z Niemców mnie kopnął. Trzy tygodnie nie mogłem oddychać! Nie wiem, może połamał mi żebra, może nie. W każdym razie dopiero po trzech tygodniach ból mi przeszedł. Bo się po coś schyliłem!

Wyrzucili wszystko, wszystko. Ale nic nie znaleźli. Skąd w ogóle wiedzieli coś o ojcu? Widocznie przycisnęli jakiegoś Powstańca i on coś powiedział, ale Niemcy chcieli sprawdzić te informacje. Jednak nic nie znaleźli.

My tu jeszcze przyjedziemy - powiedzieli łamaną polszczyzną.

Ale już nie przyszli. Przyszli dopiero podczas powstania palić wszystko. Dali nam tylko 15 minut na zabranie rzeczy. Potem i tak wszystko spłonęło.


Jak wspomina pan początek Powstania Warszawskiego?

Mieszkałem wtedy na Żoliborzu, przy ulicy Pionierskiej. Nie wiem, czy ona dalej istnieje; było to przy cmentarzu wojskowym. Osiedle było drewniane, dla najbiedniejszych. miało swoją nazwę: Miasteczko Powązki. Ponieważ było drewniane, wszystko to pod koniec Powstania Niemcy spalili.

Samo powstanie spotkało mnie pod Halą Mirowską. Pojechałem tam z matką. Nas, Zawiszaków, nie poinformowano o Powstaniu.. Wszystkie oddziały wiedziały, że jest powstanie, godzina W, a my nie. Traktowali nas trochę ulgowo. bo chłopak jedenaście, czternaście lat może jeszcze poczekać. Później, podczas powstania to nas używali do przenoszenia amunicji, do przenoszenia informacji, meldunków, poczty.

Jak tak matkę i mnie zastało Powstanie, to trzeba było iść do domu. Siostra pod opieką sąsiadki, małe dziecko, miała 5 lat. Ale jak się teraz dostać do domu? Przecież Powstanie, wszędzie walki, nie można było wydostać się spod Hali Mirowskiej. Z budynku Gestapo ostrzał był straszny, nie można było przeskoczyć przez ulicę. Doszliśmy do Ogrodowej. Piwnicami można było przejść, bo były poprzebijane, ale jak przedostać się przez ulicę? Na ulicy leżało już kilka trupów. No, nie udało im się. Poczekaliśmy, aż zaczęło się lekko rozwidniać i udało się nam przeskoczyć.

Poszliśmy na plac Kercelego, bazar był zlikwidowanych, jeszcze trochę bud było, ale kogo się spytać? Był tam młody chłopak, może miał dziewiętnaście, dwadzieścia lat. Na berecie miał gwiazdkę, to znaczy, że miał jakieś przeszkolenie oficerskie. Pytam go:

  • Jak dostać się na Żoliborz?
  • Nie wiem – mówi – ale prawdopodobnie innej drogi nie ma, tylko przez cmentarze.
  • Jak to?
  • No, przez cmentarz żydowski, z żydowskiego na powązkowski, a potem to już trzeba dalej iść.

Tak zrobiliśmy. Dostaliśmy się na cmentarz żydowski. Tam tylna część cmentarza zarośnięta. Jak przywozili nieboszczyków, to o nic nie dbali, wyrzucali ciała do dołów. Te dni były deszczowe, sierpień, ale dużo deszczu. Było ciepło, ale mokro. Szliśmy z matką po cmentarzu, ale trzeba było uważać, żeby się nie poślizgnąć i nie wpaść do dołu.

Ja idę pierwszy, matka za mną. I nagle słyszę:

  • Halt! – po niemiecku!

Pomyślałem: "to już koniec ". I nagle słyszę po polsku:

  • Uważaj, uważaj! Do dołu wpadniesz! 

Wtedy oprzytomniałem. rzeczywiście, prosto na ten dół szedłem. ale ominąłem go. Potem okazało się, że to ostrzegł nas tramwajarz. Tam byli powstańcy, tylko okryci kocami, bo było bardzo wcześnie. Powiedzieliśmy im, gdzie chcemy iść, Oni robili ostrzał terenu getta, bo tam w pierwszym dniu powstania schowali się Niemcy. Powstańcy wytłumaczyli nam jak iść, jeden z nich nawet podprowadził nas kawałek.

W murze była dziura przebita z cmentarza żydowskiego na cmentarz powązkowski. Tak dostaliśmy się na cmentarz powązkowski i idziemy, idziemy, idziemy. Wreszcie doszliśmy do ulicy. Co to? Koniec cmentarza? Nie zaryzykowaliśmy tego dnia wyjścia z cmentarza. Zostaliśmy tam całą noc. Rano doszliśmy do ulicy Powązkowskiej, do bramy, a brama była zamknięta. Chcemy wyjść z cmentarza, a brama zamknięta. Co robić? Po tylu przeżyciach, po tym wszystkim…

Wtedy zobaczyłem furię mojej matki. Nie wiedziała, co ma zrobić. Ja wszedłem po krzyżu na mur. Może bym przeskoczył, ale matka by nie przeskoczyła, Byłem tego świadomy. Wokół. cisza, spokój, żadnego strzału, nic. I nikogo nie ma. To mnie zastanowiło. Taka cisza. fajnie! No, ale brama zamknięta, matka zaczęła walić tę bramę, szumu narobiła! Nie wytrzymała nerwowo, w domu małe dziecko, - nie może się wydostać… No i tak waliła dłuższy czas bez przerwy, ja już nic nie mówiłem, nie powstrzymywałem jej. Miałem tylko 14 lat. 

Po jakimś czasie z budynku naprzeciwko wyszedł dozorca. ale w eskorcie dwóch ss-manów. Pistolety trzymali gotowe i pilnowali, czujnie podchodzili do bramy. nie wiedzieli, co się dzieje. Kazali dozorcy otworzyć. Otworzył, myśmy wyszli. Matka mówiła, że chce do domu. popatrzyli się, uśmiechnęli i powiedzieli:

  • Idźcie, Idźcie.

Ale radość nie trwała długo. Poszliśmy, oczywiście chusteczka biała nad głową. Na wiadukcie leżało pełno trupów. Trzeba było iść i je omijać. Przed wojną zaraz za wiaduktem były magazyny wojskowe. Po lewej i po prawej stronie, koło cmentarza wojskowego. Te magazyny, oczywiście były zajęte przez Niemców. Na ulicy Powązkowskiej zaraz za wiaduktem Niemcy ustawili z każdej strony wieże wartownicze. Na wieżach było po kilku żołnierzy. Doszliśmy do wieży, a oni:

  • Z powrotem!
  • Gdzie? Dokąd? 
  • Z powrotem!

Trudna sytuacja. wtedy uświadomiłem sobie coś. zastanawiam się, jak to do mnie dotarło, że jak mijaliśmy tych nieboszczyków na wiadukcie, to wszyscy mieli głowy w kierunku Śródmieścia. czyli jakby strzały dostali z tyłu. To znaczyło, że Niemcy sobie zabawę zrobili. Wtedy zrozumiałem, że coś trzeba zrobić. Z boku była ulica Duchnicka. Skojarzyłem to szybko i pociągnąłem matkę. Ta wieża stała tak, że Niemiec musiałby się wychylić, żeby strzelić na Duchnicką. Skuliłem się się i Duchnicką pobiegliśmy w dół.

Doszliśmy jakoś do ulicy Przasnyskiej. Wtedy miała ona jedną stronę, przed wojną był tam Instytut Chemii, a z drugiej strony było gołe pole. Przed wojną był tam las liściasty. W tym lesie stał polski pułk – radiopułk. Radio było nowością. Przed wojną tam chodziłem nawet na półkolonie, bo matka była tam pomocą w kuchni. Później, jak już Wojska Polskiego nie było, Niemcy zajęli Instytut Chemii - były to oddziały SS, którym las przeszkadzał, bo lasem można było podejść blisko. Dlatego pozwolili ludziom wyciąć las na opał. Nie było innego opału, więc las został wycięty cały, z korzeniami. Trawka już wyrosła.

Jak szliśmy tą Przasnyską, to z jednej strony było pole, a z drugiej budynek. Za Instytutem trochę dalej, kiedyś było Osiedle. Teraz go już tam nie ma! Teraz są tam bloki mieszkalne. Wtedy było tam Osiedle Wojskowe. Nazywało się Kolonia Kościuszkowska. To były wille. Wszystkie domki były białe, czerwone dachówki, ładne ogródki. Nazywaliśmy je - "białe domki". Przed wojną mieszkały tam rodzinę oficerów.

W czasie wojny Niemcy mieli dobry ostrzał z wież obserwacyjnych Instytutu Chemii. I myśmy tak szli, szli w napięciu, żeby dojść do tego osiedla. Ale widzimy, że przed osiedlem leży pełno trupów. To mnie znów zastanowiło. Jak już doszedłem do jednego z ciał, to na jego zegarku zobaczyłem godzinę. Nie interesował mnie zegarek, chociaż to wtedy była wielka rzecz. W tym momencie odezwał się karabin maszynowy. Z wieży. Zaczęło kosić trawę koło nas! Więc krzyknąłem do matki:

  • Padnij!

Padła. Chciała coś powiedzieć…

  • Leż, Nie ruszaj się!

I tak musieliśmy leżeć aż do zmroku; na mokrej trawie, nie czuło się już ramion. Każdy ruch powodował nowy obstrzał. a gdy się nie ruszaliśmy, to uważali, że już nie trzeba do nas strzelać, skoro nie żyjemy.

Gdy zrobiło się już ciemno, to cicho, cichuteńko wymknęliśmy się i doszliśmy do domu. Po 3 dniach wędrówki. 


Co jeszcze działo się w czasie Powstania?

 Przez Piaski był szlak przerzutu Puszcza Kampinoska – Żoliborz. Tędy właśnie przechodzili powstańcy, gdy przez Marymoncką już nie można było przechodzić, bo Niemcy się przygotowali do walki. Więc powstańcy przechodzili tamtędy; przez nasz teren przechodzili. Ich łącznik, który miał kontakt z matką, wskazał dowództwu nasze mieszkanie. To na Pionierskiej. I dowódcy, szczególnie w nocy albo wieczorem, robili u nas narady, odprawy. Musieliśmy wychodzić wtedy z mieszkania, obserwować, czy coś się nie dzieje, czy ktoś się nie zbliża, może nawet jakiś cywil, na takich też trzeba było uważać.

Jeszcze ja chciałem się wyrwać stamtąd. Dlatego podszedłem po cichu do kapitana Szymona, który tam miał naradę :

  • Panie Kapitanie, jak będziecie odchodzić, weźcie mnie z sobą na centralny Żoliborz. Bo tam walki były.
  • Dlaczego?
  •  Bo tutaj ja się marnuje, niszczę się.

A on mówi:

  • Ty to jesteś bardziej potrzebny, jak kto inny. Ty znasz cały rejon. gdzie co przejść, jak przejść z podwórka na podwórko, z ulicy na ulicę, którędy przez śmietnik, którą deskę odchylić, która na jednym gwoździu w parkanie siedzi. Ty znasz to wszystko i ty przecież przeprowadzasz.
  • No, przeprowadzam.
  • No, i ty jesteś tu potrzebny.

Nie udało się. Nie chciałbym być taki. Chociaż myśmy tam jeszcze zbiórki robili, ale tam już nie były te zbiórki ze wszystkimi. tam było trzech, dwóch, czterech czasami. Jeszcze mieliśmy, ale już ta działalność była taka jakaś… 


Co działo się z panem po powstaniu?

Niemcy po Powstaniu spalili całe osiedle, a nas wypędzili. Wszystkich Powstańców brali do Pruszkowa, ale nas nie. Oczyścili teren i wszystko spalili. A my gdzie? Na Wawrzyszew, to wtedy była wieś. I tak znaleźliśmy się w miejscowości Truskaw. Jest to wieś, która przylega do lasu, do Puszczy Kampinoskiej. W Puszczy Kampinoskiej było chyba parę tysięcy partyzantów, którzy chcieli przejść na odsiecz Warszawie. ale nie doszło do tego. Ale byli tam.

W tej wsi nie było Niemców. Tam już byli tylko partyzanci. Wieś, która nie była okupowana. nawet podczas wojny. Tam były flagi biało- biało-czerwone. bo tam Niemcy nie wchodzili. Natomiast wszyscy rolnicy oddawali kontynent, Żywność. tam oddawali, przywozili na środek wsi, pod kapliczkę, ale dla partyzantów, a nie dla Niemców. To była Polska - myśmy się tam znaleźli. Radość w sercu była jak te flagi biało-czerwone. Oprócz tego kawaleria polska, w mundurach, na koniach, w pełnym uzbrojeniu. 44 rok. ale wojsko w mundurach z 39 roku. Był tam oddział kawaleryjski porucznika Górnego. Powstańcy przeważnie mieli opaskę i koniec, a to nie! To był mundur, pełny mundur z orzełkiem, czapka, wszystko, wszystko!

Przyjeżdżali też czasem na patrole zewnętrzne. Pamiętam, jeden z żołnierzy zatrzymał się. było to na początku wsi, nie bliżej lasu, tylko na skraju. No i on do mnie mówi:

  • No i jak, cisza, spokój?
  • Spokój, cisza na razie.
  • No, a w ogóle jak się czujesz?
  • A dobrze się czuję, dobrze - taka rozmowa o niczym.

Pojechali. a ja nie wiedziałem jednej rzeczy. Że tam dalej, pod lasem, jest oddział konny, ale ukraiński. To byli Ukraińcy, którzy współpracowali z Niemcami, którzy byli najgorsi ze wszystkich, Oni przez lornetkę obserwowali teren. Widzieli mnie jak rozmawiałem z polskimi żołnierzami.

Po jakimś czasie szturm i na koniach wpadli do wsi Ukraińcy. A jak wpadli to do wsi to wszystkich mężczyzn zabierali. I mnie też ciągną. Matka krzyczy:

  • To dziecko jest!
  • Jakie dziecko?

Wciągnął mnie do wszystkich mężczyzn. Ja na dzieciaka nie wyglądałem, miałem 14 lat, ale byłem dobrze zbudowany. Dopiero teraz jestem takim małym człowiekiem, już mi 6 cm ubyło.

Nagle odezwał się karabin maszynowy. Ten Ukrainiec, który mnie ciągnął, musiał mnie puścić i zająć stanowisko bojowe. To ja wtedy - chodu! Udało się. Ale karabin maszynowy przestał grać. Ukrainiec poderwał się i wszystkich za wsią podobno rozstrzelano. Drugi raz mi się udało ujść z życiem, może trzeci….

Razem wyszliśmy z powrotem do wioski, żeby wziąć swoje rzeczy i wycofać się. Przeszliśmy do wsi Hornówek. to było troszeczkę dalej. A tam stało niemieckie wojsko, Wehrmacht. W tej chałupie, w której zamieszkaliśmy kwaterował też oficer, który tak jak gdyby patrzył przez palce. Nie pokazywał wprost, że jest nastawiony pozytywnie, ale widać było że nie jest negatywny. Nawet trochę polski znał. Może był ze Śląska, może z Pomorza, nie wiem, ale ten język trochę przypominał polski.

O mnie tak jakoś hołubił. Potem powiedział mojej matce, że ja mu bardzo przypominam jego syna. Jasny blondyn, dobrze zbudowany, duże podobieństwo. Kiedyś powiedział, żebym wziął bańkę i poszedł do wojskowej kuchni polowej. Żebym z tą bańką codziennie przychodził, to będę dostawał zupę, ale też powiedział, że to nie za darmo, że będę musiał to odpracować. Ja na to chętnie przystałem. Jak przychodziła zmiana z okopów, bo tam były okopy były dla osłony lasu, to ja musiałem im broń czyścić. Mieli takie zaufanie… Nie pytali skąd jestem, wiedzieli wszystko. Ryzykowali. Sprawdzali mnie 10 razy, czy dobrze wyczyściłem lufy i wszystko inne.

Pewnego razu ten oficer mówi do mojej matki:

  • Za 2 dni my stąd odchodzimy. i przychodzą na nasze miejsce Ukraińcy. Postarajcie się stąd wynieść.

Szybko spakowaliśmy się i poszliśmy. Tym razem w kierunku Żyrardowa do Radziwiłłowa. Dlaczego tam? - Dlatego że w miejscowości Bartniki mieszkała przyrodnia siostra mojej matki. Kuzynka, tak to nazwijmy. Miała małe gospodarstwo i matka pomyślała, że się tam zatrzymamy na trochę. Jak tam doszliśmy, to usłyszałem, jak mąż tej kuzynki mówi do niej (nie zauważył mnie):

  • No i co, będziemy tych darmozjadów tu trzymać?

Powiedziałem o tym matce. Matka nic nie powiedziała, ale poszliśmy dalej.

Wędrowaliśmy między Łodzią a Warszawą, aż koło Rawy Mazowieckiej doszliśmy do z miejscowości Soszyce. Było to 6 km od Rawy Mazowieckiej w kierunku Łodzi, na trasie przelotowej między Łodzią a Warszawą. Ludzie nam pomagali, To kaszy trochę dostaliśmy, to mąki i jakoś się przeżyło. Tam zostaliśmy, aż do wyzwolenia.


Czy potem wróciliście do Warszawy?

Jak tylko front przeszedł to otworzyli w Rawie Mazowieckiej gimnazjum. Ja miałem ukończoną szkołę podstawową, to już było coś, to było bardzo dużo. Postanowiłem uczyć się w tym gimnazjum. a do czerwca zostały trzy miesiące. czy może 4 nie pamiętam kropkę w styczniu przeszedł front, a zanim szkołę otworzyli to był luty, może marzec. W czerwcu był koniec roku szkolnego. Startowałem do pierwszej gimnazjalnej. i zaliczyłem. Zaliczyłem też pierwszą gimnazjalną.


A dlaczego wcześniej nie przyjechaliśmy do Warszawy? 

Ojciec już się odnalazł. dał znać, że jest już w Warszawie i organizuje jakieś lokum. A ze względu na to, że był brak fachowców z branży tramwajowej, w której ojciec pracował przed wojną, więc nawet dostał tymczasową kwaterę. Ja nie mogłem wcześniej przyjechać do Warszawy, bo musiałem skończyć pierwszą klasę. Więc dopiero w czerwcu mogliśmy wrócić do Warszawy, jak dostałem świadectwo. Wróciliśmy, No i od razu poszedłem do drugiej gimnazjum, na Żoliborzu, bo ojciec dostał kwaterę na Placu Wilsona. Jeden mały pokoik służbowy.

Ja oczywiście od razu zostałem harcerzem. Już w mundurze. Nawet miałem krzyż harcerski, a pod krzyżem takie listki dębowe, które mówiły jaka jest przynależność czasowa do harcerstwa. Listek był brązowy, pamiętam. Brązowy listek na czerwonej podkładce. To mówiło, że rocznik okupacyjny.

4 mar 2022

Biuletyn Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944. Nr 62, marzec 2022

Z życia Stowarzyszenia

Ukraina walczy

W momencie oddawania niniejszego numeru biuletynu  do publikacji  obserwujemy bohaterskie z zmagania narodu ukraińskiego z najeźdźcą. 
Na naszej granicy przyjmujemy tysiące uciekinierów z głębi Ukrainy. Na zdjęciach z terenu przygranicznego pojawiają się głównie osoby starsze i matki z dziećmi. Spotykają się tam z życzliwością i pomocą. Dziesiątki wolontariuszy rozdają pożywienie i pomoc logistyczną.  

Dzieci powstania wspominają w tym momencie swój własny los, jaki zgotował im najeźdźca w 1944 roku. Nie jedno z dzieci przypomina sobie moment opuszczenia miasta, z dobytkiem mieszczącym się w niewielkiej walizce lub szmacianym węzełku.  
Pomimo poczucia względnego bezpieczeństwa, sytuacja uciekinierów ukraińskich nie jest dla nich całkowicie optymistyczna. Na Ukrainie pozostali członkowie rodziny, których nie można ochronić od bomb, głodu i odcięcia od świata, a także cały materialny dobytek. Rozumiemy ich stan nerwów. Każdy z nas, Dzieci Powstania, powinien czymś ich wspomóc.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania 1944 wpłaci pewną sumę pieniędzy ze swojego skromnego konta poprzez organizację pomocową. Zostaliśmy też ostatnio poinformowani przez Stowarzyszenie “Paczka dla Bohatera” o rozważanej możliwości przekazania darów “Paczki” dla uchodźców ukraińskich.
Profesor Andrzej Targowski otrzymał z Ukrainy listowną prośbę o wsparcie. Prośbę tę zamieszczamy w części z "Z krzesła Honorowego Prezesa".

Co warto przeczytać

W niniejszym biuletynie mamy zaszczyt opublikować kolejny felieton pana Jerzego Bulika. Mieszkający od 1985 roku w Kanadzie pan Jerzy zebrał w swoim życiorysie dziesiątki dokonań, pasji i aktywności na polu Inżynierskiej działalności zawodowej, pedagogicznej  (uniwersytety w Kanadzie), a także sportowej  i podróżniczej.  Jest autorem kilku książek. Jest członkiem naszego Stowarzyszenie od początków jego istnienia. Autor wzruszających i  obszernych wspomnień w książce “Dzieci 44” Jerzego Mireckiego.

Przez wiele lat życia (urodzony w 1930 roku) gromadził  Pan Jerzy życiowe doświadczenia i przemyślenia, których niewielką ilość zawarł w kilkunastu felietonach. 

Odświeżyliśmy i uporządkowaliśmy kolejne wspomnienia. W ostatnim czasie na naszym blogu pojawiły się:

  • Moja kamienica - wspomnienia Jerzego Kraśniewskiego - https://sdpw44.blogspot.com/2022/01/moja-kamienica-wspomnienia-jerzego.html
  • Wspomnienia p. Haliny Kałdowskiej - https://sdpw44.blogspot.com/2022/01/wspomnienia-p-haliny-kadowskiej.html
Rozpoczęliśmy też publikację (w odcinkach!) powieści pani Małgorzaty Todd - "Zdarzenia i zmyślenia" - https://sdpw44.blogspot.com/search/label/Zdarzenia%20i%20zmy%C5%9Blenia .

Baza naszych wspomnień

Wzbogaca się baza Naszych wspomnień - opublikowaliśmy dwa kolejne wpisy wspomnieniowe. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych  zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

Widziane z krzesła Honorowego Prezesa profesora Andrzeja Targowskiego


Na wstępie tekst prośby z Ukrainy, którą Honorowy Prezes prosił rozpowszechnić.

Chłopaki z gorących miejsc pod Kijowem przysłali:

Drodzy przyjaciele, bracia i siostry z różnych części naszego świata.

Zwracamy się do Was w tym mrocznym dla nas wszystkich czasie, kiedy czarne chmury z eksplozji zasłaniają słońce nad naszą stolicą.

Dziś wieczorem elitarne siły specjalne Federacji Rosyjskiej wraz z oddziałami czeczeńskimi zaatakują jedno z najstarszych i najpiękniejszych miast świata, duchową stolicę Europy Wschodniej – miasto Kijów.

W Kijowie toczą się już walki uliczne, a stolicy bronili wszyscy, którzy mogą trzymać broń, nawet emeryci, studenci i uczniowie.

Nadchodząca noc i jutro są krytyczne, stawką jest wszystko, w co cały cywilizowany świat uwierzył i zbudował do tej pory. Ze łzami w oczach prosimy Cię, bez względu na strefę czasową, w której się znajdujesz, abyś spędził cały ten czas na poście i modlitwie do Boga.  Módlcie się do Pana, aby chronił nas przed szalonymi hordami, które chcą drwić z wiary i prawdy Bożej.

Prosimy o przesłanie tej wiadomości do wszystkich swoich przyjaciół, rodziny i przyjaciół w Europie, Azji, Ameryce i na całym świecie!

Modlitwa jest silniejsza niż najsilniejszy wróg 🙏🙏🙏!

Z miłością i nadzieją w Panu.

Wasi bracia i siostry z Ukrainy💙💛.

Multipatriotyzm

Patriotyzm to nic innego jak poczucie wspólnoty członka grupy wobec tej grupy i pozostałych jej członków, połączone z emocjami, nieraz o najwyższej skali. Bowiem w imię patriotyzmu, aby osiągnąć wysokie cele, ludzie są gotowi do wielkich poświęceń, włącznie z własnym życiem. Zazwyczaj myśli się o patriotyzmie narodowym, ale patriotyzm może też odnosić się do rodziny, plemienia, narodu, państwa, imperium, mocarstwa, supermocarstwa-hegemona.

Oczywiście charakter patriotyzmu w dużej mierze zależy od stanu rozwoju społeczeństwa, które może być: zniewolone, wolne, demokratyczne, pseudodemokratyczne. Zależy też od charakteru grupy. Możemy wyróżnić patriotyzm polityczny (w którym ma miejsce gra interesów grup etnicznych), transregionalny (np. Grupa Wyszehradzka), transpaństwowy (np. NATO, UE), a nawet patriotyzm globalny (sieci społecznościowe typu Facebook, Twitter i inne). Np. wśród państw NATO obowiązuje „patriotyczna” zasada jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Poprzez te grupy przechodzi linia podziału wg kryterium, które stanowi rodzaj cywilizacji (rozróżnianej praktykowaną religią). Czyż członkowie zachodniej cywilizacji nie łączą się „patriotycznie” w wojnie przeciw islamskiej cywilizacji, jak ma to miejsce np. we Francji czy Belgii?

W głównym nurcie teorii patriotyzmu można sformułować prawo, że ludzie stale dążą do wolności, a ich sukces zależy od poziomu wiedzy i mądrości społeczeństwa, jego zdolności do skomunikowania się oraz samostanowienia i wiedzy co do funkcjonowania podobnych grup w świecie. Kiedyś owa zdolność do nawiązania łączności i samostanowienia była realizowana przez powstania i wojny, obecnie jest urzeczywistniana głównie (niemniej nie wszędzie) przez głosowania. Np. Słowacy wyzwolili się ze wspólnoty z Czechami w głosowaniu w 1992 r. Natomiast Szkoci przegrali oddzielenie się od Zjednoczonego Królestwa w plebiscycie w 2014 r. Z kolei w podobnym plebiscycie Zjednoczone Królestwo „wyzwoliło się” z UE w 2020 r.

A jakimi patriotami byli po drugiej wojnie światowej polscy emigranci, którzy ‒ pozbawieni polskiego obywatelstwa ‒ utrzymywali się z wielkim wysiłkiem w nowym środowisku jako obywatele amerykańscy czy angielscy? Zrażeni procesami „lotników” i „marynarzy”, w których bohaterów tej wojny skazywano na śmierć i wyroki wykonywano. A potem w czasach PRL-u, gdy już nie mordowano w sądach, ale zza biurka wykańczano niewygodnych dla reżimu.

Reasumując, obecnie np. Polak ‒ dzięki członkostwu w UE i łatwości przekraczania granic bez wiz ‒ stał się hybrydowym Polakiem, mieszka tam, gdzie chce, i jest patriotą np. Stanów Zjednoczonych, równocześnie często przebywa w Polsce, której też jest patriotą, a ponieważ może mieć żonę lub męża np. spoza zachodniej cywilizacji, jest także patriotą i tej trzeciej grupy. A gdy jest jeszcze jest profesorem, to ma w sali wykładowej przedstawicieli innych cywilizacji i w takiej sytuacji powinien być patriotą globalnej cywilizacji. Na tym przykładzie widać, że człowiek może być patriotą wobec 4 (i więcej) grup społecznych. Ten stan rzeczy określa się multikulturalizmem albo raczej, dla potrzeb tej wypowiedzi, nazwijmy go multipatriotyzmem.

Multipatriotyzm spełnia także paradygmat chrześcijaństwa, gdzie oprócz „kochania bliźniego swego” teraz należy „kochać obcego”. W tych realiach, aby w XXI w. odnosić sukcesy i być dobrym patriotą, trzeba być tolerancyjnym i otwartym na aktualną wiedzę o tzw. świecie oraz rozumieć aspiracje własnej grupy społecznej. Obywatel powinien być szkolony w krytycznym myśleniu, aby samemu wiedzieć, co jest racjonalne i mądre, a co pozostaje „obowiązującą” ideologią. Zwalczanie tego paradygmatu chrześcijaństwa na rzecz bezkrytycznego wspierania jedynie słusznie urodzonej grupy etnicznej prowadzi do zacofania cywilizacyjnego i upadku moralnego owego społeczeństwa. Niżej podpisany traktuje Polskę jak matkę, a Stany Zjednoczone jak żonę i jest wobec obu silnie zaangażowany patriotycznie. W zależności od sytuacji jest dumny z bycia Polakiem, a kiedy indziej także z bycia Amerykaninem. Stąd w USA w odniesieniu do mnie stosuje się formalny zapis Polish[1]American. Spośród ok. 55 mln, Polaków rozsianych po świecie, w tym w Polsce, w podobnej sytuacji znajduje się mniej więcej jedna trzecia z nich. Emigracja to choroba na Polskę. I tu czasem myślimy, że jesteśmy większymi polskimi patriotami aniżeli Rodacy w samej Polsce. Ponieważ z daleka idealizujemy Polskę, a Rodacy wiedzą lepiej od nas, jaka jest w rzeczywistości. Ten patriotyzm polskich emigrantów objawia się na różne sposoby. W czasach PRL-u jednym z jego wyrazów było przekazanie przez emigrantów swoim rodzinom w kraju ok. 50 mld dol., co stanowiło znaczną pomoc w ich życiu. Wiadomo, że to właśnie był główny powód utworzenia specjalnej państwowej sieci sklepów PEWEX. Nie zgubcie nas.

Felieton dr Jerzego Bulika 


Cel osiągnięty ...

Słuchałem kiedyś wywiadu z pewnym astronautą. Astronautą postanowił on nim zostać, kiedy był małym chłopcem. Osiągnięciu tego celu podporządkował kolejne etapy swego życia. Nie mówił głośno o tym o tym do czego zmierza, ale miał to ciągle przed oczyma. Starał się dobrze uczyć w szkołach. Do kosmosu wybrał drogę przez lotnictwo. Przykładał się bardzo do szkoleń przez jakie przechodził na różnych szczeblach swojej kariery lotniczej. Jeszcze bardziej zwiększył swoje wysiłki i zaangażowanie, kiedy został „astronautą w treningu”. Spowodowane było to tym, że szkoła astronautów jest środowiskiem przesyconym atmosferą współzawodnictwa. To, że zdobywa się wiedzę potrzebną w tym zawodzie, że zdobywa się konieczne umiejętności praktyczne, że ostatecznie przejdzie się pomyślnie przez cały program, wcale nie znaczy, że się poleci. Wyszkolonych astronautów jest więcej niż miejsc do obsadzenia. Lecą tylko najlepsi i to też nie wszyscy. Można zostać „dyplomowanym” astronautą i nie polecieć. „Nasz” tego dokonał.  

Kiedy wrócił na ziemię doznał uczucia pustki. Co dalej ? Do czego dążyć ? Czym teraz nasycić życie ? To, że poleci może jeszcze drugi, a nawet trzeci raz jawiło się raczej jako rutyna, a nie jako spełnienie celu życia. Zaczął patrzeć w siebie i wokół siebie. Uświadomił sobie, że zawsze, gdzieś tam odłożona na bok, tliła się w nim pasja do muzyki. Zwrócił się ku niej. Zaczął pisać muzykę i wykonywać ją. Jego życie stało się znowu wypełnione.
Myślę, że nie trzeba być astronautą, aby doświadczyć problemu pustki po zakończeniu jakiegoś etapu życia. Występuje ona zawsze, oczywiście w stopniu zależnym od osobowości, kiedy cel jest „punktowy”, jakim w przypadku owego astronauty było „polecieć w kosmos”.

Cele tego typu występują we wszystkich dziedzinach ludzkiej działalności. W sporcie może to być np., zdobycie jakiegoś szczytu górskiego albo medalu olimpijskiego, albo wygranie jakiegoś turnieju. W kształceniu się może to być ukończenie jakiejś szkoły albo uzyskanie jakiegoś tytułu naukowego. W działalności zawodowej może to być osiągnięcie jakiegoś stanowiska, wprowadzenie swojego produktu na rynek albo podniesienie swojej firmy do dominującej pozycji w kraju czy nawet na świecie Kiedy cele, a również i marzenia są „domknięte”, kiedy nie mają dalszej perspektywy, wtedy dotarcie do tego punktu jest jednocześnie wkroczeniem na obszar, który jest pusty. Taka sytuacja pojawia się również w momencie przechodzenia ludzi na emeryturę, w przypadku, gdy praca wypełniała bez reszty ich całe życie, gdy nie mogą jej kontynuować nawet w ograniczonej formie i w ograniczonym wymiarze i gdy nic poza nią w ich życiu nie istniało.

Myślę, że wnioski z tych obserwacji nasuwają się same. Jeden: nasze cele i marzenia życiowe nie powinny mieć jakiejś granicy, powinny mieć raczej charakter ciągły. dający możliwość kontynuowania ich, chociaż może z etapu na etap, w inny sposób albo na trochę innym polu. Drugi: uprawianie w życiu „monokultury” chociaż ma swoje oczywiste korzyści (przede wszystkim wydajność i skuteczność) zawiera w sobie zalążek kryzysu, w sytuacji, gdy taka skoncentrowana, ograniczona do pewnego obszaru działalność, nie może być dalej uprawiana. 

Zaproszenie do sanatorium i na wczasy

SDP1944 zaprasza do uczestnictwa w wyjazdach leczniczo- wypoczynkowych organizowanych przez zaprzyjaźnione Stowarzyszenie „ DZIECI WOJNY w POLSCE ‘’. Chętnych prosimy o kontakt drogą elektroniczną z SDP1944 lub bezpośrednio z p. Iwoną Rutkowską-Kaczmarek ze Stowarzyszenia „DZIECI WOJNY w POLSCE ‘’  tel. 602-845-718.

  • Turnus rehabilitacyjny w Lubyczy Królewskiej (sanatorium)
    • termin 28.03. - 24.04 /2022 ( 4 tyg. z Wielkanocą ). Ew. możliwy turnus 3-tygodniowy
    • koszt 1.300zł + transport 200 zł (autokar zWarszawy)
    • zgłoszenia do 15.03.2022
    • ozdrowieńcy po Covid – mają bezpłatny pobyt do 6 tygodni
    • osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności – odpłatność 1.000zł.
    • do przyjęcia obowiązuje skierowanie na ich druku ( do pobrania z ich strony) wypisane przez lekarza specjalistę  NFZ + teczka badań , historia choroby + potwierdzenia szczepień na Covid.
    • wszystkie wiadomości na ich stronie ttps:// www.rehabilitacjalubycza.pl
  • Wczasy w STEGNIE - ośrodek Baltika, w 2 terminach:
    • 14-27.04. 2022 – koszt 1089 zł – turnus wczasowo-świąteczny
    • 6-19. 05.2022  - koszt 1287 zł  - turnus wczasowy
    • transport z Warszawy 200 zł
    • ośrodek ma 60 miejsc + 3 domki ( na 4 osoby, 2 pokojowe), wszystko jest ogrzewane,  przyjmuje z psami ,  zapewnia nam wyłączność obiektu aby tylko dużo ludzi przyjechało.  zapewnia też sprzęt audio-wizualny  do prezentacji,  pomoc w organizacji wycieczek po okolicy   oraz dowóz na plażę( bo to ok. 1 km do lasu Krajobrazowego Parku Nadmorskiego).  
    • dojazd  z Warszawy to 320 km, więc ok. 4 godz.

"Paczka dla Bohatera"

Bożonarodzeniowa akcja “ paczka dla bohatera”  objęła w 2021 roku 20 dzieci Stowarzyszenie Dzieci Powstania 1944. Jest to znaczący wzrost w stosunku do dwóch lat poprzednich, kiedy z trudem zebraliśmy pięciu chętnych na paczkę. 

Pan chorąży Tomasz Sawicki, koordynujący przebieg akcji zgodnie z odgórnym rozporządzeniem, polecił   wolontariuszom sprawdzanie legitymacji kombatanckich. 
W niniejszej skromnej notatce  po raz kolejny  wszyscy  serdecznie dziękujemy panu Tomaszowi za jego bezcenną, charytatywną  działalność. Wyrażamy też słowa podziwu dla Jego zdolności organizacyjnych  w ramach kierowanego przez Niego Stowarzyszenia. 

Jest nam jednocześnie przykro, że  Dzieci SDP1944, których droga wygnania z Warszawy nie prowadziła przez Dulag, nie będą mogły być uwzględniane przy rozdawaniu paczek.
Konieczność legitymowania się legitymacją kombatanta będzie w tym  roku w akcji “paczka dla bohatera” rygorystycznym wymogiem.

Nadchodzi okres Świąt Wielkiej Nocy 2022 r.  Chętnych na paczkę bardzo prosimy  zatem o dołączenie do zgłoszenia numeru legitymacji kombatanckiej. 

Podsumowując przebieg dostarczania paczek bożonarodzeniowych, to z zebranych przez nas opinii wynika,  że obdarowani byli bardzo zadowoleni z zawartości paczek.  Pan Tomasz jednakże narzekał, że nie wszyscy  odpowiedzieli na próby telefonicznego  kontaktu ze strony wolontariuszy i  paczki nie  zostały doręczone.

Odeszli od nas

Anna Hanna Trochimczuk-Fidut.  Ostatnio mieszkanka Wrocławia. W czasie powstania  jako 8 i 1/2 letnie dziecko mieszkała wraz z rodzicami i bratem na Żurawiej 32. Do obozu w Pruszkowie  trafiła 5-6.10.1944 z całą rodziną. O jej odejściu dowiedzieliśmy się (niestety z dużym opóźnieniem) od jednej z pań z wrocławskiego kółka Dzieci Powstania.


Leszek Łukasik. Odszedł od nas w końcu 2021 roku. w czasie Powstania miał 6 lat. Wypędzony z rodzicami z ulicy Królewskiej 29 trafił przez Dulag do podkrakowskiej wsi. Jego wspomnienie zamieściliśmy w numerze 45 biuletynu SDP1944. (zakładka Wspomnienia w wydaniu internetowym).

 


3 mar 2022

Zdarzenia i zmyślenia - Rozdział 1 - Spadkobiercy

Rozdział 1 - Spadkobiercy

Stały przez chwilę naprzeciw­ko siebie w milczeniu, jakby każ­da z nich oceniała tę drugą, zanim padło pierwsze słowo.

- Przepraszam za spóźnienie – powiedziała wreszcie Emilia.

- Nie szkodzi, proszę do środ­ka – Klara gestem wskazała go­ściowi drzwi do pokoju, w którym na stole stał dzbanek z herbatą, już nie najgorętszą.

Von Vollmerowie z córką

- W rozmowie telefonicznej wspomniała pani o włościach na terenie dzisiejszej Pragi. – Emilia rozsiadła się przy stole, na który wysypała zawartość torebki – O, jest – włączyła komórkę z zamiarem nagrania rozmowy.

- Czy na pewno chce pani usłyszeć wszystko, co o tym wiem? – upewniła się Klara.

- Oczywiście im więcej, tym lepiej.

- Może przygotuję coś do picia? Herbata ostygła, ale może…

- Nie zawracajmy sobie tym głowy. Proszę nalać i mó­wić – podsunęła Klarze włączoną komórkę, odgradzając od dzbanka, w którym herbata stygła jeszcze bardziej.

- W takim razie zacznę od samego początku. Ta histo­ria zaczyna się w Bawarii, skąd pochodził ród barona von Vollmera. W połowie dziewiętnastego wieku była to za­można rodzina, posiadająca między innymi fabrykę sztuć­ców. Ludzie bogaci tamtych, i nie tylko tamtych czasów lubili dalekie podróże. Młody baron wybrał się do Indii, gdzie poznał piękną księżniczkę, z którą się ożenił. Ta przygoda przypomina nieco tę opisaną w „Osiemdziesiąt dni dookoła świata”. Trudno powiedzieć co było prawdą, a co jej lekkim naciąganiem, ale księżniczek w Indiach był dostatek, taki więc zbieg okoliczności nie powinien dzi­wić. Rodzina barona nie zaakceptowała jednak smagłej piękności i młodzi porzucili Bawarię na rzecz Polski, która formalnie nie istniała, ale w której duch tolerancji prze­trwał nawet rozbiory. Z tego związku narodziło się dwóch synów. Jeden z nich ożenił się z Polką z domu Kielich. Panna Kielich mia­ła konkurentów do ręki, lecz pech chciał, że byli to Rosja­nin i Niemiec. Rodzina, która żyła pod zaborem rosyjskim uznała, że Niemiec będzie jednak mniejszym złem. Rosja­nin byłby większym wrogiem, wydano więc córkę za Niemca.

- Rosjanie, to przecież Słowianie – wtrąciła Emilia.

- A jakie to ma znaczenie? Argument, że Rosjanom więcej wolno niż Niemcom, bo to Słowianie, powielano uporczywie za PRL. W tamtych czasach zsyłki na Sybir były bardzo świeżą historią. Wracając do von Vollmera, to nie miał on słodkiego życia z żoną Polką, gdyż po niemiec­ku nie miał z kim porozmawiać.

- Jak to? Tak zupełnie wyrzekł się swojego ojczystego języka?

- Prawie. Tylko modlił się z niemieckiej książeczki. Aha, jeszcze przemawiał w rodzimym języku do ukocha­nego psa.

- Dziwna rodzina – zawyrokowała Emilia.

- Nie sądzę, żeby w tamtych czasach była to rodzina jakoś specjalnie wyjątkowa. Z tego związku narodziły się dwie córki Włodzimiera i Zofia.

- Nawet z córkami nie mówił po niemiecku? Przecież warto, żeby dzieci uczyły się języków obcych – wtrąciła znowu Emilia.

- Matka dziewczynek uważała widocznie inaczej – od­parła Klara i pochyliła się nad pudełkiem, z którego wydo­była starą fotografię. – Tu jest zdjęcie tej pary z Włodzi­mierą pierwszą z córek. Druga, Zofia, urodziła się dopiero za dwa lata, ale żadne zdjęcie z jej dzieciństwa się nie za­chowało. Za to w przekazie rodzinnym pozostało powied­zonko: „Zosia konfiturek nie jadła”. Wzięło się stąd, że starsza siostra, korzystając z nieobecności rodziców, za­kradała się wraz z młodszą do kredensu, gdzie łasowały łakocie, czego im zabraniano. Włodzimiera przestrzegała Zosię, żeby o tym rodzicom nie mówiła. Zosia tak gorliwie spełniała obietnicę dyskrecji, że występowała z odpowied­nim oświadczeniem, zanim ktoś ją zdążył zapytać.

- Przejdźmy do rzeczy.

- Czyli?

- Do tego majątku na Pradze.

- O tym za chwilę. Kiedy panny dorosły, starsza Wło­dzimiera wyszła za ziemianina Zygmunta Cieślińskiego, a młodsza za Stanisława Piotrowskiego.

- Ziemianina – podchwyciła Emilia – tego z Grocho­wa?

- Nie. Z Grochowem powiązana jest rodzina Piotrow­skich, chociaż Stanisław nie był już ziemianinem, tylko wykładowcą matematyki. Ale jego matka z domu Jasińska była podobno z tych Jasińskich posiadających majątek Grochów na peryferiach ówczesnej Warszawy – Klara znowu zajrzała do dużego kartonu stojącego na sąsiednim krześle i wyjęła z lekka pogniecioną fotografię, którą poło­żyła na stole, obok nadal pustej filiżanki swej rozmówczy­ni.

Emilia wzięła do ręki pożółkłe zdjęcie

- T. Bonetti w Warszawie – odczytała nazwę firmy – ta fotografia wygląda na starszą od poprzedniej.

- Obydwie są z połowy dziewiętnastego wieku, ale ta pierwsza, to już czarno-biała kopia. Panna Jasińska nie najlepiej wyszła za mąż. Jej małżonek okazał się hazardzi­stą. Potrafił przegrać w karty nawet palto i wracać do domu zamiast dorożką, to biegiem dla rozgrzewki.

- Przegrał majątek żony?

- Tego nie wiem. Mieli dwóch synów, Kazimierza i Stanisława oraz córkę o imieniu Regina. Ta Regina była podobno ładna, ale za szczupła, przez co nie miała powo­dzenia i została starą panną.

- To tak jak moja teściowa.

- Też jest starą panną?

- Nie. Oczywiście nie to mam na myśli, tylko to staro­modne imię. A co z tym posagiem? Może nie tyle ona, co posag był zbyt szczupły?

- O tym kroniki rodzinne milczą.

- Mniejsza o starą pannę sprzed stu pięćdziesięciu laty. Gdzie są dokumenty?

- Jakie dokumenty?

- No, czy zachowały się jakieś dokumenty potwierdza­jące prawo własności do Grochowa? Jeśli nie ma pani do­kumentów do posiadłości na Pradze, to po co mnie pani wezwała?

- Ja panią!?

- No dobrze już. Skończmy tę niepotrzebną rozmowę.

- Przestaję rozumieć. To pani nie jest z wydawnictwa?

- Jestem prawniczką. Redaktorką w wydawnictwie jest moja teściowa. Notabene o tym właśnie staroświec­kim imieniu.

- Czemu zatem zawdzięczam pani wizytę?

- Mniejsza o to – odparła nerwowo Emilia. – Aha, mogę ją z panią skontaktować. – dodała wstając.

- Dobrze by było.


Małgorzata Todd (C) 2020

 



16 sty 2022

Moja kamienica - wspomnienia Jerzego Kraśniewskiego

Moja kamienica - wspomnienia Jerzego Kraśniewskiego


Stoję przed bramą naszej kamienicy na ulicy Grzybowskiej. Przyszedłem tu po latach z nadzieją, że uda się spotkać kogoś z dawnych mieszkańców tego domu. Ponad 70 lat minęło od tamtego sierpnia... Z bramy wychodzi starsza pani, mówi że nie ma tu już nikogo kto by pamiętał Powstanie Warszawskie.

Patrzymy na trawnik po drugiej stronie ulicy – mówię tej pani, że kiedyś był tu mur okalający browar Haberbuscha. I że w czasie okupacji z okien naszego mieszkania widziałem jak schowani za płotem Polacy strzelali do niemieckich konwojentów, którzy wywozili beczki z browaru. I jak tamci padali na ulicę oblewani sikającym z tych beczek piwem.

Przez siedemdziesiąt parę lat jakie minęły od tamtego sierpnia spotkałem tylko jednego mieszkańca mojej kamienicy na Grzybowskiej, Józwę Rudnickiego, kolegę ze szkoły. I to z nim właśnie przeżywałem pamiętny pierwszy dzień Powstania Warszawskiego.

Tego dnia, pierwszego sierpnia 1944 roku, ojciec obudził mnie wcześnie rano, chociaż trwały wakacje i do szkolnego wstawania został jeszcze miesiąc. Miałem się szybko ubierać, żeby iść z babcią do sklepu spożywczego pana Kwaśnego. Spieszyliśmy się, a i tak przed sklepem stała już duża kolejka. Nie pamiętam co kupiliśmy, ale pamiętam, że tego dnia po południu przed bramą naszego domu zbierali się ludzie. I że z piwnicy wyszli dwaj starsi bracia Józwy - Wacek i Staś Rudniccy ubrani inaczej niż zwykle. Każdy z nich w bluzie „panterce”, na głowach czapki „pierożki z biało-czerwonymi plakietkami po bokach a na środku polskie orły. I u każdego za pasem po dwa granaty.

Zrozumiałem wtedy kto organizował nasze nocne wyprawy z Józwą do słupów z ogłoszeniami. Józwa przylepiał karteczki z napisem: „Hitler kaput” na hitlerowskich plakatach, ja patrzałem czy ktoś nie nadchodzi.

Ale tamtego dnia to już nie była dziecinna przygoda. Z piwnicy naszej kamienicy oprócz braci Józwy w mundurach wyszedł też ich ojciec, trzymając w ręku biało-czerwoną flagę. Za nim szedł Józwa z drabiną. Pan Rudnicki wszedł na nią i w metalową rurkę, która przez lata  bezużytecznie sterczała ze ściany, wcisnął koniec kija z polską flagą.

Ktoś krzyknął głośno – będziemy bić szwabów! Ale pan Rudnicki powiedział – uważajcie, Niemcy są tu wszędzie.

Pamiętam, że tego pierwszego dnia budowaliśmy też barykadę po przeciwnej stronie ulicy i że już wieczorem pokazał się tam niemiecki czołg, ale jeszcze nie strzelał.

Obok nas, jak już wspomniałem, za bramą pod numerem Grzybowska 58 mieścił się browar Haberbuscha i Schiele. Pan Rudnicki przepracował tam wiele lat i jego synowie znali w browarze każdy kąt. Poszliśmy nazajutrz z torbami i plecakami do budynków w głębi podwórka, gdzie były magazyny. Najbardziej cennego towaru, mięsa, pilnowali uzbrojeni strażnicy, poszliśmy więc tam, gdzie nikt nie pilnował olbrzymich silosów z grochem, fasolą  i zbożem. Wróciłem do domu obładowany i zrobiliśmy jeszcze parę takich rund. Babcia się ucieszyła, potrafiła z tego zboża, fasoli i grochu przyrządzać różne potrawy.

Ojciec kazał mi pilnować młodszego brata. Sam znikał i pojawiał się, pocieszał mamę, która cierpiała na ból stawów i mówił, że ma za sobą dwie wojny, ale ta mu się nie podoba.

Następnego dnia na podwórku browaru zaroiło się od żołnierzy AK z opaskami  I KOMPANIA. Przyłączyliśmy się do nich, imponowali nam uzbrojeniem - karabin maszynowy, taśmy z amunicją na szyjach, a na ziemi pudła z amunicją. Józwa, odważniejszy ode mnie, zapytał czy możemy pomóc nosić te pudła i chwycił za jeden pojemnik, to ja zrobiłem to samo. Potem razem jedliśmy jakąś zupę.

Nazajutrz oddział wyruszył z browaru, a my z Józwą z nimi. Mieliśmy wykurzyć niemieckich żandarmów z posterunku na rogu Chłodnej i Żelaznej, akurat w budynku mojej szkoły. Załoga tego posterunku, wspólnie z żołnierzami Wermachtu mocno dawała się we znaki okolicznym mieszkańcom. Za żołnierzami z AK, do których się doczepiliśmy, taszczyłem pudło z amunicją do karabinu maszynowego. Później dostałem inne zadanie – miałem korkować butelki z benzyną. Pod korek wkładało się kawałek szmaty, kiedy czołgi atakowały podawałem żołnierzom  przygotowane flaszki. Gałgan zapalał się od płomienia karbidówki, a ja patrzałem jak „mój” żołnierz celuje. Już od pierwszej butelki czołg zaczął się palić i wycofywać na ulicę Waliców.

Dzień później znaleźliśmy się w budynku na rogu Żelaznej i Leszna. Zasnąłem na jakimś łóżku i przespałem atak na bloki szpitalne przy Żytniej zajęte przez Niemców. Nie udało się ich odbić, a mój kolega miał przestrzeloną rękę.

Wracaliśmy do browaru przez nasze podwórko, wypatrzył mnie ojciec i doszło do ostrej wymiany zdań. Po tym wyczynie byłem w domu pilnowany, a dwa dni później „nasi” żołnierze gdzieś zniknęli.

Prawdziwy strach padł na nas, kiedy pojawiły się na niebie samoloty. Małe pikowały z rykiem i rzucały pojedyncze bomby, ale po nich nadleciały olbrzymie maszyny, które wyrzucały całe „pudła” bomb zapalających. Trzy z nich wylądowały na strychu naszego domu - zamieniały się w płonącą czerwoną masę, której nie gasiła woda a jedynie piasek. Wokół szalał ogień. Po sąsiedzku pożar wywołała „krowa” - tak nazywano groźne pociski, które poprzedzał ryk nowej artyleryjskiej broni. Kiedyś „krowa” zaryczała, a ja byłem na ulicy ze swoim kolegą Markiem. Rzuciłem się do bramy, domem wstrząsnął silny wybuch, a kiedy tuman kurzu opadł zobaczyłem że Marek leży w kałuży krwi...

Do naszej kamienicy przyszli żołnierze AK i uprzedzili, że może tu dojść do walk z Niemcami, musimy więc przenieść się, na krótko, na drugą stronę ulicy a po ataku wrócimy. Dostałem plecak, chlebak i niedużą walizkę, żeby spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Ojciec wybrał się na drugie podwórko, ja z nim. Żołnierze pokazali mu z górnego piętra stanowisko wroga, przebiegających Niemców, o czymś rozmawiali. Potem ojciec zarządził w domu zmiany w pakowaniu, kazał wziąć więcej rzeczy. Słyszałem jak mówił do mamy, że jest w otoczeniu dużo  uzbrojonych szwabów i nasi mogą nie utrzymać tej pozycji. Był dwa lata żołnierzem w 1920 roku w armii Piłsudskiego, był plutonowym we wrześniu 39-go, znał wojskowe rzemiosło.

Nocą z 6-go na 7-go sierpnia przebiegaliśmy na drugą stronę Grzybowskiej. Przeprowadzano nas do piwnic, mamę podtrzymywał żołnierz bo z trudem chodziła przez ból stawów. Ja ganiałem po kolejne paczki.

Z korkowych płyt jakie zostały po browarze, zrobiłem sobie łóżko w tej piwnicy. Nazajutrz obudziłem się wcześnie i pobiegłem na górę. Patrzałem na ulicę przez szpary w strzelnicy na biegających Niemców, słychać było strzały w pobliżu i czuło się dym z oficyny. Wróciłem do piwnicy a tam leży cały we krwi syn sąsiadów. Wieczorem znów patrzę przez te szpary, widzę że na podwórku ludzie siedzą na cegłach, że jest nowy grób i krzyż.

- Tylko nie wychodź – krzyczy mama.

Wymykam się na pięterko, stamtąd widzę, że nasza kamienica płonie. Już swoich książek nie odzyskam... Muszę wrócić do rodziców i im powiedzieć... Wracam, mówię, że u nas dach pali się od frontu i zaraz ogień dojdzie do naszego mieszkania. Mama łapie się za głowę, ojciec każe brać pakunki - idziemy stąd.

Dokąd? Na Złotą 62 do cioci Jańci. - Tam jest porządna kamienica, z windą – mówi mama.

Mijamy zwały gruzu. Od strony Towarowej strzały, pod osłoną barykady przedzieramy się na drugą stronę Żelaznej. Mama ledwo idzie, jacyś panowie jej pomagają. Winda u cioci Jańci stoi w piwnicy, przecież nie ma prądu. Sama ciocia też się gdzieś wyniosła, mieszkanie zostawiła otwarte. Bierzemy z szafy coś do ubrania, mama z babcią schodzą do piwnicy, ja z tatą śpię na górze.

Z jedzeniem coraz gorzej, nie wiem jak babcia sobie radziła. Dołączam do wyprawy na ulicę Ceglaną do fabryki wódek gatunkowych. Ojciec, doświadczony celnik, znał tę firmę doskonale, odprawiał dla niej różne zagraniczne towary, liczył więc że będą tam jakieś produkty w magazynach. Ale ulica Ceglana to linia frontu. Po każdym stuknięciu hitlerowcy obrzucają teren granatami. Nam też się to przytrafiło, odłamek od granatu utkwił mi w lewym udzie. Ale doszliśmy do tych magazynów i wróciłem ze sporą porcją cukru.

Następnego dnia poszedłem „na łowy” z nowymi kolegami. Roznosili gazety i inne przesyłki, na Wareckiej mieli swoją kwaterę. Akurat wybierali się na Plac Napoleona, gdzie w restauracji przy Świętokrzyskiej mieli dostać obiad – czekał na nas ryż z pyszną marmoladą z malin! Wychodzimy potem z bramy na Warecką, i widzimy że pali się ta kwatera, w której dopiero co byliśmy. Potem dotarła do nas wiadomość, że także restauracja przy Świętokrzyskiej leży w gruzach.

Na początku września było coraz gorzej. Mój młodszy brat Józek wrzeszczał ciągle, że jest głodny, ja też byłem głodny. Któregoś dnia ojciec zniknął na dłużej, a kiedy wrócił powiedział że wychodzimy. I 8-go września opuściliśmy dom na Złotej. Ojciec nie pozwolił mi zabrać powstańczych gazet ani znaczków, które zbierałem z takim trudem. Powiedział, że trzeba do minimum zmniejszyć wszelkie ryzyko.

Szliśmy wolniutko Złotą do Towarowej. Po naszej stronie stał nasz żołnierz z karabinem, po przeciwnej uzbrojony hitlerowiec. Potem Karolkową do Wolskiej - tam pierwszy raz rozległy się strzały, ale przedtem musiało być gorąco, bo po drodze mijaliśmy leżących na ulicy zabitych ludzi... Dotarliśmy do jakiegoś pociągu, podjechaliśmy nim, znowu marsz, ukazał nam się teren ogrodzony drutem kolczastym i skraj wielkiej hali, podeszliśmy do niej.  Ojciec kazał nam zaczekać, wrócił po nas i wylądowaliśmy na kawałku miejsca pod ścianą. Żadnych desek, słomy, goła betonowa płyta.

To był obóz przejściowy w Pruszkowie.

Zdobywanie jedzenia wymagało tam sprytu i siły. Ojcu udało się dwa razy napełnić garnek zupą, ale wiedzieliśmy, że długo tam się nie da żyć. Na skraju hali odbywała się selekcja ludzi – na prawo zdolni do pracy, ci mieli jechać na roboty do Niemiec,  reszta na lewo nie wiadomo dokąd. Rozdzielili nas z ojcem, pojechał do obozu pracy w Policach pod Szczecinem.

Na nas czekały na innych torach takie same wagony. Załadowaliśmy się z trudem, stały wysoko a nie było peronów. W nocy pociąg ruszył i nazajutrz rano stanął gdzieś w polu. Wdrapałem się na krawędź wagonu i po ścianie zsunąłem na ziemię. Pamiętałem, że w tych wagonach drzwi są blokowane specjalnym hakiem - otworzyliśmy je bez większego trudu i niemal wszyscy wyskoczyli na zewnątrz. Nagle krzyk: ludzie tu jest napisane Auschwitz, Oświęcim, uciekajmy! Okazało się, że taki napis był na skraju wagonu, ale tutejsi mieszkańcy uspokoili nas, że pociąg stoi na ślepej bocznicy i dalej nie pojedzie, a w drodze są już wozy, które mają rozwieźć warszawiaków na pierwszy nocleg.

Trafiliśmy na drabiniasty wóz, który nas dowiózł do wsi Niekłań. W chałupie u gospodyni Rutkowskiej dostaliśmy pokój z łóżkami i olbrzymim piecem. Pamiętam rozmowę mojej mamy z jakąś miejscową władzą. Powiedziała im, że w Warszawie wszystko straciliśmy, nie mamy nic do sprzedania, ale że ona umie szyć, żeby tylko ktoś jej pomógł podleczyć bolące stawy...

Okazało się, że we wsi mieszka polski oficer, lekarz, który serią zastrzyków uśmierzył ból mamy, a ponieważ miał i maszynę do szycia znalazła się też praca. Jednak nie wiele to pomogło na naszą biedę – do końca pobytu brakowało nam jedzenia.

A w końcu 1944 roku pojawiły się we wsi specjalne oddziały do walki z partyzantami. Ci nowi „hitlerowcy” mówili po rosyjsku, ubrani byli w czapy z karakułowym obramowaniem i wywodzili się z Kaukazu. Przyszli, żeby zrobić porządek w lesie. Nas wyrzucono z pokoju, ale ci sojusznicy hitlerowców zaskoczyli nas prezentami - wręczyli mamie hełm wypełniony cukrem i olbrzymie pęto kiełbasy.

W Końskich mama trafiła do PCK i do Rady Głównej Opiekuńczej, żeby zdobyć informacje o ojcu. O to samo on się starał w Policach i w końcu 1944 roku dostaliśmy wiadomość, że poszukuje nas Zygmunt Kraśniewski, który jest w obozie pracy w Policach kolo Szczecina. Tata układał tam szyny, był ranny w głowę, przeżył kilka bombardowań fabryki benzyny syntetycznej, w której też pracował. Ale w 1945 roku zjawił się przed naszym domem w Niekłaniu wozem zaprzężonym w kulejącego perszerona. Tego kulawego konia przejął z opuszczonego  gospodarstwa kiedy Niemcy uciekali w strachu przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Pełno bezpańskich zwierząt domowych, których nie mogli ze sobą zabrać, pętało się tam po okolicy.

W styczniu mama zdecydowała się na podróż do Warszawy. Jazda była koszmarna, polegała na łapaniu okazji. Czekanie godzinami na zimnych dworcach, niespodziewane zmiany trasy. Dzięki temu, że mama potrafiła zagadać do Ruskich w ich języku parę razy udało nam się dostać od nich jakieś jedzenie a raz nawet przygarnęli nas do swojego ogrzanego wagonu.

Po trzech dniach podróży znaleźliśmy się na Pradze przy dworcu Wschodnim.  Przez Wisłę ścieżką po lodzie obok ruin Mostu Poniatowskiego dotarliśmy na Stare Miasto. Chcieliśmy trafić na ulicę Freta, gdzie moja ciotka Kostrzewska prowadziła restaurację. Ale nie znaleźliśmy tam żadnego znaku, nawet kartki na murze.

Przez Ogród Saski przedostaliśmy się na Grzybowską 56 i stanęliśmy przed naszą kamienicą. Tkwiliśmy w ciszy na martwej ulicy przed jej wypalonym szkieletem. Pod nr 12, na drugim piętrze, straszyły puste okna mieszkania, które było kiedyś naszym rodzinnym domem.

Jerzy Kraśniewski – urodzony w 1931 roku w Warszawie. Kończył sześcioletnie Gimnazjum i Liceum im. A.Mickiewicza przy ul. Paryskiej, potem polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w radio, w „Sztandarze Młodych”, najdłużej w „Głosie Nauczycielskim”.

Mieszka teraz na północy Warszawy, w Choszczówce.

Rok 1943, zakończenie roku szkolnego. Jerzy Kraśniewski - szósty od prawej, w górnym rzędzie.