10 wrz 2020

Wspomnienia Jerzego Mireckiego

Przez dwa lata poprzedzające wybuch Powstania mieszkaliśmy w Mszczonowie pod Warszawą. 1 sierpnia 1944 roku Tata, Mama i ja wyjechaliśmy rano do Warszawy, wioząc jak zwykle zapasy żywności dla Dziadków Cejzików i mojej siostry Mirki, która mieszkała z nimi przy Złotej 63 i uczyła się w Warszawie na tajnych kompletach w programie gimnazjalnym (według zarządzenia niemieckiego polskie dzieci oficjalnie mogły się uczyć tylko w programie szkoły podstawowej).

Kto wówczas mógł przypuszczać, że zostaniemy przy Złotej 63 przez 63 dni? Co za niesamowita zbieżność cyfr? Drugie podobieństwo to fakt, że urodziłem się przy Złotej (obok kina Palladium) i całe powstanie przeżyłem przy Złotej…

Po południu 1 sierpnia, a więc kilka godzin po naszym przyjeździe do Warszawy, nagle usłyszeliśmy niesamowitą wrzawę na podwórzu. Nie wiedzieliśmy, co się stało, łapanka, aresztowania? Okazało się, że to spontaniczny wybuch radości warszawiaków na wiadomość o wybuchu Powstania. Koleżanki siostry z podwórza – Hania Jaszkowska i Bożena Sujata – przybiegły do nas i razem z siostrą zaczęły szyć na maszynie biało – czerwone opaski dla powstańców. Nastrój tamtego dnia i następnych to była euforia radości. Gdy myślę o tamtych pierwszych dniach Powstania, przypominają mi się słowa piosenki: „to były piękne dni…!”.Tak to były piękne dni i chyba nawet słońce radośniej świeciło.

Temat, który zupełnie wymazał się z mojej pamięci dziecka, to jedzenie! Zupełnie nie pamiętam, co jedliśmy! Totalna amnezja. Natomiast doskonale pamiętam temat: woda! Stare powiedzenie mówi: bez jedzenia można przeżyć, ale bez wody się nie da! W pierwszych dniach powstania mój Ojciec i inni mężczyźni z kamienicy, pod kierownictwem naszego sąsiada z oficyny – pana Jaszkowskiego, zbudowali drewniany kwadratowy szalunek przyszłej studni i ustawili go na środku drugiego podwórza. Do szalunku wszedł jeden z mężczyzn i zaczął kopać. Panowie na zmianę kopali, a urobek, czyli ciężką gliniastą ziemię, wyciągali wiadrem na sznurze na górę. Kopali, kopali, aż się dokopali do wody!

Jaka to była radość! Wszyscy mieszkańcy zabierali tę wodę do mieszkań i zaczynał się długi proces jej uzdatniania. Był to gęsty płyn koloru ciemnożółtego! Mama z babcią rozlewały ten „skarb” do szklanych słoików (Wecka) i ustawiały na wszystkich parapetach okiennych. Słoiki stały, a wszyscy byli wpatrzeni w nie jak w święty obraz. Po opadnięciu mulistej zawiesiny na dno słoików, górną część słoika przelewały do innych pustych słoików i tak wielokrotnie powtarzając tę czynność, otrzymywaliśmy uzdatnioną wodę, chociaż wciąż w kolorze żółtawym i tak już pozostało do końca powstania.
Moja starsza o 5 lat siostra Mirka w czasie powstania większość czasu spędziła w mieszkaniu państwa Jaszkowskich na czytaniu książek (mieli na przechowaniu książki ze szkolnej biblioteki zrujnowanej w 1939 r. szkoły Hani Jaszkowskiej na Waliców). Moja siostra kochała czytać i tak była pochłonięta czytaniem książek, że jak dziś twierdzi, z wielką niechęcią przyjęła wiadomość o końcu powstania…
Ja też bardzo lubiłem chodzić do mieszkania państwa Jaszkowskich w oficynie na drugim piętrze. Oprócz córki Hani mieli syna Zbyszka (rówieśnika mojej siostry), miałem więc trochę starszego kolegę. Kiedyś gdy stałem u nich na balkonie, pan Jaszkowski podszedł do mnie i powiedział: „Jurek, nie stój na balkonie, bo się może urwać”! Z perspektywy czasu wiem, że to był tylko żart ale do dzisiaj pozostał mi pewien opór przed wychodzeniem na stare balkony. Innym razem pan Jaszkowski zabrał mnie i Zbyszka na strych, gdzie przez otwory w ścianach strychu patrzyliśmy na zasnute dymami palące się domy Warszawy. Wstrząsający widok!
O balkonie państwa Jaszkowskich opowiem śmieszny, ale i radosny epizod,  który miał miejsce jakieś 55 lat po Powstaniu. Pracowałem wówczas na budowie Warszawskiego Centrum Finansowego (Świętokrzyska i Emilii Plater). Pewnego dnia odwiedził mnie mój przyjaciel za Słupska Leon Wołejko ze swoją żoną Jagodą. Oprowadziłem ich po naszej budowie, a potem zaproponowałem mały spacer na Złotą żeby pokazać dom, w którym przeżyliśmy Powstanie.

Przyszliśmy na Złotą 63, oficyna wciąż stoi nienaruszona, malutka kapliczka pamiętająca powstanie stoi pod ścianą oficyny, ale tej części domu, gdzie mieszkaliśmy, nie ma (Niemcy spalili nasz dom już po Powstaniu). Pokazałem im kwadratowy ślad w asfalcie po powstańczej studni, potem wyciągniętą w górę ręką pokazuje im ten „sławny balkon” państwa Jaszkowskich na drugim piętrze, opowiadając, jak to pan Jaszkowski mnie postraszył… I w tym momencie na ten balkon wychodzi drobna staruszka i patrzy z zaciekawieniem, kto tak głośno rozmawia na „jej” podwórzu!? Coś mnie tknęło żeby zapytać: „Czy pani mieszkała tu w czasie Powstania?”. Starsza pani odpowiada: „Tak”. Wtedy mówię: „To pani pewnie nazywa się Jaszkowska?”. „Tak, to ja” - odpowiada staruszka - „Ale skąd pan wie, że tak się nazywam!? Czy pan tu mieszkał?”. Odpowiadam że tak i pokazuje ręką gdzie było mieszkanie dziadków. Starsza pani mówi: „To pan musi być wnuczkiem państwa Cejzików!”. Potwierdziłem. Starsza pani zaprosiła nas do siebie na górę na herbatkę. Co za wspaniała emocjonalna przygoda, spotkanie po pięciu latach! Zadzwoniła do swoich dzieci: Hani i Zbyszka, przyjechali, uściski i wzruszenie pamiątkowe zdjęcia i łza w oku…
Muszę powiedzieć, że przez całe 63 dni Powstania mieliśmy niesamowite szczęście. Omijały nas pociski „szafy” albo „krowy” (wielolufowy miotacz rakiet) i z „grubej Berty” (działo kolejowe), a bomba, która spadła na pierwsze podwórze, nie wybuchła! Po kilku dniach sprowadzeni jeńcy niemieccy, pod czujnym okiem uzbrojonych żołnierzy AK, zaczęli kopać ziemię w miejscu upadku bomby. Kiedy już byli blisko niej, wszyscy mieszkańcy dostali polecenie przejścia na drugą stronę ulicy na podwórze vis-a-vis kamienicy. Po kilku godzinach pozwolono nam wrócić. Na pierwszym podwórzu, na dwukołowym wózku, leżała ONA – olbrzymia bomba, umazana żółtą gliną ale już niegroźna, bo bez wykręconego wcześniej zapalnika. Pamiętam jak później starsi opowiadali, że z tej bomby zrobiono ponad 2000 powstańczych granatów.

Wspomnienie o tej bombie, jak przysłowiowy bumerang, wróciło do mnie w 1976 roku, w Trypolisie w Libii. Samolot z Warszawy wylądował późnym wieczorem na lotnisku oczekiwali na mnie państwo Hania i Andrzej Raubowie. Zawieźli mnie do swojego domu, zaprosili na kolację, dołączyła do nas starsza pani – mama Andrzeja (z wizytą z Warszawy). Najciekawsze było to, że ani ja ich nie znałem, ani oni mnie!
Starsza pani zaczęła zadawać pytania zapoznawcze – o pracę jaką będę wykonywał w Libii, o rodzinę, z skąd jestem. Powiedziałem, że jestem z Gdańska i chodź urodziłem się w Warszawie, od czasu Powstania już nigdy do Warszawy nie wróciłem. Starsza pani jakoś dziwnie drgnęła na słowo Powstanie i zapytała: „A gdzie pan mieszkał w czasie powstania i co pan pamięta z tego czasu?” (myśląc pewnie, że jako małe dziecko niewiele pamiętałem). Pomyślałem chwilę… i odpowiedziałem Jej o tej bombie, co spadła na nasze podwórze i nie wybuchła… i że podobno zrobiono z niej ponad 2000 granatów. Starsza pani słuchała z wielkim zaciekawieniem. Gdy skończyłem opowiadać, wtedy wybuchła prawdziwa „bomba”! Starsza pani mówi do mnie: „Panie Jurku, z tej pana bomby to ja, własnymi rękami, robiłam te granaty, kilka domów od pana przy Złotej 74!”. To był prawdziwy szok! Trzeba było przylecieć aż do Afryki, żeby spotkać i poznać tę cichą bohaterkę Powstania która z narażeniem życia robiła w piwnicach granaty dla powstańców przy tej samej ulicy Złotej, kilka domów od nas! Muszę szczerze powiedzieć, że był to dla mnie wielki zaszczyt i szczęście. Nasza przyjaźń z panią Haliną Kwiatkowską (bo tak nazywała się moja rozmówczyni) trwała aż do Jej śmierci w listopadzie 2006 roku. Część jej pamięci.

Gdy w listopadzie 2006 roku byłem z żoną na Kubie, pewnego dnia na poręczy balkonu naszego pokoju hotelowego (na szóstym piętrze) usiadł gołąb do złudzenia podobny do polskich gołębi pocztowych (mam go na zdjęciu). Po powrocie do Kanady dowiadujemy się, że był telefon z Warszawy z wiadomością że zmarła pani Halina (w tym samym dniu, kiedy na poręczy balkonu na Kubie usiadł ten „polski” gołąb!). Czyż gołąb nie był to ewidentny znak od świętej pamięci Pani Haliny, którego wówczas nie potrafiliśmy odczytać!?
Pod koniec Powstania, ze ściśniętym sercem, patrzyliśmy jak płonie kamienica vis-a-vis, do której wcześniej kazano nam przejść w czasie wykopywania bomby. Z otworów okiennych buchał ogień, a czarny dym zasłaniał niebo jakby była noc. Wstrząsający, tragiczny, niezapomniany widok!

W czasie Powstania w mieszkaniu dziadków razem z nami rezydował pan Lipiński (albo Leduchowski?). Każdego wieczora przed spaniem, kiedy byliśmy z siostrą w łóżkach, opowiadał nam bajki na dobranoc. Miał śmieszny zwyczaj że każdą bajkę kończył słowami „bajka się skończyła i świni róg utrąciła”. Któregoś dnia nie wytrzymał nerwowo i po przeczytaniu ulotki niemieckiej zachęcającej do wychodzenia z Warszawy, wyszedł i ślad po nim zaginą.
Któregoś dnia Ojciec przyniósł mi statek–zabawkę (na baterie). Jak powiedział, przynieśli go chłopcy, którzy przyszli kanałami. Ojciec dał im coś za ten stateczek (nie pamiętam co, ale na pewno jakieś jedzenie). Oczywiście stateczek nie mógł pływać! Nie było takiej możliwości! Ledwo starczyło nam wody do picia! Ojciec wziął go, żeby im pomóc w tej tragicznej sytuacji wszechobecnego głodu.
Na początku Powstania, zgodnie z zarządzeniem cywilnych władz, zaczęto wybijać otwory pomiędzy domami w ścianach piwnic. Przez wiele dni słychać było metaliczne odgłosy kucia, które do dzisiaj mam w uszach.
Pewnego dnia latający nisko nad nami sowiecki dwupłatowy samolot, „kukuruźnik”, chyba przez pomyłkę spuścił na nasz dom małą bombkę. Na szczęście zniszczyła tylko dach i ostatnie piętro. To był taki mały prezent od „braci Rosjan”. Na szczęście mały!
Gdzieś pod koniec Powstania na czubku głowy zrobiły mi się trzy duże wrzody. Ojciec zaprowadził mnie do Powstańczego szpitala na drugą stronę ulicy Złotej (dawne gimnazjum, Złota 58). Pamiętam, że szliśmy w prawo, jakoś tak „po skosie”. Zapamiętałem ogromne metalowe schody w hallu. Weszliśmy z Ojcem na piętro, lekarz ponacinał mi te nieszczęsne wrzody polał jakimś śmierdzącym płynem i z uśmiechem powiedział: „Do wesela się zagoi”. Zagoiło się wcześniej…

Kiedy było już wiadomo, że Powstanie upada, ludzie z kamienicy wpadli na pomysł, żeby jedno pomieszczenie w piwnicy przeznaczyć na magazyn wartościowych rzeczy, chyba że z myślą, żeby nie wpadły w ręce Niemców i że zaraz po wyzwoleniu wróci do warszawy i każdy weźmie sobie, co jego. Panowie wybrali małe niskie pomieszczenie pod schodami, gdzie wszyscy znosili wartościowe rzeczy, w tym głównie futra (Mama schowała tam swoje futro karakułowe i piękny żakiet z popielic). Później panowie zamurowali otwór, a dla zamaskowania wiklinową miotłą popryskali go mieszanką wody z popiołem! W listopadzie 1944 r. Ojciec odwiedził naszą kamienicę, żeby zabrać pozostawione albumy zdjęć rodzinnych i z ciekawości zszedł do piwnicy. Ścianka tej „tajnej” piwniczki była rozwalona, a cała zawartość znikła.
Podczas każdego nalotu bombardujących samolotów wycie syren sygnalizowało, że trzeba szybko zbiegać do piwnic. Praktycznie jedynym źródłem światła w piwnicach były albo lampki karbidowe, albo świece, które gasły od podmuchów wybuchających w sąsiedztwie bomb. Podłoga piwnic chodziła w górę i w dół, a egipskie ciemności potęgowały grozę sytuacji. Kiedyś w czasie bombardowania siedzimy w piwnicy, przerażeni hukiem, wybuchających w pobliżu bomb i „chodzącą” pod nami ziemią. Ze strachu zacząłem płakać, a siedząca obok siostra Mirka, przytuliła mnie do siebie i powiedziała: „Jurek, nie płacz, wszystko będzie dobrze”… i było!

Prawie codziennie niebo było zasnute dymami z palących się domów. Z tych dymów czasami opadały na ziemię kawałki spalonego papieru, na których można było zobaczyć ślady druku. Może ze spalonych książek albo gazet? Pewnej niedzieli znajomy powstaniec – porucznik „Odrowąż” (Jerzy Ochrymowicz) – zaprowadził nas na mszę, która była odprawiana w dawnym kinie Palladium przy Złotej. Szliśmy w piątkę, porucznik, Tata, Mama, siostra i ja, mocno pochyleni nad rowami wykopanymi wzdłuż ulicy Złotej. Po mszy wracaliśmy tą samą drogą. W pewnym momencie, przechodząc koło siedzącego na posterunku żołnierza AK z karabinem, porucznik zapytał go: „Co nowego?”. „A nic, panie poruczniku, spuścili parę pigułek” – odpowiedział. Pewnie miało to znaczyć parę bomb lub pocisków. Po wielu tygodniach walk pewnego dnia na niebie pokazały się setki samolotów lecącej na dużej wysokości. Słychać było jednostajny pomruk motorów. Ludzie zaczęli krzyczeć z radości, że to desant, inni, że to samoloty amerykańskie z pomocą dla Warszawy. W pewnym momencie niebo pokryło się setkami kolorowych spadochronów. Wszyscy byliśmy wpatrzeni w tę „kolorową nadzieję” jak zahipnotyzowani! Radość była ogromna – efekty znikome! Dzisiaj wiemy, że był to 18 września i amerykańskie samoloty bombowe B–17 „Liberatory”. Wiemy też, że zaledwie około dwadzieścia procent zasobników dostało się w ręce powstańców, reszta spadła na tereny zajmowane przez Niemców – „Too little and too late” (za mało i za późno).

Kilka tygodni później dramatyczna wiadomość – kapitulacja! Pamiętam smutne twarze ludzi, niektórzy płakali. Ta wiadomość była i tragiczna, i smutna. Dorośli pewnie zadawali sobie pytanie, co teraz z nimi zrobią. Krótko po kapitulacji do naszego mieszkania weszło dwóch żołnierzy niemieckich. Jeden z nich dojrzał stojącą na pianinie butelkę wódki, skoczył jak tygrys, chwycił w rękę i obaj uradowani tą „wojenną zdobyczą” wyszli…
Mama szyła na maszynie chlebaki z zielonego brezentu, żeby można było zabrać jakieś resztki jedzenia czy drobiazgi. W tym dramatycznym momencie opuszczania mieszkania zapomniałem zabrać moją ukochaną zabawkę – małpkę Małgośkę! Dla mnie – dziecka – była to największa, niepowetowana „strata wojenna”.
Pewnie ze stresu i braku jedzenia Dziadek Andrzej Cejzik stracił władzę w nogach. Nie mógł chodzić. Ojciec zrobił z rozkładanego łóżka polowego rodzaj noszy i dwóch poproszonych powstańców (przypuszczam, że byli ze zgrupowania „Gurt”?) zaniosło Dziadka na dworzec, do pociągu do Pruszkowa. Babcia Kazia towarzyszyła Dziadkowi. Oni zostali wywiezieni do Pruszkowa innym transportem i dopiero po naszym przyjeździe, już w obozie w Pruszkowie, Ojciec wśród tysięcy ludzi, odnalazł Dziadka i Babcię. Po przywiezieniu nas do Pruszkowa na lorach (wagony bez dachu) skierowano nas do olbrzymiej pustej hali przemysłowej z gładką jak lustro posadzką betonową. Wszyscy siadali na swoich tobołkach. My z siostrą mieliśmy luksus siedzenia i spania na kawałku futerka, które Mama w swojej matczynej mądrości w ostatniej chwili zabrała z mieszkania Dziadków.
Chyba w pierwszy dzień wydawana była zupa. Pamiętam jak dziś – mały emaliowany metalowy kubeczek w poziome, biało – żółte paski, a w nim gorąca zupa! To było coś wspaniałego! Od tamtej pory kocham zupy! Po dwóch dobach pobytu w Pruszkowie Ojciec podszedł do komendantury obozu, pokazał niemiecki dokument stwierdzający, że na stałe mieszkamy w Mszczonowie i na tej podstawie zostaliśmy zwolnieni z obozu i nawet udało się Ojcu zabrać z nami Dziadków.
Najpierw wyjechaliśmy do pobliskiego Jaktorowa, do krewnej Mireckiej, a po kilku dniach do domu, do Mszczonowa. Dziadek Andrzej nie doczekał wyzwolenia. Zmarł w Mszczonowie 29 grudnia 1944 roku i tam jest pochowany na nowym cmentarzu.
W Mszczonowie, na terenie dawnej fabryki zapałek, popularnie zwanej „zapałczarnią”, mieściła się spółdzielnia rolnicza („Rolnik”), tam też był dom, w którym mieszkaliśmy my i jeszcze kilka osób z Warszawy. W spółdzielni pracował jako kierowca Kazik Zaleski (były powstaniec warszawski?). Kazik jeździł ciężarówką (na holzgaz), co mi strasznie imponowało! Zaprzyjaźniłem się z nim. Często śpiewał taką króciutką, sympatyczną piosenkę: 

Lilii, najdroższa, ja kocham cię,
Wojna niedługo skończy się.
A jeśli nam pozwoli Bóg,
Lilii, najdroższa weźmiemy ślub!

Na terenie spółdzielni rolniczej („Rolnik”) w Mszczonowie (gdzie mieszkaliśmy) znajdowała się piękna willa pierwotnego właściciela fabryki zapałek i w niej na poziomie terenu mieścił się posterunek niemiecki. Dowódcą posterunku był Niemiec mówiący płynnie po polsku – Szulc (pewnie folksdojcz). Któregoś dnia, krótko po powrocie z Warszawy, po Powstaniu, byłem na „placu” (podwórzu), podszedł do mnie ten Szulc i mówi: „Słyszałem, że podobno w Warszawie  było dużo strzelania?”. Nic nie odpowiedziałem a on mówi: „Chcesz postrzelać z pistoletu?”, wyciąga z kabury pistolet i podaje mi go do ręki. Pokazał, jak nacisnąć spust, więc wziąłem w rękę, naciskam spust – cisza! Nie strzelił… On bierze pistolet ode mnie, sam próbuje strzelić i też nic! Wtedy mówi: „Scheisse, chodź ze mną „. Poszliśmy do willi , gdzie mieściła się „zbrojownia” (w stojakach stały karabiny). Szulc wyją jeden z karabinów i obaj wyszliśmy na podwórze. Kazał mi usiąść na ziemi, wstawił mi karabin między uda i trzymając za lufę, mówi: „Pociągnij za cyngiel”, pociągnąłem, padł strzał! (w niebo bo tak był skierowany przez Szulca). I w taki oto sposób oddałem jeden strzał w czasie II wojny światowej…
Wojna się skończyła, Ojciec zdecydował, że nie ma dla nas przyszłości w Mszczonowie i że trzeba jechać na Ziemie Odzyskane.
Całą rodziną, czyli: Tata, Mama, siostra, ja i Babcia – Kazimiera Cejzik, w połowie maja 1945, kilka dni po oficjalnym zakończeniu wojny, wyjechaliśmy z Mszczonowa w towarzystwie oficera sowieckiego (dla bezpieczeństwa) na Ziemie Odzyskane – do Słupska, zaczynać życie od zera.

Chyba w roku 1998 stanąłem przy bramie domu przy Złotej 63 i nagle zaczęły wracać wspomnienia z mojej wizyty z Ojcem w powstańczym szpitalu. Mój wzrok powędrował też po skosie, śladami naszej drogi do szpitala powstańczego, na druga stronę ulicy Złotej (nr 58). Widzę, że w tym miejscu stoi przedwojenny budynek (obecnie szkoła zawodowa), wszedłem do środka, patrzyłem dookoła, spojrzałem do góry i od razu poznałem te ogromne metalowe schody, którymi wchodziliśmy z Ojcem na piętro do szpitala powstańczego. I kiedy tak patrzyłem na te schody, podszedł do mnie woźny i ponuro patrząc, zapytał: „Czego pan tu szuka?”. Nie odwracając głowy w jego kierunku, powiedziałem, cicho, jakby do siebie: „Szukam wspomnień”.

Jerzy Mirecki



9 wrz 2020

Biuletyn Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944. Nr 56, lipiec, sierpień 2020

Z życia Stowarzyszenia

Co warto przeczytać

Szanowni Czytelnicy, oddajemy do waszych rąk 56 numer naszego biuletynu. W tym wydaniu zachęcamy do przeczytania:
  • relacji z obchodów wybuchu Powstania Warszawskiego z parku Dreszera na Mokotowie
  • nowych wpisów w naszej bazie wspomnień:
  • myśli o przemijaniu Jerzego Bulika
  • kontynuacji na temat pewnego adresu w Al. Jerozolimskich w ramach publikacji dotyczących śladów PW w Warszawie,
  • ciekawych felietonów naszych stałych redaktorów  dotyczących rocznicy Bitwy Warszawskiej 1920 r. oraz historii pandemii sprzed 100 lat.

Baza naszych wspomnień

Wzbogaca się baza Naszych wspomnień - opublikowaliśmy dwa kolejne wpisy wspomnieniowe. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych  zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

1 sierpnia 2020 – hołd Powstańcom Warszawskim 1944 roku

1 sierpnia 2020 roku Stowarzyszenie Dzieci Powstania Warszawskiego obchodziło rocznicę
wybuchu Powstania Warszawskiego. Kolejny rok z rzędu złożyliśmy wiązankę kwiatów przy pomniku Mokotów Walczący w parku im. gen. Orlicz-Dreszera na Mokotowie. Panujący wokół covid zmusił organizatorów do zrezygnowania z oprawy reprezentacyjnej oddziałów wojska, policji, Straży Miejskiej i orkiestry. Nie mniej każdej organizacji przy składaniu kwiatów towarzyszyła asysta żołnierzy  lub strażników miejskich. Przy pomniku pełnili wartę przedstawiciele wojska, Straży Miejskiej i Harcerstwa.



Po złożeniu kwiatów zebraliśmy się w kawiarence 20 m od pomnika. W tym roku wielu członków zrezygnowało z uczestnictwa w spotkaniu ze względu na pandemię.


Od lewej: E. Puzyńska, H. Gniadek, Z. Plebanek, 
E. Chrzanowska, T. Świątek, W. Łukasik, 
J. Kijkowski, Z. Puzyński


                Od lewej E. Chrzanowska, T. Świątek, W. Łukasik, J.Kijkowski, 
Z. Puzyński, E. Puzyńska, A. Smoleniec, H. Gniadek, Z. Plebanek

Nieobecność pełnego składu Zarządu i uszczuplenie ilości członków ze stałego trzonu „zawsze aktywnych i obecnych” spowodowało (pandemia!),  że odłożyliśmy sprawę wyboru nowego przewodniczącego na miejsce śp. Andrzeja Olasa.

Krótkie wspomnienie o Jego wkładzie w Założenie SDP1944 i Jego aktywności przez kilka lat istnienia Stowarzyszenia przedstawił W. Łukasik.  Przedstawiono zmiany w edycji Biuletynu, sprawozdanie merytoryczne i finansowe z działalności SDP1944 za 2019 r.
Zbigniew Puzyński opowiedział o swoich staraniach o uzyskanie statusu poszkodowanego.



Sławomir Kuczyński - dziecko Powstania z Czerniakowa z ul. Przemysłowej. Ciekawie i obszernie wspominał przeżycia swoje, rodziny i znajomych z sierpnia i września 1944 roku.

Widziane z krzesła Honorowego Prezesa profesora Andrzeja Targowskiego

  Tylko 24 lata od Bitwy Warszawskiej do Powstania Warszawskiego

Szkoda bohaterów.  W sierpniu 2020 mija 100 lat od zwycięskiej Bitwy Warszawskiej pod Radzyminem i 76 lat od Powstania Warszawskiego. Tylko 24 lata dzieliło te krwawe bitwy Polaków, w których najwięcej zginęło młodzieży. Ale nie tylko oni zginęli, także nie ujrzeli tego świata ich potomkowie. Ich liczbę można oszacować na kilkaset tysięcy w 2020. Do tego trzeba dodać młodzież szwoleżerską z Powstania Listopadowego, od którego minęło 190 lat. Teraz ich potomków brakuje w III RP. Czy trzeba było tak ginąć? Jest to temat do dyskusji w upalny sierpień w 2020 podobny jaki był w 1944, który pamiętam i czytelnicy tego Biuletynu.

Czy Wyprawa Kijowska 100 la temu była konieczna? Po 123 latach braku zorganizowanego państwa polskiego zaatakowaliśmy byłe Imperium Rosyjskie z planem utworzenia sfederowanego państwa z byłych zniewolonych państw. Świetny plan Józefa Piłsudskiego, do którego natchnął go zapewne krajan Adam Mickiewicz poległ, ponieważ „mierzyliśmy siły na zamiary” a „nie zamiar podług sił”.  W rok zorganizowaliśmy ponad stutysięczne wojsko inwazyjne tyle, że nam los nie sprzyjał bowiem w wojnie tej brały udział 4 niezależne politycznie od siebie armie jak Czerwonych, Białych i Ukraińska Petlury oraz Polska. Wkrótce wskutek braku zgody na sojusze, każda z tych armii (głupio) walczyła z trzema pozostałymi. Na domiar złego Francja chciała, by Rosja jakiegokolwiek „koloru” była znów silna i była przeciw wagą dla Niemiec. Nie pomagała Polsce. Jej stoczniowcy odmawiali ładowania broni dla Polski. Zapatrzeni na Wschód straciliśmy Zachód w tym Zaolzie i przyjaźń z bratnimi Czechosłowakami, której zabrakło w 1939.  Gdyby nie bezpłatna pomoc Węgier w postaci 100 milionów naboi i różnej broni, WP nie miałoby czym strzelać i z czego.   

Kontratak Czerwonej Armii. Lenin szedł za ciosem po Rewolucji 1917 r. i planował „wyzwolić” Niemcy i Włochy od imperialistycznej polityki, na co liczyły bardzo aktywne komórki komunistyczne w tych krajach. W tym czasie nawet Adolf Hitler na krótko brał w nich udział, ale wycofał się, ponieważ nie widział dla siebie przyszłości w tym ruchu. Na przeszkodzie stała tylko Polska. Trzeba było ją „przeskoczyć” idąc od północy na Berlin. Być może gen. Tuchaczewski by doszedł do celu, gdyby nie Stalin, który był wpływowym szefem politycznym zaplecza. Wiedział, że jak Tuchaczewski wygra to zostanie najważniejszym sowieckim politykiem. I on nie będzie miał żadnych szans na przywództwo. Nie mógł do tego dopuścić i sabotował dostawy zaopatrzenia na czas oraz opóźniał wsparcie głównych sił kawalerią Budionnego. Tymczasem Budionny mordował polskich żołnierzy w szpitalach a Polacy mu się rewanżowali i nie mieli litości dla jeńców. Za co przyjdzie cierpieć później.

Manewr znad Wieprza. Spowodował zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej i wiele politycznych rozgrywek w polskiej polityce, która m.in. doprowadziła do utworzenia ciężkiego więzienia Berezy Kartuskiej, w której m.in. znalazł się gen. T. Rozwadowski współautor planu owego manewru (podtruwany, zmarły zaraz po wypuszczeniu z niej) a premier Wincenty Witos, który nie przyjął dymisji J. Piłsudskiego przed owym Manewrem a potem mu zwrócił owy dokument - musiał wyemigrować z Ojczyzny i wielu innych z nim. Trzeba dodać, że za tym zwycięstwem m.in. stoi rozszyfrowanie komunikatów radiowych Czerwonych przez matematyka por. Jana Kowalewskiego oraz przechwycenie radiostacji wroga pod Ciechanowem przez ugrupowanie gen. Sikorskiego, któremu potem Marszałek nie mógł tego „wybaczyć” i odstawił na bok. Czym późniejszy premier Rządu Londyńskiego zrewanżował się wysłaniem „Piłsudczyków” na wyspę Wężów i izolował ich od działań wojennych WP w II WŚ. Otrzymywali 50% żołdu.

Rewanż Stalina.  Stalin nie zapomniał gen. Sikorskiemu jego roli w rozszyfrowaniu sowieckiej komunikacji. Miał mu za złe, że chce zbliżenia z ZSRR, kiedy już był szykowany PKWN oraz głośno wypominał zbrodnię w Katyniu. Moim zdaniem Sowieci go zamordowali w Gibraltarze. Zapamiętał także niebranie sowieckich jeńców armii Budionnego do niewoli za jego zbrodnie nad polskim jeńcami i rannymi i odtąd traktował Polaków za wrogów. Czemu dał wyraz w sierpniu 1944, kiedy odmówił przyjścia z pomocą Powstańcom Warszawskim. Czy na tym zamyka się związek obu warszawskich bitew i wynikające trudne losy czytelników tego Biuletynu oraz felietonisty? Chyba nie.

Skutki Bitwy Warszawskiej (BW)
BW nie dopuściła do rozwoju komunizmu w Zachodniej Europie. Ale równie dobrze komunizm mógłby szybciej ponieść klęskę w wyniku choroby mamuciej, ponieważ był finansowo i organizacyjnie za słaby, aby dojść do Atlantyku i utrzymać się dłużej. Niemcy długo by nie odbudowali się po I WŚ i zapewne nie byłoby II WŚ oraz 6 mln zabitych obywateli polskich.

W latach 1919-1921 przebywał w Polsce kpt. Charles De Gaulle, przyszły prezydent Francji, który w tym czasie przez omal 2 lata uczył taktyki polskich oficerów niejako szykując ich do wojny z Rosją. Zwłaszcza, że był zaprzyjaźniony z M. Tuchaczewskim, kiedy znajdowali się w tym samym niemieckim oflagu jako jeńcy z I WŚ.  W lipcu i sierpniu 1920 roku został na krótko wcielony do polskiej jednostki bojowej i awansowany do stopnia majora WP. Za swoją postawę w operacjach wojskowych 29 lipca oraz 13 i 16 sierpnia 1920 (czyli brał udział w operacjach związanych z BW) został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari.

·Po wojnie De Gaulle czuł się winny za Francję, która nas opuściła w 1939 i przybył z oficjalną wizytą w 1967 do Warszawy, gdzie mocno w Sejmie poparł granicę na Odrze i Nysie oraz wypowiedział mocne zdanie „Niech żyje polski Śląsk”.  W jego rządzie było aż trzech „Polaków” – minister Spraw Wewnętrznych M. Poniatowski, minister Przemysłu M. Bokanowski, wiceminister Spraw Zagranicznych J. de Jankowski i minister ds. Badań Atomowych (Force de Frappe) G. Palewski. Ten ostatni po wojnie miał być ambasadorem Francji w ZSRR, ale Stalin się nie na niego nie zgodził i miał powiedzieć „mam dość Polaków”. 

Stalin po porażce w BW miał cichy respekt wobec Polaków i nie utworzył z Polski 17 republiki, ponieważ bał się, że Polacy mogą rozsadzić ZSRR od wewnątrz. Miał rację. Już z dwojga złego PRL było „lepszym” rozwiązaniem dla nas od 17 republiki.  

Prywatna nuta. Jeśli chodzi o osobistą nutę, moja Żona Irmina jest dumna, że mieszkała w tym samym mieszkaniu w Warszawie na Nowym Świecie (nad pewną znaną swego czasu cukiernią), gdzie okresowo przebywał kpt. De Gaulle. Natomiast moja matka Halina (wówczas młodziutka panna), za swój sukces uważała tańczenie w drugiej parze na balu na Zamku z okazji wizyty marszałka Ferdynanda Focha w 1923 z okazji odsłonięcia pomnika francuskiego i polskiego marszałka Józefa Poniatowskiego. Natomiast niżej podpisany niejako też pod francuskimi wpływami (po stażach u BULLA w Paryżu w 1962 i 1964) wprowadził do publicznej przestrzeni francuski termin l’informatique, dzięki któremu polscy specjaliści w tej dziedzinie nazywają się informatykami. Jest ich ponoć już ćwierć miliona i parę milionów amatorów-informatyków. Vive la France et la Pologne.  

 Prof. Andrzej Targowski (Los Angeles)
                                      Honorowy Prezes Stowarzyszenia Dzieci Powstania Warszawskiego 1944

Pandemia "hiszpanki" 1916 - 1920

Wielu z nas nie wie, że dożyliśmy czegoś, co jest dokładnym powtórzeniem z naszej historii. Nie jest to powód do uspokojenia, że oto przeżywamy zjawisko cykliczne, powtarzające się w świecie. Epidemie faktycznie dotykały Europę i inne kontynenty w różnych okresach, zawsze niespodziewanie, zawsze więc były zaskoczeniem. Nigdy też nie poradzono sobie z nimi w sposób zorganizowany. Naturalnie walczono z nimi na miarę ówczesnej wiedzy, starano się nawet przed nimi uciec, a jednak trzeba było po prostu cierpliwie poczekać na ich wygaśnięcie. Po nich następował okres żałoby, porządków, odbudowywania egzystencji przez tych, co przeżyli i tych, co wyzdrowieli. Pozostawał chaos ekonomiczny i społeczny, bowiem epidemie jednakowo traktowały bogatych, jak i biednych. Kto miał odporność na epidemiczną chorobę, ten przeżywał, co długo przypisywano zaklinaniu, żarliwym modłom w intencji przeżycia, a nawet czarom.


Przechodnie na ulicach wielkich metropolii (1916)

Pacjenci w ówczesnych szpitalach w otoczeniu personelu medycznego (1918)


My tego nie pamiętamy, ale w 1918 roku podobną epidemię przeżyli nasi dziadkowie i rodzice. Ci ostatni, jako małe dzieci – chorobę tę nazwano wtedy hiszpanką, bo miała się rozprzestrzenić z Półwyspu Iberyjskiego na cały świat. Jednak pierwszy przypadek grypy nazwanej „hiszpanką”, według angielskiego epidemiologa dr Jeromy Browna, autora książki o tej chorobie, odnotowano już w 1916 roku w miejscowości Etaples we Francji, skąd nie wykluczone, że epidemia została zawleczona do Hiszpanii. Kolejny przypadek miał miejsce 4 marca 1918 roku w hrabstwie Haskell (stan Kansas – USA), gdzie do dr Loringa Minora, ordynującego w bazie wojskowej w Fort Riley, zgłosił się kucharz Albert Gitchell z ponad 40 stopniową gorączką. Doktor stwierdził, że chory cierpi na jakąś wyjątkowo zaraźliwą postać nieznanej dotychczas grypy, która poza wysoką temperaturą objawia się uporczywym, nawracającym kaszlem oraz kichaniem. Wkrótce liczni chorzy pojawili się nawet na Alasce, a poza Stanami w całej dotkniętej jeszcze wojną światową Europie. Ogniska zachorowań dotyczyły głównie skupisk żołnierzy, koszarowanych w wyjątkowo nieprzystosowanych warunkach, miejscach przypadkowych, nie zawsze w namiotach, a często wprost w okopach. Okazało się, że ta grypa przechodzi szybko w ostre, nieżytowe zapalenie płuc, a chorzy mający takie objawy u początku choroby nie mają szans na przeżycie. „Hiszpanka” zaczęła zbierać niesamowite żniwo, pewnie też z powodu lekceważenia jej przez ówczesne społeczeństwa. W wielkich miastach odbywały się różne zgromadzenia, nie zawsze bywały to jakieś imprezy, bo podczas trwającej wojny nie bardzo się bawiono. Jednak w krajach wcześniej zniewolonych, w których w wyniku podpisania rozejmu 11 listopada 1918 roku w Lasku w Campiégne pod Paryżem, pojawiły się – podobnie jak dla Polaków - szanse na odzyskanie niepodległości, organizowane były potężne manifestacje patriotyczne, podczas których pojawiali się agitatorzy z wojska, czasem dezerterzy, bądź delegaci polityczni. Epidemia po takich masowych zgromadzeniach przybierała na sile. Z Europy epidemia grypy trafiła do Afryki Północnej, a także do odległej Australii. Zgony następowały nawet nagle, bez wcześniej znamionujących chorobę charakterystycznych symptomów. Dopiero wówczas, szczególnie w bogatych krajach, których wojna nie zrujnowała, zaczęto bić na alarm, wprowadzono stosowanie masek na twarze. Bardzo zresztą podobnych do tych współcześnie stosowanych. Z oglądu fotografii z tamtego okresu wynika, że owe maseczki głównie chroniły nos, a nie łącznie usta i nos, takie stosowali wtedy wyłącznie medycy.  

Nawet, gdy w czerwcu 1918 roku doniesiono z Chin, że zachorowało tam 20 tys. osób, świat się specjalnie tym faktem nie przejął. Uważano, że wprowadzenie maseczek wystarczająco chroni przed złapaniem wirusa, że to wszystko, co można zrobić zapobiegając pandemii. Skwitowano to stwierdzeniem, iż ludzkość zawsze się borykała z chorobami, które trzeba leczyć, ale nade wszystko przeczekać aż same wygasną! Według ostrożnych szacunków uważa się, że w wyniku szalejącej w świecie epidemii „hiszpanki” zmarło 40 mln ludzi. Jednak cytowany przeze mnie dr Jeromy Brown uznał, iż naprawdę zmarło 50-100 milionów, co czterokrotnie przewyższyło liczbę żołnierzy, którzy zginęli na frontach pierwszej wojny światowej, wówczas nazywanej wielką, bo kolejnej jeszcze wtedy nie przewidywano. Liczbę  żołnierzy, którzy zginęli, oszacowano na 20-22 mln.

Faktycznie „hiszpanka” wygasła i u nas, raczej samoistnie, ale wypada wspomnieć, że mimo mizerii we wszystkich dziedzinach i wszechobecnej biedy, mieliśmy szczęście, że się nie rozprzestrzeniła, chociaż zebrała ofiary, a nasi lekarze już wtedy odnieśli nad nią pewne sukcesy w wyprowadzeniu z niej nie małej liczby pacjentów. Osiągnęliśmy jako kraj swoje - nade wszystko niepodległość, którą jeszcze musieliśmy sobie wywalczyć, następnie wyjść z potężnego kryzysu ekonomicznego, a kiedy wyszliśmy na prostą -  zagroził nam kolejny kataklizm – II wojna światowa.

Załadunek pacjenta (1918)

Obecnie obserwujemy podobne zjawisko, po stu latach zaatakowała nas choroba epidemiczna, odrobinę podobna do tamtej, nazwanej „hiszpanką”. Jednak znacznie niebezpieczniejsza, bo już na początku po jej pojawieniu się epidemiolodzy przestali ją nazywać grypą, ale wprost ostrym zapaleniem płuc, które przy dotychczas występujących postaciach grypy mogło wystąpić, ale nie koniecznie występowało. Starano się jemu zapobiec, nie doprowadzać, żeby nim kończyła się choroba. Tym razem jest wyraźnie inaczej. Atakowane są płuca, pojawia się kaszel, który szybko blokuje swobodne oddychanie, zwalnia akcję serca, upośledza reakcję na zapach (upośledzenie powonienia) i smak.

Chorzy w jednym z Angielskich szpitali - 1918

Amerykanie zwykli mawiać, że mądrość przychodzi wraz z utratą złudzeń, ale to jest przysłowie nie nasze, a my ostatnio nie lubimy cudzoziemców. Wkrótce okaże się, czy opanujemy pandemię, czy sama wygaśnie i zostawi nas w spokoju. Jednak wszystko będziemy faktycznie mieć pod kontrolą, kiedy wynajdziemy leki na wszystkie choroby trapiące ludzkość, a to raczej nigdy nie nastąpi. Bez przerwy ludzkość będzie pracować nad wynalezieniem czegoś, co stanie się albo antidotum na chorobę, albo biciem rekordu w jakiejś niezgłębionej jeszcze dziedzinie. Problemem ciągle staje się niewiedza, mimo postępu nauk. Na tę chwilę entuzjazmujemy się testami pomagającymi w wykrywaniu przypadków choroby na uporczywego wirusa zwanego koronawirusem, pracujemy nad szczepionką, ale za chwilę będzie to już coś zgoła innego, bo epidemie przemijają, wyjdziemy z kwarantanny i zajmiemy się też sprawami nurtującymi nasze środowisko – o czym będzie następny tekst.

Tadeusz Władysław Świątek

Przeciętność

Oglądałem ostatnio film, którego bohater czuje się nieszczęśliwy, gdyż w życiu, które ma już w dużej mierze za sobą, okazał się średniakiem, nie wzniósł się ponad przeciętność. Uświadomiłem sobie wtedy, że podobnie czuje wiele ludzi. Dylematy tego rodzaju przeżywają również niektórzy młodzi; nie akceptują oni perspektywy zwyczajnego życia i szamoczą się na różne sposoby, niekiedy sztucznie i na siłę, aby w ich przypadku przebiegało ono inaczej niż u wszystkich wokół. Ktoś taki zdarzył się nawet w kręgu moich znajomych.

Myślę, że trzeba tu rozróżnić dążenie do tego by coś osiągnąć i dążenie do tego by stać się nieprzeciętnym. Pierwsze jest pozytywną siłą motoryczną naszego życia, a drugie, chociaż też pobudza do działania, jednak jest wewnętrznie puste. Myślę, że można zidentyfikować parę czynników składających się na tę drugą postawę. Wola wyróżnienia się z wielkiej masy, którą jako ludzie stanowimy. Potrzeba, abyśmy w społeczności w jakiej żyjemy zostali jakoś zauważeni. Chęć pokazania, że jest się kimś specjalnym, lepszym niż wszyscy inni. A również drzemiąca w nas tęsknota za jakąś formą nieśmiertelności. Jeżeli nie możemy jej osiągnąć w naszym życiu (nie rozpatruję tu nieśmiertelności oferowanej przez różne religie), to chcielibyśmy przynajmniej zostawić po sobie jakiś trwały ślad.

Myślę, że usiłowania zmierzające do osiągnięcie jakiegoś szczególnego statusu, rozciągającego się poza nasze życie, pozwalają ten cel osiągnąć jedynie w nadzwyczaj rzadkich przypadkach. A jeśli już taki status zostaje przez kogoś osiągnięty, to zwykle nie jest on celem, lecz niezamierzonym, nieuświadamianym sobie produktem ubocznym czyjejś działalności. Myślę, że „normalnie” ślad naszego istnienia zanika i że jest to naturalny element naszej egzystencji, wspólny dla wszystkiego, co żyje. O tym zanikaniu świadczy fakt, że z pośród miliardów ludzi, którzy żyli przed nami na świecie, a zawężając pole obserwacji, w naszym kręgu kulturowym albo w naszym narodzie, tylko bardzo nieliczne jednostki zostawiły po sobie trwały ślad. Jednak liczba tych ludzi w stosunku do wszystkich, którzy przewinęli się przez ziemię jest znikoma. Myślę, że to bardzo wyraźnie pokazuje, iż przeciętność jest normą naszego istnienia, a wszelka, a szczególnie wielka nieprzeciętność (taka przez duże „N”), występuje niesłychanie rzadko, im większa tym rzadziej. Ci z Państwa, którzy znają rozkład statystyczny Gaussa wiedzą o tym, że taka właśnie prawidłowość występuje w wielkich zbiorach.

Myślę, że w tym miejscu konieczne jest podkreślenie różnicy między dążeniem do pozostawienia po sobie śladu, a dążeniem do tego, by dać światu coś z siebie, aby zostawić tenże odrobinę lepszym niż się go zastało. W tym drugim przypadku nie chodzi o zrobienie śladu, lecz o zrobienie czegoś pozytywnego. Ewentualny ślad jest wspomnianym wyżej produktem ubocznym.

Idąc dalej zacząłem zastanawiać się nad tym, czy osiągnięcie przeciętności można uznawać za życiową klęskę i doszedłem do wniosku, że jest to niesłuszne. Przecież nie można uznać za życiowe niepowodzenie zdobycie przeciętnego wykształcenia, posiadanie pracy dającej przeciętną satysfakcję i przeciętne dochody, założenie typowej przeciętnej rodziny i uprawianie typowego przeciętnego stylu życia. Oczywiście oznacza to co innego w przypadku np. lekarza, robotnika budowlanego, czy aktorki. Każda grupa społeczna czy zawodowa ma swoją przeciętność.

Myślę, że brak zadowolenia z dojścia do takiego stanu (przeciętności) bierze się głównie stąd, iż jest on podobny do tego, jaki jest udziałem wielu ludzi żyjących wokół nas. A jeśli chcemy koniecznie jakoś się wyróżnić, oceniamy wtedy negatywnie to, co osiągnęliśmy, bo jest to podobne do tego, do czego doszli inni. Takie spojrzenie wynika z uświadamianej lub nieuświadamianej sobie chęci (potrzeby) wywyższenia się i jest przez to błędne.

Myślę, że jeżeli przeciętne życie podda się neutralnej rzetelnej ocenie to rezultat jej będzie jak najbardziej pozytywny. Okaże się, że to nie jest „tylko”, ale „aż” przeciętne (wiele ludzi do takiego nie dochodzi). I taka ocena nie jest równoznaczna z aprobatą postawy minimalistycznej. W takim życiu jest bowiem miejsce na aktywność, na zaspakajanie własnych marzeń, pragnień i ambicji. Jednak nie w celu wyrwania się z przeciętności (bo to nie jest życiowe niepowodzenie), ale w celu spełnienia się. Moja  konkluzja: przeciętne życie to dobre życie, powód do radości i satysfakcji, a nie do zgryzoty i poczucia niższości.

Jerzy Bulik

Pozwolę sobie na osobiste parę słów dotyczących autora poniższego artykułu - Jerzego Bulika. Pan Jerzy jest naszym hybrydowym członkiem - zgodnie z nomenklaturą z książki Andrzeja Olasa i Andrzeja Targowskiego "Hybrydowi Polacy (2018). Czyli tacy, którzy od wielu lat mieszkają za granicą,  Są oni tym pokoleniem, które bez żadnych formalności podróżuje do i z Polski tym bardziej, że bijące serce pozostawili w Ojczyźnie.

Jerzy Bulik jest Dzieckiem Powstania z ul. Królewskiej 27. 

Przeżycia Dziecka Powstania - mojego brata z Królewskiej 29 spotkały się z bardzo wnikliwym komentarzem dwóch czytelników Biuletynu - Andrzeja Komorowskiego i właśnie Jerzego Bulika. Jerzy dołączył nawet odręczne rysunki planu tego rejonu. Uwagi te stały się dla mnie niezwykle ważne, gdyż jako dziecku dane mi było widzieć tylko postrzępione ściany tych kamienic z doczepionymi resztkami rur kanalizacyjnych. Dla Jerzego te rysunki to także powrót pamięcią do nieistniejącego obszaru dzieciństwa. Jestem Jerzemu i Andrzejowi niezwykle wdzięczny za przyczynki do  historii mojej rodziny.

 Poniższy tekst krążył w poczcie internetowej założycieli Stowarzyszenia, aż dotarł z pozytywnymi opiniami do Biuletynu do Warszawy.  Autorowi dziękuję za zgodę na jego publikację.

                                                                                                                                             Wojciech Łukasik

 




14 cze 2020

Biuletyn Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944. Nr 55, czerwiec 2020

Z życia Stowarzyszenia 

Co warto przeczytać


Szanowni czytelnicy, zmieniliśmy nieco formę naszego biuletynu, tak aby był bardziej przejrzysty, a Czytelnicy mogli szybko wyszukać interesujące treści.

Przed wszystkich wydzieliliśmy informacje o Stowarzyszeniu do osobnych stron. Ponadto postanowiliśmy publikować cześć artykułów jako osobne posty, publikowane niezależnie od cyklicznego Biuletynu. Będziemy starali się w każdym Biuletynie wskazywać, co nowego pojawiło się na naszym blogu. W tym wydaniu zachęcamy do przeczytania: 
Zmianę formy biuletynu zawdzięczamy koledze Arturowi Hartmanowi. Kol. Artur jest najmłodszym członkiem naszego skromnego kolegium redakcyjnego, absolwentem Politechniki Warszawskiej. Zgłosił się ochotniczo i ofiarował własną wiedzę, nie zrażając się ostrzeżeniami przed skalą zadań. Ojciec kol. Artura - Witold - Dziecko Powstania z pełnym bagażem  przeżyć z tego okresu, łącznie z pobytem w Dulagu w Pruszkowie - jego wspomnienia można znaleźć na stronach Muzeum Powstania Warszawskiego. Kol. Artur jest więc Dzieckiem Powstania "w drugim pokoleniu", podobnie jak niżej podpisany.

Usilne apele śp. Andrzeja Olasa o zgłaszanie się woluntariuszy do pracy w SDP1944 dopiero teraz zaowocowały takim nabytkiem. Wcześniejsza aktywność Honorowego Prezesa prof. Andrzeja Targowskiego i kol. Tadeusza Władysława Świątka daje nadzieję na powstanie stabilnej grupy redakcyjnej biuletynu. Przy okazji zachęcamy czytelników do przysyłania mailem, listem, SMSem - opinii, własnych spostrzeżeń, uzupełnień wspomnień, zapytań, propozycji i ciekawostek. 
Wojciech Łukasik

Pamięć Teatru LUZ o Dzieciach Powstania w Dniu Dziecka

Na ręce  Honorowego Członka SDP1944 kol. Jurka Mireckiego - autora "Dzieci 44" wpłynął e-mail z Siedlec z okazji Dnia Dziecka. Pozwalamy sobie zacytować miłą treść pozdrowień:

Drogi Godfather,

na Twoje ręce nietypowe z serca płynące pozdrowienia :)

W tym dniu... w Dniu Dziecka... w czasach koronawirusa ... myślimy i pamiętamy o naszych bohaterach z książki. W tym trudnym czasie Wasza historia pokazuje jak wiele człowiek jest w stanie znieść i jak silnym potrafi być.  

Zdrowia i radości i nieustającej siły Kochane Dzieci Powstania :) 


Pozdrawiamy mocno!

Joanna Woszczyńska oraz tancerze i wokaliści Alternatywnego Teatru Tańca Luz z Siedlec 

Pani Joanna wysłała również życzenia bezpośrednio do Zarządu SDPW44:

….Tą piosenką chcieliśmy dodać siły i otuchy wszystkim Dzieciom ’44,  które teraz przechodzą ponownie  trudny okres  w swoim życiu, trudny szczególnie dla starszych ludzi. Dla nas są bohaterami, o nich myślimy i pamiętamy… a ich doświadczenia z okresu wojny przeniesione na scenę dodały siły młodym artystom  zamkniętym w domach w czasie pandemii. Tę piosenkę każdy z młodych wykonawców zaśpiewał w swoim domu i nagrał telefonem komórkowym.  

Serdecznie pozdrawiamy 
Joanna i Tancerze Luz


Możemy się teraz przekonać jak pięknie pielęgnowana jest pamięć o dzieciach Warszawy z 1944 r. Obowiązkowo trzeba obejrzeć załączony filmik z Youtube! 

Baza Naszych Wspomnień

Wzbogaca się baza Naszych wspomnień. Opublikowaliśmy wspomnienia pana Wiesława Winklera. Od tego miesiąca wspomnienia będą publikowane jako osobne wpisy - ułatwi to ich przeszukiwanie. Wspomnienia opublikowane w poprzednich numerach Biuletynu systematycznie będą publikowane również jako osobne wpisy, a jest już ich blisko 50.

Sporo wspomnień trafia do nas w formie maszynopisu lub rękopisu. Potrzebujemy pomocy w przeniesieniu tych wspomnień na format cyfrowy, tak aby zamieścić je w na naszym blogu i udostępnić Czytelnikom. Ochotników zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail.

Widziane z krzesła Honorowego Prezesa profesora Andrzeja Targowskiego 

 Co dalej?

Zmiana warty. W styczniu 2020 r. odszedł od nas śp. Prezes prof. Andrzej Olas, człowiek Renesansu, ciekawy życia i je wzbogacający sobą, swą wiedzą i doświadczeniem. A mój sąsiad z Sierpnia 44, z ul. Madalińskiego. Odszedł, ale myśli o nas. To samo nas czeka. Zawsze martwiliśmy co będzie po nas „dzieciach” powstańczych. Zawsze chcieliśmy by członkami Stowarzyszenia byli potomkowie z rodzin powstańczych, począwszy od szwoleżerów z 1830 r. I tak się stało. Berło po Andrzeju przejął dr inż. Wojciech Łukasik, który pochodzi z takiej rodziny i co ciekawe był w naszym Stowarzyszeniu od czasu -T, kiedy jeszcze nie było stowarzyszenia i przymierzaliśmy się jak je powołać? Jego teraz zadaniem jest wychować następcę/czynią. Kto wie, czy nawet nie będziemy świadkami kolejnego powstania?   

Co się dzieje? Pamiętamy wojnę 1939-45, Czerwiec 1956 r, Październik 1956, Grudzień 1970, Sierpień 1980, Wrzesień 1989 i myśleliśmy, że już wszystko co najgorsze mamy poza sobą. Przed nami „Słońce” i radość doczekania się tego o czym tylko marzyliśmy. Po 360 latach nasza Ojczyzna była w swoim znów bardzo dobrym okresie funkcjonowania. Po raz pierwszy byliśmy w takim okresie przez 200 lat po bitwie pod Grunwaldem. Byliśmy wówczas największym państwem w Europie z silnym eksportem żywności i budulca m.in do będącej w kryzysie Anglii. Natomiast w 2020 r. staliśmy się państwem autorytarnym, gdzie wybory organizuje partia będąca u władzy w okresie rozwoju śmiercionośnej pandemii. Nie o to walczyli powstańcy w 1944 r. Nie oto ginęli pracownicy w czerwcu 1956 r (w Poznaniu) i demonstrowali studenci Politechniki Warszawskiej w 1956 r. i nie oto tracili życie mieszkańcy Gdańska, Gdyni i Szczecina w 1970 r i podczas Stanu Wojennego w 1981-83. Kto by się spodziewał, że po 30 latach demokracji komuś zależy na sprawowaniu autorytarnej władzy i chcę ją utrzymać idąc po trupach.  Przy czym nie jest to przenośnia, tylko spodziewany skutek głosowania w pandemii.  

Co robić? Jak powiedział Winston Churchill: „Demokracja nie jest idealnym systemem politycznym, ale nie znamy lepszego”. Zwłaszcza w dobie rosnącego super-konsumeryzmu każdy chce z tego skorzystać. Jedni legalnie a inni w sposób przestępczy. Rozwiązaniem tego jest wzmacnianie instytucji państwowych i ich neutralizowanie od polityki. A nie odwrotnie. Na tym poległ sowiecki komunizm. Co my „dzieci” powstania mamy robić? Powinniśmy być mentorami młodszych pokoleń. Ostrzegać je przed „lepem” władzy i uczyć ich przyzwoitości w myśleniu i postępowaniu. Nie można być pasywnym i zrezygnowanym. Ale my „dzieci” musimy „mierzyć zamiary według sił” i być mądrymi i dobrymi. 


Prof. Andrzej Targowski (Los Angeles)
Honorowy Prezes 
Stowarzyszenia Dzieci Powstania Warszawskiego 1944
(Felieton wpłynął na początku maja 2020)

O naszym marzeniu

Wielu z Państwa zapytuje o to, czy istnieje możliwość otrzymania jakiegoś wsparcia z tytułu pobytu w dzieciństwie w obozie przejściowym Dulag 121 w Pruszkowie. Niektórzy zdają się zapominać o fakcie, że w Polsce po 1945 roku nie było chęci do załatwienia roszczeń tysięcy więźniów regularnych – zarejestrowanych obozów koncentracyjnych, tym bardziej kilku zaledwie obozów przejściowych zorganizowanych na terytorium naszego kraju. Okazuje się, że badania naukowe odnośnie tych ostatnich, zwanych obozami przejściowymi, nie koncentracyjnymi z uwagi na ich charakter, są daleko niewystarczające żeby uznać jakiekolwiek roszczenia przetrzymywanych w nich więźniów, zarówno dorosłych, jak i dzieci, które do dzisiaj już dawno osiągnęły nie tylko dojrzałość, ale doczekały się rent bądź emerytur.

Pruszków – napis na murze za którym znajduje się Muzeum Dulagu 121 (2019)

Odnośnie obozu Dulag 121 jest on we współczesnej literaturze zapisany wyłącznie jako obóz przejściowy i ta kwalifikacja pozostaje niezmieniona. Mimo naszych apeli na łamach Biuletynu Dzieci Powstania 44’ nie zgłosił się nikt, kto posiada z tego obozu jakiś dokument, choćby adnotację o zmianie opatrunku w tutejszym ambulatorium prowadzonym i obsadzonym przez Niemców, albo przykładowo zaświadczenie o udzieleniu lub skierowaniu na jakąś pomoc któregoś z tutejszych więźniów przez przedstawiciela Rady Głównej Opiekuńczej (RGO), która to organizacja miała prawo wejścia na teren tego obozu i jak powszechnie wiadomo świadczyła różną pomoc, w tym także medyczną, posiadając w swym gronie lekarzy o wysokich kwalifikacjach zawodowych. Potykamy się o brak spisu więźniów, którzy przeszli przez ten obóz. Musi to być spis niemiecki – nie ustalony współcześnie na zasadzie deklaracji osób, które będąc dziećmi w chwili istnienia Dulagu 121 przebywały w nim ze swymi rodzicami lub opiekunami. Współcześnie tworzona lista z punktu widzenia prawa nie jest wiarygodna, to jest raptem domniemanie, a czasem z premedytacją tworzone oszustwo, dla przykrycia jakichś tam spraw z punktu widzenia historii ciągle „trefnych” z lat 1944-1949.

Pruszków - siedziba Muzeum Dulagu 121 przy ul. 3 Maja (2020)

Zarząd Stowarzyszenia Dzieci Powstania ‘44 nie zaniedbuje tej kwestii, prowadzi skomplikowane rozmowy, ale też swoje badania możliwości legalizacji naszych deklaratywnych stwierdzeń pobytu w tym obozie, którego niemiecki spis więźniów nie istnieje, a jak niektórzy twierdzą  nigdy nie zaistniał, bo ponoć Niemcy, skrupulatnie ewidencjonujący więźniów prowadzonych przez siebie obozów koncentracyjnych, tej kategorii więźniów wcale nie zewidencjonowali. Tak więc, według wszelkiego prawdopodobieństwa mieszkańcy Warszawy zwiezieni po kapitulacji powstania do istniejących w Pruszkowie warsztatów kolejowych, w których Niemcy urządzili obóz przejściowy, a właściwie selekcyjny, przed skierowaniem przetrzymywanych tu więźniów do regularnych obozów koncentracyjnych, bądź na roboty do Niemiec. Faktem jest, iż większość tu przebywających więźniów, faktycznie trafiła na tzw. roboty, nieliczni w różnych okolicznościach zdołali się stąd wydostać, jak moi rodzice ze mną (vide prezentacja w Biuletynie Dzieci Powstania nr 1937 z 2018). Na chwilę obecną nie mamy żadnego tytułu do jakichkolwiek roszczeń finansowych, co wyklucza nas – dzieci powstania – z ewentualnego dochodzenia świadczeń rentowych, ewentualnie jednorazowych dofinansowań z uwagi na sytuację zarówno zdrowotną jak i materialną (a już na pewno nie odszkodowania). Rozważaliśmy też kwestię dostępności do lekarzy specjalistów szczególnie geriatrów, pozostających w kraju w deficycie. Jednak w sytuacji, w jakiej znalazł się cały kraj, z uwagi na pandemię koronawirusa (COVID-19), trudno jest prognozować, co uda się z naszych marzeń spełnić. Najpierw trzeba przeżyć, to co się wokół nas dzieje, zacząć wychodzić z naszych domów, z przymusowej kwarantanny. W następnej kolejności zderzyć się z realiami – zobaczyć jakie one będą dla naszego kraju, ale i dla nas samych. Niczego z przysłowiowych fusów nie da się wywróżyć, trzeba zbadać nową rzeczywistość, nawet w nią wejść, żeby się zorientować, co da się załatwić, a co nie. Obecnie w kolejce o pomoc państwa ustawiają się nawet tuzy polskiego biznesu, trzeba więc mieć świadomość co pozostanie niespełnionym marzeniem, a co się uda załatwić.

Póki co, chodzimy w maseczkach (2020)

Ci, co usiłowali dochodzić statusu „kombatantów”, niestety, z całym szacunkiem, mijali się z rzeczywistością ośmieszając siebie, a nasze środowisko pozbawiając honoru.
Trzeba się  było nade  wszystko  zastanowić  nad  samą  definicją kombatanta!

Czy my walczyliśmy? Byliśmy jedynie niemymi świadkami zdarzeń, którzy na skutek zniewolenia faktycznie mogli się nabawić szeregu dolegliwości somatycznych, które w miarę upływu czasu faktycznie przerodziły się w choroby, ale to trzeba udowodnić… 

W kilku krajach Zachodu, były po 1945 roku prowadzone badania nad traumą wszystkich bez wyjątku w różny sposób zniewolonych, szczególnie przez reżimy totalitarne: hitlerowski, frankistowski i komunistyczny, wyróżniając w nim coś co i my uważaliśmy za sowietyzm, nie mylić z sowietyzacją, co odnosiło się głównie do ujednolicenia siłą poglądów politycznych, przymuszenia do nich, czym innym była sowiecka odmiana komunizmu polegająca na perfidnym maltretowaniu, ale i mordowaniu więźniów w sposób  okrutny, nierzadko dziki i wręcz zwierzęcy… Mając to na uwadze niestety nic nam nie pozostaje innego, jak czekać i obserwować bieg wypadków po odwołaniu pandemii koronawirusa-19 na terytorium III RP.

Nie ulega wątpliwości, że dzieci, które przeżyły Powstanie Warszawskie, nie będące jego uczestnikami, miały doznania wcale nie słabsze niż więźniowie obozów koncentracyjnych, co w zasadzie jest nieporównywalne, ale jak wskazują zagraniczne (amerykańskie i europejskie), ale i polskie badania ponad wszelką wątpliwość przeżyły traumę, która nierzadko cieniem położyła się na ich dalszym życiu, co przełożyło się na emocje, które zapadłe w ich psychikę, często podobne do tych, co przeżyli dzień po dniu narażeni wcale nie koniecznie na przemoc fizyczną, ale wcale nie mniej silną psychiczną. Która towarzyszy im po dzień dzisiejszy przekładając się na liczne dolegliwości psychosomatyczne po nieustępujące ogniska bólu i ogólnego osłabienia mającego przełożenie na kondycję i niemożność radzenia sobie z kłopotami dnia codziennego.

Tadeusz Władysław Świątek 


Pomoc dla dzieci powstania warszawskiego czyli nic się nie dzieje

Podsumowanie dotychczasowych działań

Zgłaszają się do nas członkowie Stowarzyszenia pytając kiedy wreszcie państwo zajmie się pomocą i odszkodowaniami dla mających obecnie osiemdziesiąt lub więcej lat, naznaczonych traumą roku 1944 dzieci powstania. Najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi: 


NIGDY


Powyższe słowa, napisane przez ś.p Andrzeja Olasa nie straciły na znaczeniu. Nie oznaczają one jednak, że nie ma bieżących prób skarżenia do sądu decyzji Urzędu d/s Kombatantów i Osób Represjonowanych w sprawie przez więźniów obozu DULAG 121. Poniżej powtarzamy dokumenty już publikowane w naszym Biuletynie. Przybliżają one całą historię walki o uwzględnienie w rejestrze Osób Represjonowanych także tych, którzy przeszli przez piekło DULAGU.

Po wielu nieudanych próbach zmiany stanowiska UdsKiOR nadzieja na korzystną zmianę jest niewielka. Wielu z nas poddało się i wprost uważa wznawianie zmiękczania stanowiska Urzędu za bezsensowne. Warunki DULAGU 121 i jego rola w represjonowaniu, zsyłaniu i więzieniu w Rzeszy mieszkańców Warszawy jednak całkowicie podważają przyjętą politykę Urzędu. 

W tym momencie ważne jest wypracowanie naszej wspólnej opinii. Zapraszamy do dzielenia się z nami swoimi odczuciami...

Poniżej dokumentujemy szereg dotychczasowych wysiłków w sprawie pomocy. 
Część materiałów powtarzamy ze względu na ich znaczenie.



Materiały z lat 2016 i 2017 dotyczące pomocy dla dzieci wojny

Korespondencja p. Zbigniewa Głuchowskiego o pomocy dla dzieci Powstania

W okresie świątecznym z uwagą przeczytałem treść biuletynu, który dostarczyliście mi Państwo przed kilkoma dniami i chciałbym podzielić się z Państwem moimi refleksjami. Otóż Instytut Pamięci Narodowej uruchomił Centrum Informacji o Ofiarach II Wojny Światowej. Celem nowego Centrum jest kompleksowe udzielanie informacji, na podstawie zgromadzonego zasobu archiwalnego, o ofiarach represji niemieckich i sowieckich w okresie II wojny światowej i po jej zakończeniu (1939–1956)". Taką informację znalazłem w internecie. Nie wiem, jak obecnie wygląda ocena IPN przeżyć osób takich jak ja.

3 października powstanie warszawskie zakończyło się sromotną klęską. W odwecie Niemcy zrównali z ziemią stolicę, a mieszkańców poddali akcji wysiedleńczej. Matki i dzieci trafiały do obozu przejściowego w Pruszkowie.

Okupację i powstanie przeżyłem w centrum Warszawy /Nowogrodzka róg Bracka/. 1 września 1944 r. powinienem zasiąść w ławce szkolnej i jako siedmiolatek rozpocząć edukację. Niestety, moja edukacja polegała na siedzeniu w ciemnej przepełnionej ludźmi piwnicy i nauce rozróżniania odgłosów rozrywających się pocisków, bomb, granatników a zabawa polegała na zbieraniu między znajdującymi się na podwórku grobami gorących odłamków. Huk, dym, łzy, głód, brak wody, jęki rannych to była normalna dziecięca codzienność...


Potem kapitulacja, wypędzenie z domu, obóz, brak nadziei na przeżycie, zapędzenie do odkrytych wagonów i podróż z przekonaniem, że wiozą nas do Oświęcimia. Na szczęście pod Krakowem w Kozłowie otworzyli wagon a
miejscowi Polacy wzięli nas do swoich domów. Rozpoczęła się tułaczka popowstaniowa i powojenna. Nigdy nie dano mi szansy powrotu do Warszawy.

Od lat poruszam w internecie sprawę represji warszawiaków z okresu powstania warszawskiego i po powstaniu oraz ich tułaczki po wypędzeniu z Warszawy.      Związek Kombatancki Dzieci Wojny w Łodzi przyjął mnie w poczet swoich członków i Komisja Historyczna Związku przyznała mi status "represjonowanego", ale Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych ze względu na ocenę i stanowisko IPN uznał, że "...represje te nie były represjami..." 
/cytat dosłowny - dokument jest w moim posiadaniu, jest także w aktach sprawy znajdującej się w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych/!  Kto był represjonowany w czasie II wojny, a kto nie - ocenia u nas IPN.

W Izraelu takiej oceny dokonuje "Foundation for the Benefit of Holocaust Victims in Israel". Z raportu, można się dowiedzieć, że w Izraelu ma żyć obecnie 193000 osób "Holocaust survivors" (ocalonych z Holocaustu).

Warto przytoczyć definicję osoby "Holocaust survivor" z opracowania fundacji z 2004 rok

Jest to osoba, która żyła w jednym z krajów, który został podbity lub znalazł się pod bezpośrednim wpływem reżimu nazistowskiego [Nazi regime] w jakimkolwiek czasie pomiędzy 1933 i 1945 rokiem, wliczając w to osoby, które uciekły podczas nazistowskiego podboju [Nazi conquest]." 

"Dzieci Teheranu" chronione przez generała Władysława Andersa mają status ''holocaust survivors"!

Spójrzmy na własne podwórko, jaki jest stosunek naszych "polskich" władz do tych, co przeżyli wojnę.  Do dziś pamiętam,że władze PRL-u nie chciały uznać tragizmu przeżyć tych warszawiaków. I do końca życia nie zapomnę, że obecne  władze odpowiedziały mi, że "represje te nie były represjami" /cytat dosłowny/, gdyż urzędnicy IPN-u taką wydali opinię o prześladowaniach warszawiaków! Wysłałem odwołanie, a oto odpowiedź: "Nawiązując do Pańskiego pisma, które wpłynęło do Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych w dniu 10 czerwca 2014 roku drogą elektroniczną uprzejmie informujemy, że problematyka Pańskich uprawnień kombatanckich była kilkakrotnie przedmiotem postępowania administracyjnego, a także korespondencji ze strony Urzędu.Szef Urzędu decyzją z dnia 20 kwietnia 2005 roku, utrzymał w mocy decyzję z dnia 24 stycznia 2005 roku, o odmowie przyznania uprawnień kombatanckich na podstawie przepisów ustawy z dnia 24 stycznia 1991 r."

Może moje rozważania przydadzą się Państwu w pracach Stowarzyszenia?. Z Nowym Rokiem życzę wszystkiego najlepszego i nowego spojrzenia władz na sprawę represji warszawiaków!

Zbigniew Głuchowski

Pora na podsumowanie dotychczasowej dyskusji na powyższy temat - przyznania Dzieciom Powstania, które przeszły przez obóz przejściowy statusu Osób Represjonowanych


W sierpniu 2019 roku Sąd Administracyjny w Szczecinie wydał korzystny wyrok w sprawie wniesionej przez Dziecko Powstania, które przeszło przez DULAG 121. O wyroku pisała 27.08.2019 r. Rzeczpospolita. Tekst artykułu Rzeczpospolitej pozwalamy sobie przytoczyć:

"Warunki w niemieckim obozie przejściowym w Pruszkowie, przez który przeszło kilkaset tysięcy wypędzonych mieszkańców stolicy, nie różniły się od warunków w obozie koncentracyjnym."

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Szczecinie, a wcześniej Naczelny Sąd Administracyjny, określił charakter tego obozu w sposób odmienny od ustaleń Instytutu Pamięci Narodowej. Jednocześnie sądy zwróciły uwagę, że wydając decyzję w sprawach kombatanckich, szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych oparł się tylko na ekspertyzie IPN, nie dostrzegając innych, istotnych dokumentów.

Do obozu przejściowego w Pruszkowie, funkcjonującego od 6 sierpnia 1944 r. do 16 stycznia 1945 r. pod nazwą Durchgangslager 121, wywieziono w trakcie Powstania Warszawskiego i po powstaniu ponad 400 tys. mieszkańców Warszawy. „Tędy przeszła Warszawa" – głosi napis na murze wzdłuż torów kolejowych, widoczny do dziś.


O uznanie tego obozu za równoznaczny z obozem koncentracyjnym zwracają się od dłuższego czasu środowiska byłych więźniów tego obozu. Ponieważ opinia IPN stwierdza, że obóz w Pruszkowie nie był obozem koncentracyjnym, lecz obozem przejściowym dla ludności cywilnej wysiedlonej z Warszawy w celu wywózki do pracy przymusowej w Rzeszy, osobom, które w nim przebywały, nie przysługują uprawnienia kombatanckie i nie mogą one być uznane za ofiary represji. Dla tych osób, i dla państwa, ma to też wymiar materialny.

Toteż wniosek Adama Z. (dane zmienione) o przyznanie uprawnień kombatanckich z tytułu przebywania w obozie przejściowym w Pruszkowie spotkał się z odmową szefa UdsKiOR. Z opinii IPN wynika bowiem, że ten obóz nie spełnia przesłanek, wymienionych w ustawie o kombatantach. Wyrokiem z 2015 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Szczecinie uchylił odmowną decyzję, ale nie zakończyło to sprawy. W 2017 r. znalazła się ponownie w WSA, rok później w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, a ostatnio znów w WSA. Przez te cztery lata szef UdsKiOR nie zmienił swojego stanowiska, a Adam Z. nie zrezygnował z ubiegania się o uprawnienia kombatanckie. Jego zdaniem warunki pobytu w obozie w Pruszkowie nie różniły się od warunków w obozach koncentracyjnych, a osoby tam osadzone pozostawały w dyspozycji hitlerowskich władz bezpieczeństwa.

NSA zalecił więc szefowi UdsKiOR, ażeby jednoznacznie wyjaśnił, z powołaniem się na konkretne źródła wiedzy, np. na dorobek powstałego w 2010 r. Muzeum Dulag 121, w jaki sposób warunki w obozie w Pruszkowie różniły się od warunków w obozach koncentracyjnych. (podkreślenie SDP1944)

Szef UdsKiOR wydał jednak następną decyzję odmowną, posługując się wyłącznie opiniami IPN. Adam Z. po raz kolejny zaskarżył ją do WSA w Szczecinie. A WSA uznał skargę za uzasadnioną, gdyż materiał dowodowy znów został potraktowany wybiórczo. Szef UdsKiOR oparł decyzję wyłącznie na opiniach IPN, pomijając inne, istotne dokumenty, w tym naukowe opracowanie Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, z których wynika, że w obozie w Pruszkowie panowały warunki nieróżniące się od warunków w obozach koncentracyjnych, a przebywające tam osoby pozostawały w dyspozycji hitlerowskiego aparatu bezpieczeństwa. Ustawa o kombatantach i ofiarach represji przewiduje, że osoby przebywające w miejscach odosobnienia, w których warunki pobytu nie różnią się od warunków w obozach koncentracyjnych, pozostające w dyspozycji hitlerowskich władz, są ofiarami represji, którym przysługują uprawnienia z tej ustawy. Dlatego WSA uchylił decyzję szefa UdsKiOR. Co dalej?

Sygnatura akt: II SA/Sz 470/19

Podobną skargę na stanowisko UdsKiOR wniósł na przełomie 2019/2020 do Sądu Administracyjnego w Poznaniu inny nasz kolega - Dziecko Powstania wywieziony z rejonu Dworca Południowego. Argumentacja w tym przypadku była podobna, opierała się na fakcie, że UdsKiOR nie dokonał samodzielnie oceny warunków w DULAG 121, a opiera się na opinii IPN. Niestety Sąd dopatrzył się uchybienia przekroczenia terminu dostarczenia o jeden dzień pewnego dokumentu towarzyszącego i odroczył bezterminowo kolejną rozprawę.
Decyzja SA w Szczecinie jest korzystna dla skarżącego, ale nie niesie żadnych skutków w postaci wymuszenia na UdsKiOR decyzji o zaliczenie Dzieci Powstania z DULAG-u do Osób Represjonowanych. 
Działanie sądu w Poznaniu może dawać wrażenie unikania angażowania się w tą zawikłaną sprawę. 

W lutym b.r doszło do spotkania członków zarządu SDP1944 z  Dyrektor Muzeum DULAG p. Małgorzatą Bojanowską. Po spotkaniu z w DULAGU SDP1944  spisało podsumowanie, zawierające elementy badań Muzeum DULAG 121, jak również wcześniejsze zebrane informacje: 

SDP1944, zrzeszając Dzieci Powstania Warszawskiego, zbiera ich wspomnienia, opinie i prośby. Wszystkie te Dzieci to dumne, samodzielne, patriotyczne osoby, które zaraz po Powstaniu przystąpiły do nauki, zdobywania zawodu i organizowania nowego życia, często też ciężko pracując pomagały zabiedzonym rodzinom. Te z nich, które przeszły przez DULAG, a jest ich wg danych Muzeum DULAG, które utrzymuje kontakty z nimi, około 2000, a ze SDP1944 kilkadziesiąt, nie godzi się z kwalifikacją UdsKiOR, która pozbawia je należnego im statusu osób poszkodowanych przez okupacyjne władze nazistowskie.
Roszczenia żyjących dzieci DULAGU są skromne i dotyczą na ogół ułatwienia w dostępie do ośrodków medycznych i ulg przy zakupie lekarstw.

Całkowite wyeliminowanie DULAG 121 z  listy miejsc odosobnienia, patrz: https://sip.lex.pl/akty-prawne/dzu-dziennik-ustaw/miejsca-odosobnienia-w-ktorych-byly-osadzone-osoby-narodowosci-18138987, czyli takich, w których warunki przebywania nie różniły się od warunków panujących w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, jest dla nich dotkliwie krzywdzące.
Taka kwalifikacja zaciemnia obraz łańcucha bezprzykładnych represji i poniewierki, jaki spotkał cywilną ludność Warszawy po Powstaniu Warszawskim. DULAG stanowiąc bardzo ważne ogniwo w tym łańcuchu, porównywany bezdusznie jako miejsce spełniające wyłącznie „kryterium obozu koncentracyjnego”, nie jest rozpatrywany  jako swoista „RAMPA” selekcyjna dla całej ludności Warszawy.
Znajomość gehenny Warszawy w po wrześniu 1944 wśród społeczeństw innych krajów jest niedostateczna.

SDP1944 wspierane przez wiedzę i jednomyślność opinii Muzeum DULAG 121 rozważa inicjatywę:
  1. Zwrócenia się do najwyższych instytucji państwowych, dysponujących aparatem prawnym (Prezydent RP, RPO, Ministerstwo Obrony Narodowej, UdsKiOR, IPN) o dokonanie ponownej analizy prawnej bezdusznego potraktowania więźniów DULAG.
  2. Wystąpieniu do IPN o szczegółową ekspertyzę z uzasadnieniem w sprawie niekorzystnego usunięcia obozu DULAG 121 z listy miejsc odosobnienia.
  3. Wystąpienia do UdsKiOR o samodzielne zbadanie warunków panujących w DULAG121, zgodnie z zaleceniami Sądu Administracyjnego z Szczecinie z sierpnia 2019. SA nie uznał decyzji UdsKiOR w sprawie indywidualnie wniesionej przez jedno z dzieci DULAG-u.

Akcji wystąpienie do władz RFN o przeszukanie archiwów pod kątem odnalezienia dokumentacji transportów z obozu DULAG 121 do innych obozów koncentracyjnych, na roboty do Niemiec. Istnieją przesłanki do twierdzenia, że SS jako organizator transportów prowadziło ich rejestrację. Uważamy, że takie badanie w Niemczech powinien przeprowadzić  IPN.
Uzasadnienie stanowiska SDP1944 w sprawie zakwalifikowania DULAG 121 do miejsc odosobnienia:

1. Funkcje porządkowe i administracyjne w DULAG 121 pełniły jednostki wojskowe SS i Wehrmachtu oraz policji.  Ich zadaniem było: 
  • kierowaniem służbami DULAG
  • prowadzenie przesłuchań wybranych więźniów,
  • segregacja więźniów do obozów koncentracyjnych, robót przymusowych do Rzeszy, oraz do wybranych miejscowości w GG i przekazywanie ich pod opiekę RGO. Zsyłka do GG dotyczyła więźniów nie zdolnych do prac fizycznych w Rzeszy.
  • pełnienie wart,
  • stosowanie kar i  przymusu bezpośredniego wobec osób niestosujących się do regulaminu obozu.
2. Warunki higieniczne panujące w DULAG 121 prowadziły do ciężkich chorób, z którymi służba medyczna sobie nie radziła.
3. Przekazy więźniów DULAG-u dokumentują przypadki rozstrzeliwania więźniów podczas ucieczki.


Nasz kolega, Dziecko Powstania Tadeusz Świątek od dawna analizował stan badań naukowych i sytuacji prawnej więźniów DULAGU po przeżytych urazach psychicznych. 
Uważa on, że trauma poobozowa jest najbardziej znaczącym czynnikiem w uznaniu danej osoby za represjonowaną. W jego opinii następujące czynniki prowadziły do dramatycznych przeżyć psychicznych wszystkich więźniów, a szczególnie dzieci, które w zwielokrotniony sposób odbierały nastroje dorosłych:  
  1. rozdzielanie rodzin , przeprowadzane w brutalny sposób,
  2. narażenie na niespotykane dotąd warunki życia, robactwo w wielkich ilościach,  warunki dla  higieny osobistej, nocleg na surowych terenach kolejowych
  3. przygotowanie transportów przez SS, bez informacji o kierunku i przeznaczeniu transportu (z relacji wynika, że ludzie zamknięci w towarowych wagonach byli przekonani o wywózce do   Oświęcimia),
  4. nieludzkie warunki panujące w wagonach w trakcie wywózki z DULAG-u (Należy podkreślić, że wywózka była integralną częścią działalności obozu),
  5. dla znaczącej części więźniów /do oszacowania - ok 30%/  DULAG 121 był     wstępem do robót w  Rzeszy i więzienia w obozach koncentracyjnych.
  6. dramatyczne przeżycia dzieci w trakcie oczekiwania na połączenie z rodzicem, czasem też utrata kontaktu uczuciowego z rodzicem po jego powrocie z wygnania po separacji w DULAG-u.