16 sty 2022

Moja kamienica - wspomnienia Jerzego Kraśniewskiego

Moja kamienica - wspomnienia Jerzego Kraśniewskiego


Stoję przed bramą naszej kamienicy na ulicy Grzybowskiej. Przyszedłem tu po latach z nadzieją, że uda się spotkać kogoś z dawnych mieszkańców tego domu. Ponad 70 lat minęło od tamtego sierpnia... Z bramy wychodzi starsza pani, mówi że nie ma tu już nikogo kto by pamiętał Powstanie Warszawskie.

Patrzymy na trawnik po drugiej stronie ulicy – mówię tej pani, że kiedyś był tu mur okalający browar Haberbuscha. I że w czasie okupacji z okien naszego mieszkania widziałem jak schowani za płotem Polacy strzelali do niemieckich konwojentów, którzy wywozili beczki z browaru. I jak tamci padali na ulicę oblewani sikającym z tych beczek piwem.

Przez siedemdziesiąt parę lat jakie minęły od tamtego sierpnia spotkałem tylko jednego mieszkańca mojej kamienicy na Grzybowskiej, Józwę Rudnickiego, kolegę ze szkoły. I to z nim właśnie przeżywałem pamiętny pierwszy dzień Powstania Warszawskiego.

Tego dnia, pierwszego sierpnia 1944 roku, ojciec obudził mnie wcześnie rano, chociaż trwały wakacje i do szkolnego wstawania został jeszcze miesiąc. Miałem się szybko ubierać, żeby iść z babcią do sklepu spożywczego pana Kwaśnego. Spieszyliśmy się, a i tak przed sklepem stała już duża kolejka. Nie pamiętam co kupiliśmy, ale pamiętam, że tego dnia po południu przed bramą naszego domu zbierali się ludzie. I że z piwnicy wyszli dwaj starsi bracia Józwy - Wacek i Staś Rudniccy ubrani inaczej niż zwykle. Każdy z nich w bluzie „panterce”, na głowach czapki „pierożki z biało-czerwonymi plakietkami po bokach a na środku polskie orły. I u każdego za pasem po dwa granaty.

Zrozumiałem wtedy kto organizował nasze nocne wyprawy z Józwą do słupów z ogłoszeniami. Józwa przylepiał karteczki z napisem: „Hitler kaput” na hitlerowskich plakatach, ja patrzałem czy ktoś nie nadchodzi.

Ale tamtego dnia to już nie była dziecinna przygoda. Z piwnicy naszej kamienicy oprócz braci Józwy w mundurach wyszedł też ich ojciec, trzymając w ręku biało-czerwoną flagę. Za nim szedł Józwa z drabiną. Pan Rudnicki wszedł na nią i w metalową rurkę, która przez lata  bezużytecznie sterczała ze ściany, wcisnął koniec kija z polską flagą.

Ktoś krzyknął głośno – będziemy bić szwabów! Ale pan Rudnicki powiedział – uważajcie, Niemcy są tu wszędzie.

Pamiętam, że tego pierwszego dnia budowaliśmy też barykadę po przeciwnej stronie ulicy i że już wieczorem pokazał się tam niemiecki czołg, ale jeszcze nie strzelał.

Obok nas, jak już wspomniałem, za bramą pod numerem Grzybowska 58 mieścił się browar Haberbuscha i Schiele. Pan Rudnicki przepracował tam wiele lat i jego synowie znali w browarze każdy kąt. Poszliśmy nazajutrz z torbami i plecakami do budynków w głębi podwórka, gdzie były magazyny. Najbardziej cennego towaru, mięsa, pilnowali uzbrojeni strażnicy, poszliśmy więc tam, gdzie nikt nie pilnował olbrzymich silosów z grochem, fasolą  i zbożem. Wróciłem do domu obładowany i zrobiliśmy jeszcze parę takich rund. Babcia się ucieszyła, potrafiła z tego zboża, fasoli i grochu przyrządzać różne potrawy.

Ojciec kazał mi pilnować młodszego brata. Sam znikał i pojawiał się, pocieszał mamę, która cierpiała na ból stawów i mówił, że ma za sobą dwie wojny, ale ta mu się nie podoba.

Następnego dnia na podwórku browaru zaroiło się od żołnierzy AK z opaskami  I KOMPANIA. Przyłączyliśmy się do nich, imponowali nam uzbrojeniem - karabin maszynowy, taśmy z amunicją na szyjach, a na ziemi pudła z amunicją. Józwa, odważniejszy ode mnie, zapytał czy możemy pomóc nosić te pudła i chwycił za jeden pojemnik, to ja zrobiłem to samo. Potem razem jedliśmy jakąś zupę.

Nazajutrz oddział wyruszył z browaru, a my z Józwą z nimi. Mieliśmy wykurzyć niemieckich żandarmów z posterunku na rogu Chłodnej i Żelaznej, akurat w budynku mojej szkoły. Załoga tego posterunku, wspólnie z żołnierzami Wermachtu mocno dawała się we znaki okolicznym mieszkańcom. Za żołnierzami z AK, do których się doczepiliśmy, taszczyłem pudło z amunicją do karabinu maszynowego. Później dostałem inne zadanie – miałem korkować butelki z benzyną. Pod korek wkładało się kawałek szmaty, kiedy czołgi atakowały podawałem żołnierzom  przygotowane flaszki. Gałgan zapalał się od płomienia karbidówki, a ja patrzałem jak „mój” żołnierz celuje. Już od pierwszej butelki czołg zaczął się palić i wycofywać na ulicę Waliców.

Dzień później znaleźliśmy się w budynku na rogu Żelaznej i Leszna. Zasnąłem na jakimś łóżku i przespałem atak na bloki szpitalne przy Żytniej zajęte przez Niemców. Nie udało się ich odbić, a mój kolega miał przestrzeloną rękę.

Wracaliśmy do browaru przez nasze podwórko, wypatrzył mnie ojciec i doszło do ostrej wymiany zdań. Po tym wyczynie byłem w domu pilnowany, a dwa dni później „nasi” żołnierze gdzieś zniknęli.

Prawdziwy strach padł na nas, kiedy pojawiły się na niebie samoloty. Małe pikowały z rykiem i rzucały pojedyncze bomby, ale po nich nadleciały olbrzymie maszyny, które wyrzucały całe „pudła” bomb zapalających. Trzy z nich wylądowały na strychu naszego domu - zamieniały się w płonącą czerwoną masę, której nie gasiła woda a jedynie piasek. Wokół szalał ogień. Po sąsiedzku pożar wywołała „krowa” - tak nazywano groźne pociski, które poprzedzał ryk nowej artyleryjskiej broni. Kiedyś „krowa” zaryczała, a ja byłem na ulicy ze swoim kolegą Markiem. Rzuciłem się do bramy, domem wstrząsnął silny wybuch, a kiedy tuman kurzu opadł zobaczyłem że Marek leży w kałuży krwi...

Do naszej kamienicy przyszli żołnierze AK i uprzedzili, że może tu dojść do walk z Niemcami, musimy więc przenieść się, na krótko, na drugą stronę ulicy a po ataku wrócimy. Dostałem plecak, chlebak i niedużą walizkę, żeby spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Ojciec wybrał się na drugie podwórko, ja z nim. Żołnierze pokazali mu z górnego piętra stanowisko wroga, przebiegających Niemców, o czymś rozmawiali. Potem ojciec zarządził w domu zmiany w pakowaniu, kazał wziąć więcej rzeczy. Słyszałem jak mówił do mamy, że jest w otoczeniu dużo  uzbrojonych szwabów i nasi mogą nie utrzymać tej pozycji. Był dwa lata żołnierzem w 1920 roku w armii Piłsudskiego, był plutonowym we wrześniu 39-go, znał wojskowe rzemiosło.

Nocą z 6-go na 7-go sierpnia przebiegaliśmy na drugą stronę Grzybowskiej. Przeprowadzano nas do piwnic, mamę podtrzymywał żołnierz bo z trudem chodziła przez ból stawów. Ja ganiałem po kolejne paczki.

Z korkowych płyt jakie zostały po browarze, zrobiłem sobie łóżko w tej piwnicy. Nazajutrz obudziłem się wcześnie i pobiegłem na górę. Patrzałem na ulicę przez szpary w strzelnicy na biegających Niemców, słychać było strzały w pobliżu i czuło się dym z oficyny. Wróciłem do piwnicy a tam leży cały we krwi syn sąsiadów. Wieczorem znów patrzę przez te szpary, widzę że na podwórku ludzie siedzą na cegłach, że jest nowy grób i krzyż.

- Tylko nie wychodź – krzyczy mama.

Wymykam się na pięterko, stamtąd widzę, że nasza kamienica płonie. Już swoich książek nie odzyskam... Muszę wrócić do rodziców i im powiedzieć... Wracam, mówię, że u nas dach pali się od frontu i zaraz ogień dojdzie do naszego mieszkania. Mama łapie się za głowę, ojciec każe brać pakunki - idziemy stąd.

Dokąd? Na Złotą 62 do cioci Jańci. - Tam jest porządna kamienica, z windą – mówi mama.

Mijamy zwały gruzu. Od strony Towarowej strzały, pod osłoną barykady przedzieramy się na drugą stronę Żelaznej. Mama ledwo idzie, jacyś panowie jej pomagają. Winda u cioci Jańci stoi w piwnicy, przecież nie ma prądu. Sama ciocia też się gdzieś wyniosła, mieszkanie zostawiła otwarte. Bierzemy z szafy coś do ubrania, mama z babcią schodzą do piwnicy, ja z tatą śpię na górze.

Z jedzeniem coraz gorzej, nie wiem jak babcia sobie radziła. Dołączam do wyprawy na ulicę Ceglaną do fabryki wódek gatunkowych. Ojciec, doświadczony celnik, znał tę firmę doskonale, odprawiał dla niej różne zagraniczne towary, liczył więc że będą tam jakieś produkty w magazynach. Ale ulica Ceglana to linia frontu. Po każdym stuknięciu hitlerowcy obrzucają teren granatami. Nam też się to przytrafiło, odłamek od granatu utkwił mi w lewym udzie. Ale doszliśmy do tych magazynów i wróciłem ze sporą porcją cukru.

Następnego dnia poszedłem „na łowy” z nowymi kolegami. Roznosili gazety i inne przesyłki, na Wareckiej mieli swoją kwaterę. Akurat wybierali się na Plac Napoleona, gdzie w restauracji przy Świętokrzyskiej mieli dostać obiad – czekał na nas ryż z pyszną marmoladą z malin! Wychodzimy potem z bramy na Warecką, i widzimy że pali się ta kwatera, w której dopiero co byliśmy. Potem dotarła do nas wiadomość, że także restauracja przy Świętokrzyskiej leży w gruzach.

Na początku września było coraz gorzej. Mój młodszy brat Józek wrzeszczał ciągle, że jest głodny, ja też byłem głodny. Któregoś dnia ojciec zniknął na dłużej, a kiedy wrócił powiedział że wychodzimy. I 8-go września opuściliśmy dom na Złotej. Ojciec nie pozwolił mi zabrać powstańczych gazet ani znaczków, które zbierałem z takim trudem. Powiedział, że trzeba do minimum zmniejszyć wszelkie ryzyko.

Szliśmy wolniutko Złotą do Towarowej. Po naszej stronie stał nasz żołnierz z karabinem, po przeciwnej uzbrojony hitlerowiec. Potem Karolkową do Wolskiej - tam pierwszy raz rozległy się strzały, ale przedtem musiało być gorąco, bo po drodze mijaliśmy leżących na ulicy zabitych ludzi... Dotarliśmy do jakiegoś pociągu, podjechaliśmy nim, znowu marsz, ukazał nam się teren ogrodzony drutem kolczastym i skraj wielkiej hali, podeszliśmy do niej.  Ojciec kazał nam zaczekać, wrócił po nas i wylądowaliśmy na kawałku miejsca pod ścianą. Żadnych desek, słomy, goła betonowa płyta.

To był obóz przejściowy w Pruszkowie.

Zdobywanie jedzenia wymagało tam sprytu i siły. Ojcu udało się dwa razy napełnić garnek zupą, ale wiedzieliśmy, że długo tam się nie da żyć. Na skraju hali odbywała się selekcja ludzi – na prawo zdolni do pracy, ci mieli jechać na roboty do Niemiec,  reszta na lewo nie wiadomo dokąd. Rozdzielili nas z ojcem, pojechał do obozu pracy w Policach pod Szczecinem.

Na nas czekały na innych torach takie same wagony. Załadowaliśmy się z trudem, stały wysoko a nie było peronów. W nocy pociąg ruszył i nazajutrz rano stanął gdzieś w polu. Wdrapałem się na krawędź wagonu i po ścianie zsunąłem na ziemię. Pamiętałem, że w tych wagonach drzwi są blokowane specjalnym hakiem - otworzyliśmy je bez większego trudu i niemal wszyscy wyskoczyli na zewnątrz. Nagle krzyk: ludzie tu jest napisane Auschwitz, Oświęcim, uciekajmy! Okazało się, że taki napis był na skraju wagonu, ale tutejsi mieszkańcy uspokoili nas, że pociąg stoi na ślepej bocznicy i dalej nie pojedzie, a w drodze są już wozy, które mają rozwieźć warszawiaków na pierwszy nocleg.

Trafiliśmy na drabiniasty wóz, który nas dowiózł do wsi Niekłań. W chałupie u gospodyni Rutkowskiej dostaliśmy pokój z łóżkami i olbrzymim piecem. Pamiętam rozmowę mojej mamy z jakąś miejscową władzą. Powiedziała im, że w Warszawie wszystko straciliśmy, nie mamy nic do sprzedania, ale że ona umie szyć, żeby tylko ktoś jej pomógł podleczyć bolące stawy...

Okazało się, że we wsi mieszka polski oficer, lekarz, który serią zastrzyków uśmierzył ból mamy, a ponieważ miał i maszynę do szycia znalazła się też praca. Jednak nie wiele to pomogło na naszą biedę – do końca pobytu brakowało nam jedzenia.

A w końcu 1944 roku pojawiły się we wsi specjalne oddziały do walki z partyzantami. Ci nowi „hitlerowcy” mówili po rosyjsku, ubrani byli w czapy z karakułowym obramowaniem i wywodzili się z Kaukazu. Przyszli, żeby zrobić porządek w lesie. Nas wyrzucono z pokoju, ale ci sojusznicy hitlerowców zaskoczyli nas prezentami - wręczyli mamie hełm wypełniony cukrem i olbrzymie pęto kiełbasy.

W Końskich mama trafiła do PCK i do Rady Głównej Opiekuńczej, żeby zdobyć informacje o ojcu. O to samo on się starał w Policach i w końcu 1944 roku dostaliśmy wiadomość, że poszukuje nas Zygmunt Kraśniewski, który jest w obozie pracy w Policach kolo Szczecina. Tata układał tam szyny, był ranny w głowę, przeżył kilka bombardowań fabryki benzyny syntetycznej, w której też pracował. Ale w 1945 roku zjawił się przed naszym domem w Niekłaniu wozem zaprzężonym w kulejącego perszerona. Tego kulawego konia przejął z opuszczonego  gospodarstwa kiedy Niemcy uciekali w strachu przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Pełno bezpańskich zwierząt domowych, których nie mogli ze sobą zabrać, pętało się tam po okolicy.

W styczniu mama zdecydowała się na podróż do Warszawy. Jazda była koszmarna, polegała na łapaniu okazji. Czekanie godzinami na zimnych dworcach, niespodziewane zmiany trasy. Dzięki temu, że mama potrafiła zagadać do Ruskich w ich języku parę razy udało nam się dostać od nich jakieś jedzenie a raz nawet przygarnęli nas do swojego ogrzanego wagonu.

Po trzech dniach podróży znaleźliśmy się na Pradze przy dworcu Wschodnim.  Przez Wisłę ścieżką po lodzie obok ruin Mostu Poniatowskiego dotarliśmy na Stare Miasto. Chcieliśmy trafić na ulicę Freta, gdzie moja ciotka Kostrzewska prowadziła restaurację. Ale nie znaleźliśmy tam żadnego znaku, nawet kartki na murze.

Przez Ogród Saski przedostaliśmy się na Grzybowską 56 i stanęliśmy przed naszą kamienicą. Tkwiliśmy w ciszy na martwej ulicy przed jej wypalonym szkieletem. Pod nr 12, na drugim piętrze, straszyły puste okna mieszkania, które było kiedyś naszym rodzinnym domem.

Jerzy Kraśniewski – urodzony w 1931 roku w Warszawie. Kończył sześcioletnie Gimnazjum i Liceum im. A.Mickiewicza przy ul. Paryskiej, potem polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w radio, w „Sztandarze Młodych”, najdłużej w „Głosie Nauczycielskim”.

Mieszka teraz na północy Warszawy, w Choszczówce.

Rok 1943, zakończenie roku szkolnego. Jerzy Kraśniewski - szósty od prawej, w górnym rzędzie.



3 sty 2022

Wspomnienia p. Haliny Kałdowskiej

 Wspomnienia p. Haliny Kałdowskiej 

Wiele lat minęło od wydarzeń które chcę opisać. Moje wspomnienia są trochę mgliste i jakby zamazane. Kiedy wybuchła Druga Wojna Światowa miałam 6 lat. Wspomnienie tego faktu, to pożegnanie z Ojcem, który jako oficer rezerwy został powołany do wojska. Poszedł na wojnę i ślad po Nim zaginął. Pierwsze wiadomości o Nim, dotarły do nas na początku wojny, podobno zginął w pierwszych dniach września w walkach pod Częstochową..? Nie była to oficjalna wiadomość więc Mama ciągle czekała na Jego powrót, a po wojnie szukała Go przez Czerwony Krzyż i inne organizacje. Bez skutku. Zostałyśmy same — Mama, babcia, ja i moja starsza siostra Irusia. Babcia zmarła na początku 1940 roku. W czasie okupacji mieszkaliśmy w Warszawie przy Siennej róg Sosnowej.

Pamiętam, że pierwszy sierpnia 1944 roku był pięknym słonecznym dniem, byłam sama w domu. Mama była w banku gdzie pracowała, moja starsza siostra — Irunia gdzieś się ostatnio ,,zawieruszała” (?)... Wiem, że uczyła się na tajnych ,,kompletach”, ale też miała kontakt z harcerstwem podziemnym. Nudziło mi się, więc godzinami stałam na balkonie obserwując co się dzieje na ulicy. Tego pamiętnego dnia, od samego rana czuło się podniecenie na ulicy. Po południu, jak zawsze, stałam na balkonie i czekałam na powrót Mamy i nagle zrozumiałam, że dzieje się coś niezwykłego...! Ruch był zwiększony, dużo młodych ludzi gdzieś pędziło. Młodzi mężczyźni ubrani w buty ,,oficerki” (z cholewami pod kolana), byli jakoś bardziej ,,uroczyści”...? Wzrastał we mnie niepokój o Mamę i siostrę...

W pewnej chwili Mama wpadła do mieszkania wołając od drzwi: „Córeczko: Powstanie, Warszawa powstała — będziemy wolni”... Te słowa i gest przytulenia mnie pozostał w mojej pamięci do dziś. Mama powiedziała, że siostra Irusia jest wśród powstańców, kazała się za Nią modlić. Moja Mama była wielką patriotką i uczyła nas jak kochać Polskę. Na ulicy i z balkonów ludzie zaczęli wołać: ,,Niech żyje Polska”... Coraz więcej młodych ludzi z opaskami biało-czerwonymi pokazało się na ulicy. Po wielu latach strachu i niewoli, te opaski i okrzyki tworzyły niepowtarzalny nastrój... Entuzjazm i wiara w zwycięstwo była ogromna. Jeszcze tego samego dnia wieczorem ludzie zaczęli budować barykady przeciw czołgom i wozom pancernym. Budowali ze wszystkiego co było ,,pod ręką” - z wyrzucanych przez okna mebli, z płyt chodnikowych, z przewróconego tramwaju, wozów drabiniastych i aut ciężarowych... Wierzyliśmy w pewne Zwycięstwo...

Po euforii pierwszych godzin i dni, przyszły dni trudne. Nad Warszawą zaczęły latać niemieckie samoloty zrzucające bomby zapalające na dachy domów. Czasami udawało się je ugasić (posypując piaskiem), ale wkrótce zaczęli zrzucać bomby burzące, włączyli też ,,krowy” - pociski rakietowe wydające przerażający dźwięk podobny do ryku krowy, które uderzając w budynki niszczyły je aż do piwnic, w których mieszkańcy szukali schronienia. Siedzieliśmy w piwnicach, wsłuchani w świst bomb lub ryk ,,krów”, czekając kiedy zawali nam się wszystko na głowę. Do dziś nie mogę wejść do piwnicy i nie mogę tego zwalczyć. Nie wchodzę nawet do modnych dziś kawiarni czy restauracji w piwnicach. Nie mogę...

W piwnicach było nasze życie, nawet rodziły się dzieci...Pamiętam, jak takie maleństwo urodzone w czasie bombardowania chrzczono zwykłą wodą (nawiasem mówiąc, czyniła to moja Mama). Podczas bombardowania ludzie głośno się modlili, prosząc Boga o ratunek. Na głowę sypał się tynk z sufitów, bo jeśli nawet bomby padały gdzieś w sąsiedztwie, to i tak wszystko drgało, pod nogami podłoga chodziła w górę i w dół... Zaczął też zaglądać głód, kończyły się zapasy żywności. Składaliśmy resztki jedzenia i dzieliliśmy między wszystkich mieszkańców piwnicy, a na podwórku gotowano zupy z dostępnych produktów. Na podwórkach ludzie budowali małe kapliczki, czasem tylko figurka Matki Boskiej. Wieczorem zbieraliśmy się wszyscy, aby się modlić i cichutko śpiewać religijne pieśni.

W czasie Powstania byłam świadkiem wielu tragedii. Po jednym z bombardowań, zawaliła się część naszego domu i zasypało parę osób w piwnicy. Wysiłkiem mieszkańców udało się kilka osób wyciągnąć z pod gruzów. Nad jedną z zasypanych osób zawisł strop, tak tragicznie, że nie było możliwości Jej pomóc. Była zasypana do polowy. Zdawała sobie sprawę, że nie ma dla Niej ratunku, błagała by pomóc Jej ,,odejść”.... Po długich konsultacjach i rozważaniach, stwierdzono, że nie można jej tak zostawić — podano Jej zastrzyk. W tym dniu, wieczorem na podwórku odbyło się nabożeństwo żałobne, przyszedł nawet ksiądz z odległej kaplicy. Zapamiętałam również, jak jeden z domów na Śliskiej, po uderzeniu ,,krowy”, dosłownie się obsunął, grzebiąc w piwnicy kilkanaście osób. Wszyscy, którzy mieli łopaty i łomy, starali się wyciągać ludzi z pod gruzów. Niestety, było to zupełnie niemożliwie. W końcu wykopano jakąś małą dziurę, przez którą podano z piwnicy mały pakunek - było to maleńkie dziecko w beciku... Co się stało z resztą ludzi z tej piwnicy, tego nie wiem, na pewno zginęli...

Było coraz gorzej, coraz bardziej brakowało jedzenia. Na Siennej 48, o ile dobrze pamiętam sprzedawano koninę. Biedne konie, zabijane z powodu braku pożywienia dla ludzi - ratowały nas od głodu. Brakowało również wody, trzeba było czasami pod ostrzałem, lub o świcie, chodzić do studni w odległych domach, ale i to się kończyło. Rozdzielano wodę ostrożnie, większe porcje dostawały dzieci.

Czasami wpadali do piwnic powstańcy, opowiadali co się dzieje na Starym Mieście — o czołgach, na których Niemcy umieszczali dzieci, aby uniemożliwić powstańcom ich niszczenie. Do piwnic wpadali również Niemcy zabijając bezkarnie Polaków. Baliśmy się więc nie tylko bomb, ale też możliwości zdobycia przez Niemców naszej dzielnicy. Do tej pory, byliśmy wciąż po ,,polskiej stronie” i to było najważniejsze.

Któregoś dnia wpadła do naszej piwnicy moja starsza siostra Irusia, w mundurku harcerskim, w berecie z lilijką i opaską powstańczą. Na ramieniu miała ciężką torbę z opatrunkami — była sanitariuszką. Przyniosła nam pół bochenka chleba (był to wówczas rarytas). Pocieszała mnie, a ja nie słuchałam Jej tylko płakałam. Prosiłam, żeby została z nami. Ucałowała nas i zaraz musiała iść dalej. Odprowadziłam Ją za bramę i patrzyłam za Nią jak machając do mnie ręką, w pół zgięta, biegła pod murami domów w kierunku ul. Żelaznej. Nie wiedziałam wówczas, że było to ostatnie na Nią spojrzenie.

Nasze piwnice jeszcze się trzymały, ale wszystko się trzęsło i przy każdym bombardowaniu tynk leciał na głowy. Stwierdzono, ze wszystko jest już naruszone i coraz bardziej niebezpieczne. Postanowiono, że będziemy chodzić na plac Napoleona do ,,drapacza chmur” (Prudential), tam były bezpieczniejsze schrony. Przez parę dni, o godz. 6-tej rano wyruszaliśmy przez Sienną do Marszałkowskiej i ul. Moniuszki do Placu Napoleona. Wieczorem był powrót do domu. Przemarsz był trudny i niebezpieczny, szło się wśród gruzów, barykad i ciągle pod ostrzałem z różnych stron. Piwnice w ,,drapaczu” były duże i przestrzenne, zdawały się być bezpieczne. Ludzi było tam bardzo dużo. Byli tam ci co już wszystko stracili i my — niepewni, z wciąż jeszcze stojących domów. Ale i to się skończyło, „Drapacz” był coraz bardziej bombardowany, a i dojście do niego coraz trudniejsze i coraz bardziej niebezpieczne.

Ale najgorsze przyszło pod koniec sierpnia. Któregoś dnia raniutko, przyszła do nas łączniczka — koleżanka mojej siostry i poprosiła aby Mama natychmiast poszła z nią w okolice Woli, upewnią się co do kogoś!...? Mama domyśliła się o kogo chodzi. Chciała iść sama, ale ja bałam się z Nią rozstać i uparłam się że pójdziemy razem. Trudno było iść przez tyle ulic i barykad, często pod ostrzałem. Prawie cały czas biegaliśmy po gruzach, wśród ciągle walących się domów, zabitych i rannych ludzi i błąkających się głodnych i oszalałych ze strachu psów. Wreszcie dotarłyśmy do celu...! To co zobaczyłam, przerosło moje obawy i wyobrażenia. Irusia leżała martwa, rozszarpana przez niemiecki granat...! Trudno mi o tym pisać, do dziś mam ten straszny widok w oczach. Co się potem działo, tego nie pamiętam... Przerażona siedziałam w jakiejś obcej piwnicy i czekałam na Mamę. Mama chciała za wszelką cenę mnie ,,chronić” i nic na ten temat nie mówiła. Wiem jedno, moja dotąd dzielna Mama zupełnie się załamała, a ja, zawsze skora do płaczu — nie płakałam...! Poczułam, że muszę zaopiekować się Mamą, ponieważ była w bardzo złym stanie psychicznym. Późnym wieczorem, młody chłopiec odprowadził nas na Sienną, do naszego domu. Droga powrotna była koszmarna, ale tak naprawdę nie pamiętam żadnych faktów...

Parę dni później, dowiedzieliśmy się, że na Chmielnej runął dom, pod którego gruzami zginęli stryj Edmund i moja ulubiona ciocia - Julia - Wernerowie, oraz ich córeczka — Zosia. I tak zostałyśmy z naszej warszawskiej rodziny same — Mama i ja.

W pierwszych dniach września, Niemcy zaczęli zrzucać ulotki zachęcające ludność cywilną do opuszczania Warszawy, w dniach ,,zawieszenia broni”... Większość warszawiaków nie chciała z tego skorzystać. Ciągle wierzono w poprawę sytuacji, przecież za Wisłą stały wojska sowieckie i polskie... Zawiedziono się jednak na ich pomoc. Żołnierze polscy opowiadali potem o swoich rozterkach, patrząc na palącą się Warszawę.

Mieszkańcy naszego domu zdecydowali się jednak wyjść z Warszawy. Dla nas było to okropne. Mama długo się opierała, ale przekonano Ją, ze względu na mnie i na Jej Stan zdrowia. I tak 8. września wychodziłyśmy w tłumie ponuro idących Iudzi, biedni, znękani, z małymi tobołkami i z wielkim żaIem w sercu, często po stracie najbliższych, czasem całych rodzin. Straciliśmy też ukochane miasto, które dzielnie się trzymało w czasach okupacji, a na naszych oczach legło w gruzy.

Niemcy czasem i te małe bagaże zabierali, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Jeszcze przed opuszczeniem domu, przeżyłam rozstanie z moim ukochanym pieskiem. Psów nie było wolno wyprowadzać, ale zostawiać w ruinach nie pozwalało serce. Ktoś miał lek, który podano psom z naszego domu. Było to znów dla mnie przeżycie. Już naprawdę, nie mogło się nic więcej zdarzyć, oprócz utraty życia.

Wyjście z Warszawy, w czasie ,,zawieszenia broni” było bardzo bolesne. Na barykadach stali powstańcy, a dalej — Niemcy. Miałam wtedy poczucie zdrady, że moich bohaterskich powstańców opuszczam i do dziś mam to uczucie. W moim sercu zostali dzielni, odważni, godni szacunku. Zostawali na posterunku, choć wiedzieli, że sprawa jest przegrana, a ich los niepewny. Niestety, po 63. dniach Powstanie upadło. Wszyscy bez wyjątku musieli Warszawę opuścić, a Niemcy bezkarnie kontynuowali burzenie i palenie miasta. Taka była koncepcja Hitlera, aby z Warszawy pozostał ,,kamień na kamieniu”...!

Szliśmy więc w tłumie poganiani przez Niemców, wśród ruin i palących się domów. Miałam wrażenie, że płomienie mogą nas dopaść. Po drodze widzieliśmy sporo świeżo usypanych grobów z małymi drewnianymi krzyżami. Tak doszyliśmy o ile dobrze pamiętam do Dworca Zachodniego. Na dworcu kazano nam wsiadać do wagonów towarowych i zawieziono nas do obozu przejściowego w Pruszkowie. Czekali tam na nas Niemcy z karabinami i z psami. Zaczęła się segregacja: zdrowi i młodzi szli do hali z przeznaczeniem na wywóz do Niemiec - na roboty. Matki z dziećmi do innych hal. Byłam mała i chuda, więc zakwalifikowali nas do hali Nr. 1 — dla matek z dziećmi. Była to obskurna duża hala z betonową podłogą, tak zwana — ,,wagonownia”, z kanałami do remontu wagonów, z których rozchodził się nieprzyjemny zapach. Naokoło były rozłożone maty ruszające się od insektów... Dostaliśmy okropną zupę z brukwi i to poczucie, że się jest w niewoli — jakaś straszna beznadzieja...

Po tych wszystkich przeżyciach, Mama zaczęła niedomagać na serce. Ja zaczęłam chodzić wśród ludzi w nadziei znalezienia kogoś z rodziny, sąsiadów albo znajomych, ale niestety nikogo nie znalazłam. W nocy wyszłam na zewnątrz, już nie wiem dlaczego i nagle zjawił się żandarm niemiecki, który wyciągnął do mnie rękę, nie wiem po co. Przestraszona odskoczyłam i wtedy wycelował do mnie z karabinu, po chwili jednak machnął ręką i odszedł. Przez długą chwilę nie mogłam się ruszyć ze strachu. Wróciłam do śpiącej Mamy, ale rano nic o tym Jej nie powiedziałam, aby Jej nie denerwować. Po paru dniach załadowano nas do otwartych wagonów towarowych i wieziono przez 30 godzin w nieznanym kierunku (bez warunków sanitarnych). Ludzie wyglądali przez szpary i wspinali się ponad burty wagonu, by zorientować się w terenie. Z ulgą stwierdzili, że wciąż jesteśmy w Polsce.

Mama zachorowała na czerwonkę. Miała wysoką gorączkę, a ponieważ była to choroba zakaźna, to ludzie odsuwali się od nas. Brak sanitariatów pogarszał sytuację i stwarzał prawdziwy koszmar. Nie wiem kto zawiadomił — może Niemcy, ale jak dojechaliśmy do celu, tj. do Kielc, po Mamę przyjechała karetka sanitarna i zabrała Mamę do szpitala. Niemcy bardzo bali się zakaźnych chorób. Dobrze, że tak zareagowali a nie pozbawili Mamę życia. Zostałam sama. Z dworca załadowano nas na furmanki i zawieziono do jakiegoś obozu (RGO) dla wysiedleńców warszawskich, ale to nie był obóz zamknięty. Jakieś hale, chociaż nieco lepsze niż w Pruszkowie, ale niestety tak brudne, że siedziałam w kucki całą noc. Nie wiedziałam co będzie dalej, co z Mamą...? Czekaliśmy nie wiadomo na co...? Pamiętam tylko, że któregoś dnia — to była niedziela — usiadłam na zewnątrz i bardzo płakałam... Koło mnie zatrzymała się jakaś para wracająca z kościoła, zapytali mnie co tu robię, czy jestem z matką...? Wypłakałam Im całą swoją historię. Zabrali mnie do siebie, umyli, nakarmili i odwszawili. Nawiązali kontakt z Mamą, którą ze szpitala zabrali też do siebie. Tym zupełnie obcym ludziom całe życie jestem wdzięczna. Uratowali mi życie i wiarę w dobro.

W pierwszych dniach stycznia 1945. roku wróciłyśmy z Mamą do Warszawy. Nasza ulica Sienna była w gruzach, z naszego domu nie zostało nic, oprócz kupy gruzu. Zostawiłyśmy na gruzach karteczkę, że żyjemy, z nadzieją, że może ktoś nas szuka...? Karteczki zostawiałyśmy w różnych miejscach. Mama ciągle żyła nadzieją, że Jej mąż, a mój Ojciec żyje i szuka nas...? Tak robili wszyscy powracający mieszkańcy Warszawy, to był wówczas jedyny możliwy sposób na nawiązanie kontaktu.

Warszawiacy starali się jak najszybciej wracać do swego miasta. Niektórzy Iiczyli, że może ocalało coś z ich domów, ale przede wszystkim szukali pogubionych w czasie Powstania swoich najbliższych. Jednak wobec ogromu zniszczeń nie było to łatwe. Mama ze mną nie została w Warszawie — nie było gdzie zamieszkać. Wyjechałyśmy na jakiś czas do przyjaciół Mamy w Błoniach pod Warszawą, aby przeczekać zimowy czas. Na wiosnę, Bank Polski zaczął wzywać swoich dawnych pracowników do powrotu do Warszawy. Chwilowo zorganizował centralę w Łodzi, gdzie przewieziono na krótki czas pracowników z rodzinami. W niedługim czasie przygotowano siedzibę Banku w Warszawie oraz skromne służbowe mieszkania. Ostatecznie po miesiącach tułaczki - wróciłyśmy do Warszawy....

28 gru 2021

Zdarzenia i zmyślenia - Prolog

 Wstęp 

Forma tej O! Powieści, Kroniki, czy Pamiętnika nie jest jednoznaczna. Co jest zdarzeniem, a co zmyśleniem pozostawiam dociekliwości Czytelników. Internet pełen jest prawdziwych ludzi opowiadających zmyślone historie. 

A może by tak sytuację odwrócić? - Zmyślone postacie opowiadają o tym, co naprawdę się zdarzyło. 

Główne aktorki tego spektaklu to: 

  • Klara – narratorka sagi rodzinnej. 
  • Regina – redaktorka zamierzająca wydać książkę. 
  • Emilia – synowa Reginy, prowadzi własną grę. 
  • Matylda – córka Emilii i wnuczka Reginy, zagubiona w otaczającej ją rzeczywistości.

Prolog 

- Sprawa jest zamknięta – powiedział prokurator. 

- Jak to zamknięta? Nikt za zbrodnię nie odpowie? – Klara była niemile zaskoczona, tym co usłyszała.

- Przedawnienie. Poza tym udało nam się zebrać tylko poszlaki, przyznaję, że poważne – ale nie wystarczające, żeby sąd orzekł bezsporną winę podejrzanych. 

- I co ja mam z tym zrobić? 

- Pani? Nic. Doceniam pani zaangażowanie w sprawę, dlatego przekazuję tę wiadomość. Klara po wyjściu z prokuratury, ruszyła w stronę domu. Dużo było do przemyślenia. Kiedy weszła do mieszkania, zamknęła za sobą drzwi na zasuwę, zastanawiając się od czego zacząć. Nie może przecież tego tak zostawić. Trzeba zaparzyć dobrej, mocnej herbaty i opracować plan działania. Nie trzeba się przy tym nadmiernie spieszyć. Może należy zacząć od najprostszej czynności –  zadzwonić pod numer, który znalazła w starej książce telefonicznej? Tak, ale to później, najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na kilka pytań związanych ze sprawą, której nadała własny kryptonim „ABC”. Czy ludzie, którzy zaczepili ją miesiąc wcześniej powiązani są rzeczywiście ze sprawą, a jeśli tak, to po czyjej stoją stronie? Chcą dociec prawdy, czy ją ukryć? Czy dobrze postąpiła zgadzając się na współpracę? Nie, to niewłaściwe pytanie. Czy mogła postąpić inaczej? Co by się stało, gdyby odmówiła? Jak oni w ogóle ją znaleźli? 


Małgorzata Todd (C) 2020

23 gru 2021

Biuletyn Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944. Nr 61, grudzień 2021

 

Z życia Stowarzyszenia

Co warto przeczytać

Szanowni Czytelnicy, 

przede wszystkim chcielibyśmy złożyć Wam, w imieniu Zarządu SDP1944 i redakcji Biuletynu, najserdeczniejsze życzenia zdrowych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia i wielu powodów do uśmiechu w Nowym 2022 Roku!

A poza tym w 61 Biuletynie piszemy o uznaniu cierpienia byłych więźniów DULAG 121 i odwiedzamy naszych przyjaciół z Siedlec - Teatr LUZ. 

Na blogu opublikowaliśmy również kolejne wspomnienia - tym razem podzielił się nimi pani Krystyna Czerny (Wspomnienia).

A od niedawna jesteśmy obecni na Instagramie. Zapraszamy na nasz profil!

Baza naszych wspomnień

Wzbogaca się baza Naszych wspomnień - opublikowaliśmy dwa kolejne wpisy wspomnieniowe. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych  zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

Po 77 latach uznane zostało cierpienie byłych więźniów DULAGU 121

Rozpoczynamy niniejszy biuletyn informacją o wydarzeniu niezwykle ważkim dla wielu mieszkańców Warszawy i okolic, którzy zostali wysiedleni ze swoich domów po Powstaniu  w 1944 r. przez obóz przejściowy w Pruszkowie.  

Pan Poseł Zdzisław Sipiera odczytuje list od Premiera M. Morawieckiego

Zdarzyło się to 2 października 2021 na terenie byłego obozu DULAG 121. Pan Zdzisław Sipiera, poseł pruszkowski, odczytał list premiera Mateusza Morawieckiego ogłaszający od dawna oczekiwaną decyzję o włączeniu DULAGU 121 do listy obozów koncentracyjnych. 

Kolejne wystąpienia szefów Instytutu Pamięci Narodowej i Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, Panów Mateusza Szpytmy i Jana Józefa Kasprzyka opisały decydujący wkład tych instytucji w przygotowanie opinii umożliwiającej rządowi  wydanie Rozporządzenia do Ustawy o Kombatantach, dotyczącego byłych więźniów obozu DULAG 121

W marcu 2021 r. ekspert IPN Pani Maria Zima opracowała opinię w niepodważalny sposób zrównującą warunki panujące w obozie DULAG 121 z warunkami w innych niemieckich obozach koncentracyjnych. Ten dokument stał się naszym zdaniem „kamieniem węgielnym” całego procesu rozszerzenia Ustawy.

Pozytywne rekomendacje IPN i UdsKiOR, szereg pism Pani Małgorzaty Bojanowskiej dyrektor Muzeum DULAG 121 oraz próśb zawartych w pismach Stowarzyszenia Dzieci Powstania, wspierających wniosek powyższych instytucji  do Pani Minister Marleny Maląg w Ministerstwie Rodziny i Spraw Socjalnych sprawiło, że Ministerstwo dokonało opracowania  podstawy prawnej  i założeń finansowych pod dodatkowe Rozporządzenie do Ustawy.

Na podstawie wszystkich wspomnianych dokumentów Pan Premier M. Morawiecki podpisał Rozporządzenie, które weszło w życie 9 października w tydzień po ogłoszeniu (2 października) na uroczystości Obchodów Dnia Pamięci Więźniów  Obozu Dulag 121 i Niosących Im Pomocna terenie byłego niemieckiego obozu przejściowego DULAG 121 w Pruszkowie.

Nawet obecni na uroczystości  byli więźniowie, w tym członkowie  naszego Stowarzyszenia, nie do końca "na gorąco" zrozumieli, co przynoszą im przemówienia decydentów, Bardzo niewielka liczba "osób wtajemniczonych" oczekiwała w niepewności na ogłoszenie zmiany w Ustawie.

W Biuletynie nr 60 zamieściliśmy zaproszenie do uczestnictwa w Obchodach. Z uwagi na toczące się prace w instytucjach państwowych przypuszczaliśmy, że 2 października 2021 może być przełomowy dla oczekiwań Dzieci Powstania - byłych więźniów DULAGU 121. Kto przybył - to dowiedział się z "pierwszej ręki" o ważnych dla nas zmianach.

W imieniu SDP1944 podziękowanie wygłosił Przewodniczący Stowarzyszenia Wojciech Łukasik.

Z uwagi na rzadko nadarzające się okazje bliższego poznania się nawzajem, zebraliśmy się w grupkach, również po to, aby omówić zmiany w statusie więźniów DULAG, które przed momentem zostały ogłoszone.


Zamieszczone fotografie wykonało nasze Dziecko - pani Ela Koziarska Puzyńska. Dziękujemy jej za liczne inne z tej uroczystości, które przechowywane są w naszym archiwum.

W ślad za rozprzestrzeniającą się wieścią o nowym statusie byłych więźniów DULAG 121 udzieliliśmy szeregu informacji, jak należy formalnie wnioskować do UdsKiOR o przyznanie uprawnień kombatanckich. Stowarzyszenie pozyskało też nowych członków.

Przypominamy informację o warunkach wnioskowania do UdsKiOR: 


Teatr Tańca LUZ - zmiana pokoleniowa

    Pani Joanna Woszczyńska -  kierownik artystyczny Alternatywnego Teatru Tańca LUZ z Siedlec   nieprzerwanie wzbogaca spektakl swojego autorstwa „Dzieci Powstania 1944”. Układy choreograficzne, efekty scenograficzne, akustyczne spektaklów  zespołu LUZ z Miejskiego Ośrodka Kultury  w Siedlcach otrzymują pod Jej kierownictwem nowy, bogatszy wyraz. Mijają lata; widownia niezmiennie zachwyca się urokiem, sprawnością i muzykalnością dziesiątków występujących młodziutkich aktorów. W trakcie przedstawienia większość widzów  głęboko się wzrusza.


    Mało kto zdaje sobie sprawę, że aktorzy, jako uczniowie siedleckich szkół, z biegiem lat przechodzą z klasy do klasy, a w końcu naturalnym biegiem rzeczy, rozpoczynają naukę w szkołach wyższego stopnia. Z każdym rokiem młodsza generacja zastępuje zasłużone dzieci występujące w poprzedzających latach. Nowy „narybek” otrzymuje szlif taneczny, aktorski, śpiewaczy.  Zapał młodziutkich artystów, którzy masowo garną się do zespołu, powoduje, że nie ustępują oni pod względem umiejętności swoim poprzednikom. Zespół tętni młodością, mimo że istnieje już wiele lat.



    W spektaklu Alternatywnego Teatru Tańca Luz „Dzieci Powstania’44”, który odbył się 28 października 2021  w sali widowiskowej Miejskiego Ośrodka Kultury w Siedlcach  wystąpili artyści właśnie w składzie po gruntownym „odmłodzeniu”. Wcześniejszych spektakli było ponad 150,  nie tylko w Polsce, ale i na Litwie, fragmenty w Niemczech w Monachium oraz w Czechach w Pradze. Można go było obejrzeć również w 29.11.2021 w Pruszkowie. O fakcie tym SDP1944 zostało bezpośrednio powiadomione  wyłącznie przez p. Joannę.

    Zespołowi przyświecają różnorodne cele. Główny cel - to zachowanie pamięci o losach Dzieci 1944, tych z książek Jerzego Mireckiego pt. „Dzieci 44”, Joanny Papuzińskiej pt. Asiunia i Bogumiła Janusza Żórawskiego pt. „Kamienie też czasem płaczą” a także tych, które są członkami Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944 Każdorazowa obecność Jerzego Mireckiego na występach LUZu to niezwykła okazja dla zdobycia autografu autora.



    Z wielką satysfakcją p. Jerzy podpisuje się na swojej książce (ale teź i na wyrwanej z zeszytu karteczce) podawanej autorowi przez artystów LUZu, ustawionych w niekończącej się kolejce. To żywy dowód na to, jak głęboko dzieci LUZu wcielają się w postacie swoich powstańczych poprzedników.

Troska o rówieśników, którym choroba pokrzyżowała wszelkie plany życiowe jest następnym celem zespołu. Napisała o nim pani Joanna w e-mailu do SDP1944: 

"W tym dniu cały fundusz z biletów-cegiełek zostanie przekazany na rzecz Fundacji Siedleckie Hospicjum Domowe dla Dzieci. Spektaklom będzie przyświecało hasło „Dzieci Dzieciom”. Dzieci z hospicjum na co dzień walczą z ciężkimi chorobami, a ich rodzice prowadzą trudną walkę o każdy następny dzień. Ich sytuacja metaforycznie jest podobna do dzieci z powstania warszawskiego, którym dzieciństwo zabrała wojna."



    Na czas pandemii Teatr przygotował Dzieciom Powstania (przy pierwszej fali covida) piosenkę -"pocieszycielkę"  www.youtube.com/watch?v=7io6_b0lQbk
 Pisze o niej pani Joanna:
  

Tą piosenką chcieliśmy dodać siły i otuchy wszystkim Dzieciom ’44, które teraz przechodzą ponownie trudny okres w swoim życiu, trudny szczególnie dla starszych ludzi. Dla nas są bohaterami, o nich myślimy i pamiętamy… a ich doświadczenia z okresu wojny przeniesione na scenę dodały siły młodym artystom zamkniętym w domach w czasie pandemii.  Tę piosenkę każdy z młodych wykonawców zaśpiewał w swoim domu i nagrał telefonem komórkowym. 

Wszystkim czytelnikom łaskawie przypominamy, że kilka lat temu Zarząd SDP1944 jednomyślnie przychylił się do propozycji ś.p. Andrzeja Olasa - naszego ówczesnego przewodniczącego - nadania Pani Joannie Woszczyńskiej tytułu Honorowego Członka.

Widziane z krzesła Honorowego Prezesa 
profesora Andrzeja Targowskiego


Powstanie Kościuszkowskie a wybijanie się na niepodległość dzisiaj

Uzyskanie przez Polaków samodzielności było podstawowym celem w czasie rozbiorów. jest to oczywiście zrozumiałe, ale nie musi dziwić, że ten cel stał się aktualny także dzisiaj, kiedy Polska jest niepodległa. Hasło walki o samodzielność straciło bowiem pierwotne znaczenie i stało się mitem, który może przyjmować różne kształty i bywa wykorzystywany przez różne opcje polityczne. Obecnie utożsamia się je z niepodległością,  którą ponoć zabrała nam dyktatura Brukseli. A przecież utrata samodzielności Węgrów przez Unię z Austrią czy Litwinów przez Unię z Polską nie była porażką, a sukcesem i wyrazem mądrości liderów tych Narodów. Podobnie członkostwo Polski w Unii Europejskiej jest podobnym objawem mądrości polskich i europejskich liderów. 

Z chwilą uzyskania  upragnionej samodzielności, a co więcej, niepodległości, zadanie główne zostało zrealizowane. Niemniej odczuwamy ciągle jej przemożny wpływ, który w dużym stopniu determinuje dalsze działania, u nas zawsze obarczone szlachecką “złotą wolnością”. Nawet odmowa szczepienia w pandemii 2021 jest kontynuacją tej złotej wolności oraz liberum veto, który jest przecież polskim wynalazkiem. Tworzy się błędne koło, niektórzy politycy i wyborcy nie chcą prowadzić mądrej polityki, bo nie zapewnia absolutnej suwerenności, którą rozumieją jako możliwość nieliczenia się z nikim. A przecież brak niczym nieograniczonej suwerenności nie oznacza, że naród nie może funkcjonować, a nawet rozwijać się i to w dobrobycie.  Wszak suwerenność narodu jest ograniczona, kiedy panuje nad nią religia czy międzynarodowe wspólnoty, na co się zgodziliśmy. Niektórzy jednak wolą bohaterską śmierć, dosłownie i w przenośni, narodu jako cel sam w sobie. czego przykładem jest obecne izolowanie Polski w świecie.

Powyższe rozterki mamy od czasów konfederacji barskiej (która sprowokowała rozbiory), a zwłaszcza od czasu powstania kościuszkowskiego w 1794 roku, które nie miało szans na zwycięstwo i skończyło się klęską. W rok po nim Polska przestała istnieć na 123 lata. Ale sam wódz tego powstania,  Tadeusz Kościuszko, stał się wielkim bohaterem narodowym, legendą. Nie ma chyba w Polsce miasta, które by nie miało ulicy jego imienia. To on poderwał rodaków, gdy groziła zupełna likwidacja strzępów państwa polskiego, zależnego od Rosji, jakie zostało po drugim rozbiorze. 

Odtąd, aż do dziś, niepodległość Polski stała się polską racją stanu. Pomimo klęski, Kościuszko wskazał drogę walki przez zbiorowy wysiłek całego narodu, w tym chłopstwa. Chłopi powinni być równoprawnymi obywatelami Polski; co oczywiście wynikało z wpływów rewolucji francuskiej i amerykańskiej, dobrze mu znanych, ale spotkało się, niestety z oporem większości szlachty.

Pomimo klęski powstania, Kościuszko okazał się w oczach potomnych wielkim bohaterem. Ale czy on sam, o takim wielkim charakterze, miał po nieudanym powstaniu szanse na podjęcie innych działań?  Otóż miał i z niej nie skorzystał, niestety.  Co ciekawe, źródłem źródłem tej opcji są Stany Zjednoczone, kiedy Napoleon Bonaparte w 1803 roku wycofał się z planów zaatakowania tego kraju przy pomocy francuskich i polskich wojsk okupujących Haiti, gdzie żółta febra  zdziesiątkowała nasze wojska.  Wówczas Napoleon sprzedał stanom zjednoczonym za 15 mil dolarów francuskie południowe kolonie (było ich 10) w Ameryce i pieniędzmi z owej sprzedaży planował finansować wojnę z Prusami w 1806 roku, a potem z Rosją w 1812 roku.

Otóż Napoleon, znający popularność Kościuszki, zaproponował powrót do Polski i udział w stopniowym odbudowaniu państwa polskiego. Nawet wydał w jego imieniu odezwę. Tym tylko zirytował  Kościuszkę,  który na piśmie postawił warunek, że Napoleon ma zagwarantować odrodzenie Polski w granicach większych od przedrozbiorowych. Cesarz na to miał powiedzieć : " Postępowanie jego dowodzi, że jest to głupiec ". Kościuszko nie lubił Napoleona, uważał go za uzurpatora. Być może czuł się ponadto zobowiązany carowi Pawłowi I, który wypuścił go z więzienia po złożeniu przysięgi wiernopoddańczej, co było ceną za uwolnienie z rosyjskich więzień i łagrów 20 000 Polaków. (Nawiasem mówiąc, podobnie myśleli polscy oficerowie z PRL-u po 1989 r. bowiem uważali, że są związani przysięgą z tym reżimem, a płk Ryszard Kukliński jest zdrajcą;  tymczasem on de facto był pierwszym polskim oficerem NATO). Kościuszko musiał także przyrzec carowi, że nie wróci do Polski. A była wówczas szansa dla Polski większa od tej w 1918 roku. Szczęśliwie Józef Wybicki i Jan H. Dąbrowski,  a także ochrona osobista złożona z polskich arystokratów, a być może i Maria Walewska – wszyscy oni pomogli Napoleonowi utworzeniu Księstwa Warszawskiego, które po 1814 roku stało się królestwem polskim, zależnym w prawdzie od Rosji. Stąd nauka, z abstrakcyjna polityka Polska nie ma szans na sukces. A pamiętać warto, że polityka to sztuka realizowania możliwych rozwiązań, a nie utopia nie do zrealizowania, w stylu "czekając na Godota", w Polsce, czyli nigdzie ". Polska przez cały wiek XIX nie pojawiała się na mapach, czyli była rzeczywiście nigdzie. Czy dzisiaj – wobec kryzysu opozycji - nie czekamy na Godota? A tymczasem trzeba grać kartą, jaka jest w ręku i dbać o "złoty róg", jaki dała nam rewolucja Solidarności.

Gdyby Kościuszko zgodził się współpracować z Napoleonem, być może nie byłoby ani powstania listopadowego, ani styczniowego, ani utraty niepodległości na wiele lat, ani Powstania Warszawskiego. A dzisiaj nie mielibyśmy utopijnie “powstawać z kolan" i walczyć z "dyktaturą Brukseli". Niestety, hasło Kościuszki "wybijania się na niepodległość" i zalecenie Mickiewicza, “aby mierzyć siły na zamiary "( np. samodzielnie bronić wschodniej granicy UE) dominują obecnie w niepodległej III RP.  Bowiem tak postępują uczniowie historii, która bezkrytycznie i mitologicznie ocenia dokonania naszych liderów utopistów.

Warto przeczytać

Interesujące artkuły zamieścił na swoich łamach biuletyn KOMBATANT z października 2021, nr 10 (370) Październik 2021 - Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych (kombatanci.gov.pl).

Jest to pismo Urzędu Do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, Urząd ten decyduje na podstawie przedstawionych dokumentów o przyznaniu uprawnień dla kombatantów lub osób represjonowanych. Na wstępie przeczytamy informację o Uprawnieniach kombatanckich dla osób wywiezionych w czasie II wojny światowej do obozu przejściowego w Pruszkowie.

O Dulagu 121 pisze historyk z Muzeum DULAG 121 Iwona Burzyńska w artykule "Historia obozu przejściowego Durchgangslager 121 w Pruszkowie". 

Mateusz Glinka - Rostkowski - rzecznik prasowy UdsKiOR wspomina uroczystość Dnia Pamięci Więźniów i Osób Niosących Im Pomoc 2 października na terenie dawnego obozu DULAG 121

Wspomnienia Krystyny Czerny

Krystyna Czerny mieszkała z rodzicami w czasie okupacji na ulicy Granicznej, róg placu Żelaznej Bramy. Po kapitulacji rodzina została wygnana przez Niemców z Warszawy do obozu DULAG 121, przez kościół św. Wojciecha. Dzięki pomocy sanitariuszek trafiła z obozu do miejsca, które mimo, że było oddalone o kilkadziesiąt metrów od obozu, zapewniło im szczęśliwą przystań. Miejscem tym był dom dziadków Krystyny. Dom ten przyjął pod swój dach wielu uciekinierów z obozu.

Miałam wtedy 7 lat. Nie wtajemniczano dzieci w bieżącą sytuację, żeby oszczędzić im stresu, jednak już wcześniej okupacja hitlerowska dostarczała nam sytuacji strasznych nie tylko dla dziecka. W Warszawie mieszkaliśmy na ulicy Granicznej, chyba 17 numer, róg placu Żelaznej Bramy. Część okien mieszkania wychodziła, właśnie na ten plac, który był położony między Ogrodem Saskim, gdzie obozowali Niemcy, a Halą Mirowską, w której okopali się Polacy. W czasie wymiany ognia między obiema stronami, kule ze świstem przelatywały między naszymi oknami. Nie wolno mi, więc było podchodzić blisko okien, żeby zabłąkana kula…        

Pamiętam nocną rewizję w naszym mieszkaniu, gwałtowne walenie do drzwi w środku nocy, brutalne wrzaski SS-manów i wymierzone w nas lufy karabinów. Powywracane meble, wypatroszone wnętrza szaf zostały mi na zawsze w pamięci. Na szczęście, nie znaleźli wtedy niczego, czego szukali. Zabrali tylko, czyli ukradli, to, co im się podobało i było wartościowe. Zostawili za to po sobie, oprócz bałaganu i zniszczenia, strach i nienawiść. To także były przyczyny, że gnębieni i upokarzani Polacy powstali wreszcie.

Autorka wspomnień przy wejściu do Muzeum DULAG 121 fot. wrzesień 2010

Pierwsze dni powstania w zasadzie, przeżywaliśmy w piwnicach, gdzie, kto mógł to jakoś się gnieździł. Moje miejsce było na skrzyni, przykrytej moim kożuszkiem. Ze mną spał mój piesek, mały ratlerek, Pikuś. Rodzice siedzieli obok. Piwnice były przekopane między budynkami, były, więc dwa wyjścia. Kiedy Niemcy wrzucili granat do piwnicy, wszyscy ukrywający się w niej rzucili się do drugiego wyjścia. Trudno to sobie wyobrazić, wybuch granatu, przerażenie, krzyki ludzi, chęć ucieczki, panika. Mój Pikuś, przestraszony, uciekł, a ja nie chciałam bez niego iść. Nie znalazłam go już, ale może zostało mi oszczędzone gorsze przeżycie. Opowiem o tym później.

Być może działo się to 9 sierpnia 1944 roku. Według wspomnień zawartych w książce Macieja Kledzika pt. „Królewska 16”, cytuję „Niemcy panują na placu Żelaznej bramy, placu Mirowskim i w trzech domach na ulicy Granicznej, od strony placu Żelaznej Bramy. 9 sierpnia Niemcy zajęli powstańczą barykadę przy ulicy Granicznej i wypędzili cywilów z piwnic domów”. Być może jest mowa o naszym domu, m.in. naszym domu. Przy wyjściu z piwnicy czekali już na nas wrzeszczący Niemcy i popychając nas lufami karabinów formowali pochód, oddzielając matki z dziećmi od mężczyzn. Naturalnie „Haende hoch!”, ręce do góry. Ja trzymałam się kurczowo sukienki Mamy, która z podniesionymi rękami mogła nieść plecak z przygotowanymi wcześniej butelkami z wodą do picia, która, jak się później okazało, była naszym jedynym pożywieniem i ratunkiem. Upał sierpnia spotęgowany palącymi się obok budynkami i przerażeniem był dla nas, prawie, ogniem piekielnym. Stojąc już w uformowanym pochodzie widziałam z oddali mojego Ojca, jak w długim płaszczu stawia na ziemi walizkę z naszym dobytkiem. Podnosi ręce do góry a Niemiec wkłada łapy do kieszeni płaszcza Ojca i znajdując w niej suchary, wyrzuca je na ziemię, przeklinając „polską świnię”. Nie zanurzył na szczęście swojej łapy głębiej, bowiem w przedłużonej celowo kieszeni, pod sucharami, leżała srebrna papierośnica z monogramem Ojca, naszym herbem rodowym Nowina, miniaturą Krzyża Walecznych, który mój Ojciec otrzymał za waleczność i bohaterstwo we wrześniu 1939 roku, wypisanym złotem, ręką Mamy, moim imieniem i symboliczną cyfrą Ojca, siódemką. To była jedyna cenna pamiątkowa rzecz, jaka została w naszej rodzinie z życia w Warszawie. Papierośnicę tę dostał później w prezencie, na osiemnaste urodziny, mój syn, Przemysław.

Pamiętam jeszcze jedną, okropną scenę. Widzę staruszkę, która widocznie z braku sił, siedzi na swojej walizce. Stojący nad nią gestapowiec, gestykulując i wrzeszcząc, każe kobiecie wstać. Ona jednak nie wykonuje rozkazu, a zniecierpliwiony oprawca wymierza w jej głowę rewolwer. Usłyszałam tylko strzał, bo Mama zasłoniła mi sobą ten straszny widok. Ojca już nie widziałam, a nasz pochód ruszył. Gdzie? Nie wiadomo. Szliśmy po gruzach, śmieciach, połamanych meblach, cudzych walizkach i podołkach, obok leżały sztywne, rozdęte zwłoki koni, domy płonęły po obu stronach ulicy, a w zwężającej się przed nami perspektywie widać było tylko płomień, w który nas pędzono. Kurz i dym gryzły w oczy, słońce i ogień potęgowały temperaturę, a ja, w kożuszku prawie do ziemi, ale to była moja jedyna ocalona rzecz, wcale nie czułam gorąca. Mama była tylko w letniej sukience. Trzeba było uważnie patrzeć pod nogi, żeby się nie potknąć i nie przewrócić, bo eskortujący nas Niemcy nie pozwalali stawać. Wstrzymywałoby to przecież marsz. Kto się przewrócił, zostawał zastrzelony. Jak długo szliśmy, nie wiem.

Wreszcie zatrzymano nas na ulicy Wolskiej, przy kościele św. Wojciecha i Stanisława [mowa o kościele pod wezwaniem św. Wojciecha, w którym mieściła się parafia św. Stanisława – przyp. red.]. Na dziedzińcu kościoła stał krzyż, ogrodzony niskim płotkiem, za którym rosły kwiatki. Niektórzy z nas, wygnańców, mieli ze sobą swoich czworonożnych przyjaciół, dotąd uratowanych, ale na rozkaz Niemców, wszystkie psy, koty i inne zwierzaki trzeba było zostawić za tym płotkiem, pod tym krzyżem, a dyżurny oprawca do każdego strzelał, rechocząc przy tym rubasznie. Tak na oczach właścicieli, wszyscy ci nasi „bracia mniejsi” umierali, często w mękach. Patrzył też na to bestialstwo, z góry, ze swojego krzyża, Jezus, ale milczał. Mój Pikuś też już pewnie nie żył, ale ja chociaż nie musiałam tego oglądać. Wreszcie wepchnięto nas do kościoła, zamknięto wszystkie drzwi. Przerażenie, krzyki, domysły, wściekłość, bezsilność, modlitwy, bluźnierstwa. Czy wpuszczą gaz trujący? Czy podpalą kościół i spłoniemy żywcem? Czy wysadzą w powietrze? Powoli wszystko cichło. A wtedy, od strony ołtarza, usłyszeliśmy krzyk bólu kobiety i za moment płacz dziecka, które się właśnie urodziło. Te narodziny uznaliśmy za symbol, nowe życie, może, więc, przeżyjemy? Czy może żyje gdzieś to dziecko teraz?

Po wielu latach, kiedy wreszcie chciałam zobaczyć wnętrze tego kościoła, z trudem zmusiłam się, z pomocą mojej Siostry ciotecznej, do przekroczenia jego progu. Na lewej ścianie, wewnątrz kościoła, jest malowidło przedstawiające idących w pochodzie wygnańców ze swoich domów, w czasie Powstania Warszawskiego. Na murze, przy wejściu do kościoła, jest wmurowana tablica z informacją „W tym kościele, w czasie Powstania Warszawskiego, hitlerowcy urządzili obóz przejściowy dla ewakuowanej ludności, dokonując masowych egzekucji. To miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny”.

Nie wiem, jak długo byliśmy zamknięci w tym kościele. Kiedy wreszcie otworzono, kazano wyjść, zobaczyłam niebo, co prawda zasnute dymem i ogniem, ale na razie można było odetchnąć. Żyjemy. Uformowano znowu pochód i popędzono nas dalej. Nadal jednak nie wiemy, dokąd. Strach, brud, głód, fizyczne i psychiczne wyczerpanie, upokorzenie, upodlenie. Wreszcie dotarliśmy do obozu przejściowego w Pruszkowie.

Obóz Dulag 121 hitlerowcy utworzyli na terenie warsztatów kolejowych w Pruszkowie. Po latach, na zewnętrznym murze tych warsztatów wypisano „Tędy przeszła Warszawa, od 6 sierpnia do 10 października 1944 roku. Dulag 121, Pruszków”. Napis widać od strony torów kolejowych. A tych Warszawiaków było około 650 tysięcy. Nie wszystkich udało się uratować, tak jak mnie i moich bliskich, niestety. Weszliśmy do obozu. Pamiętam gołą ziemię, brudny beton, słupy betonowe, bardzo duży teren, częściowo zadaszony, żadnych sanitariatów. Wycieńczeni ludzie kładli się na wolnych miejscach, żeby odpocząć. Znowu nie wiadomo, co teraz i ta sama beznadziejna, bezsilna wściekłość, ale już także, powoli, czasem ogarniający bezwład. Polskie ochotniczki, sanitariuszki z Armii Krajowej, dzisiaj powiedzielibyśmy wolontariuszki, ale czy tylko? Opiekowały się wygnańcami, jak mogły, opatrywały, poiły, karmiły, pocieszały, próbowały pomagać. Ludzie podawali im karteczki z wiadomościami, dla rodzin i przyjaciół, znajomych.

Przeznaczenie, czy splot okoliczności sprawił, że Pruszków to moje rodzinne miasto. Tutaj, na ulicy Cichej 10, obecnie numer 4, mieli dom moi Dziadkowie po kądzieli, Józef i Apolonia Hlasny, u Nich się właśnie urodziłam. Cicha to krótka uliczka, dosłownie vis-a-vis głównej bramy warsztatów kolejowych, czyli Dulagu 121. Sanitariuszki dwoiły się i troiły, żeby wyprowadzić z obozu, oczywiście nielegalnie, jak najwięcej Warszawiaków. Tak moją Matkę, ubraną w biały fartuch, z czerwonym krzyżem na rękawie, jaki nosiły sanitariuszki, miała wyprowadzić jedna z nich. Dzieci można było pod jakimś pretekstem wyprowadzać legalnie. Ja, więc, trzymana za rękę przez sanitariuszkę, szłam do bramy wyjściowej. Za nami, w pewnej odległości, szła moja Mama ze swoim Aniołem Stróżem. Próbowałam oglądać się za siebie, czy moja Mama naprawdę za mną idzie, ale moja przewodniczka upominała mnie, żebym tego nie robiła, bo strażnikowi przy bramie wyjściowej może się to wydać podejrzane. Dotarłyśmy wreszcie do budki wartownika, moja opiekunka coś wartownikowi tłumaczyła i otworzył dla nas bramę, wypuścił z obozu. Zostałam ocalona. W ten sposób, symbolicznie, narodziłam się w Pruszkowie po raz drugi.

Dom dziadków Krystyny Czerny - Józefa i Apolonii Hlasny w Pruszkowie, przy ul. Cichej 4,  w którym ukrywali się Warszawiacy ocaleni z obozu DULAG 121 w sierpniu 1944 r.

Jak już mówiłam, ulica Cicha, na której stoi dom moich Dziadków, jest vis-a-vis głównej bramy obozu Dulag 121, przez którą właśnie przeszłam. To, co zobaczyłam, przeszło wówczas moje oczekiwania i dodało mi skrzydeł. Puściłam dłoń mojej wybawicielki i rzuciłam się pędem przed siebie, przewracałam się, padałam, wstawałam i znowu pędziłam. Przed naszym domem stali, bowiem moi Dziadkowie i mój Ojciec, o którym od chwili wyjścia z piwnicy z Warszawy nic nie wiedziałam. Udało mu się także wcześniej wyjść z obozu, dorosła osoba, sanitariuszka moja, nie mogła mnie dogonić. Mój Ojciec, inwalida wojenny z 1939 roku, kulejąc, także biegł w moją stronę. Wreszcie dopadliśmy do siebie, a za moment także moi Dziadkowie. Niewyobrażalnej radości nie sposób opisać. Zaraz, także, nadeszła Mama. Moja wybawicielka, upewniwszy się, że wydała dziecko właściwej rodzinie, uściskana przez nas w podzięce, szybko wróciła do obozu, ratować następnych nieszczęśników. A ja nawet nie pamiętam jej imienia, tak jak nie znamy osoby, która uratowała moją Mamę. Wartownik zgłaszał jakieś pretensje do sanitariuszki, prawdopodobnie moja Mama była kolejną uratowaną przez nią osobą. Ta, więc, bez namysłu, zdjęła z palca swoją ślubną obrączkę i oddała chciwemu żołdakowi, który wtedy otworzył przed moją Mamą bramę do wolności. A ta wielka duchem kobieta, młoda sanitariuszka, ochotniczka, wypchnęła tylko Mamę za bramę a sama szybko wróciła do obozu. Mama zdążyła tylko krzyknąć „dziękuję!”. Może żyje ktoś, kto słyszał tą niecodzienną, wyjątkową historię o kobiecie, która bez mrugnięcia okiem oddała swoją bezcenną pamiątkę, symbol swojego małżeństwa, aby uratować życie zupełnie obcej osobie. Jej odwaga, bezinteresowność, poświęcenie, to cechy wyjątkowe i niepowtarzalne. One wszystkie, bezimienne, anonimowe, tak pracowały. Nie, po trzykroć nie!!! To nie praca, to poświęcenie, misja, patriotyzm, oddanie siebie innym, zupełnie nieznanym ludziom, potrzebującym ocalenia. Wiedziały, co im za to grozi, chwała Im za to. W naszych sercach stała obecność, a tam, na górze, piękne miejsce. Nasza ucieczka z Dulagu 121 była wielką radością dla nas i naszych bliskich. Jednak wiedzieliśmy, że w obozie może się znaleźć także Siostra mojego Ojca, z dwoma paroletnimi synkami. Z okien naszego domu było widać pociągi, którymi z Dulag 121 wywożono Warszawiaków do rzeszy, albo do hitlerowskich obozów śmierci. Działało to na wszystkich niesamowicie przygnębiająco. Uruchomiono więc wszystkie możliwe kontakty, aby i ich można było uratować i tak się stało. Po jakimś czasie i oni zapukali do naszych drzwi. Rodzina była w komplecie. Dziadkowie jednak przygarniali także znajomych i innych potrzebujących schronienia. Nikt nie zważał na ciasnotę i minimalne porcje żywnościowe. Wszyscy byliśmy biedakami.

Uratowani z obozu Warszawiacy byli jednak ciągle ścigani przez hitlerowców. Stałe łapanki i obwieszczenia nakazujące, pod groźbą kary śmierci, uciekinierom, nie, nie uciekinierom, a wygnanym, wypędzonym z ich domów Warszawiakom, zgłoszenie się do niemieckich posterunków. Było to stałe zagrożenie dla nas i osób przechowujących nas. W domu Dziadków był stale otwarty strych, w którego oknie nieustannie ktoś czuwał. Może nadchodzą Niemcy? Wtedy wchodziliśmy po drabinie w szparę pod dachem, drabinę do naszej kryjówki wciągał ze wszystkimi mój Ojciec, a Mama trzymała mnie wtuloną w siebie i pilnowała, żebym, broń Boże, nie kichnęła, nie zakaszlała, czy nawet poruszyła się, żeby węszący hitlerowcy nie domyślili się, że mogą się w tej szparze ukrywać „polscy bandyci”. Wtedy wszystkich rozstrzelano by na miejscu. Aby usprawiedliwić otwarty strych, ktoś wieszał na sznurkach mokrą bieliznę. Nie wiem, czy ktokolwiek dzisiaj jest w stanie wyobrazić sobie, co wtedy przeżywali ukrywani i ukrywający ich. Te koszmary wracają, powodując palpitacje serca i paraliżujące przerażenie na samą myśl, że takie sytuacje mogłyby się powtórzyć. Nie chcąc narażać bliskich i samych siebie, wszyscy ukrywający się u Dziadków Warszawiacy, zaczęli się gdzieś przemieszczać.

Ja z Rodzicami wylądowaliśmy w Krakowie. Nie znam adresu, wiem, że to był stryszek, zbite z desek prymitywne legowisko, zimno. W małym okienku na dachu gałązka świerku. Okres Bożego Narodzenia. Ojciec szukał jakieś pracy i jedzenia. Ja z Mamą, robione ręcznie przez nas jakieś ozdoby choinkowe, lamety, anielskie włosy, sprzedawałyśmy stojąc na mrozie na ulicy Lubicz i pod Sukiennicami. Teraz przydał się mój kożuszek, w którym wyszłam ze schronu w piwnicy naszego domu, w Warszawie. Ale nie na wiele. Do publicznej toalety w Sukiennicach chodziłyśmy się ogrzać i potem znowu, na ulicę, zarobić parę groszy na chleb. Nadal nie wolno nam się było przyznać, że jesteśmy wygnańcami z Warszawy. Ale ludzie i tak wiedzieli, albo się domyślali i kupowali od zmarzniętej matki z dzieckiem nasze ozdoby choinkowe. Wśród dobrych ludzi zdarzają się, jak zwykle, wyjątki. Homo homini lupus est. Nawet dzikie zwierzęta kierują się innymi zasadami. Którejś nocy jeden z sąsiadów uprzedził nas, że inny sąsiad zgłosił Niemcom naszą obecność. Spakowaliśmy, więc swój węzełek i jakoś udało nam się uciec.

Nie pamiętam dobrze, jak to się stało, ale jechaliśmy osobowym pociągiem, na stacjach były punkty PCK z pomocą lekarską i żywnościową dla podróżnych. Na którejś stacji Ojciec wysiadł ze mną z pociągu, żeby w takim punkcie PCK dziecko, to znaczy ja, dostało coś do zjedzenia. Mama została w wagonie, pilnując miejsca i naszego węzełka z dobytkiem. Pociąg miał mieć dłuższy postój na tej stacji. Czekamy z Ojcem w kolejce po żywność, a tu nagle pociąg rusza. Lokomotywa parowa ciągnie wagony powoli, ale przecież odjeżdża. Ojciec, trzymając mnie za rękę zaczął, utykając, gonić pociąg, wołając „zatrzymać pociąg! Zatrzymać pociąg!”. Nic te okrzyki jednak nie dały, ale kolejarz stojący na końcu pociągu uspokoił nas, że lokomotywa musi nabrać wody i pociąg zaraz wróci na peron. Nie zostawało nam nic innego, jak uwierzyć kolejarzowi i czekać. Rzeczywiście, napojona lokomotywa ze swoimi wagonami po jakimś czasie wróciła. Mama równie przerażona jak my wyglądała przez okno, a my z Ojcem, czym prędzej wsiedli do pociągu, rezygnując z oferty punktu PCK. Tak, z przygodami, teraz śmiesznymi, wtedy nie, dotarliśmy do Kazunia pod Warszawą. Tu przygarnęli nas, znowu, dobrzy ludzie, pozwolili zamieszkać w swoim gospodarstwie, nakarmili, ogrzali, okazali serce. Nie znam ich nazwiska. Pamiętam leżące pod ścianą chałupy drewniane bele, na których siadaliśmy, przyglądałam się malutkim kurczaczkom i kaczuszkom, słuchaliśmy rechotania żab i klekotu boćka, który miał gniazdo na drzewie rosnącym w rogu podwórka. Co za spokój i błogość, w porównaniu z tym, co niedawno przeżywaliśmy. Czy to się rzeczywiście działo? W tymże Kazuniu, od 1 kwietnia do 30 czerwca 1945 roku, a więc jeszcze w czasie wojny i okupacji hitlerowskiej, moja Mama, która w 1934 roku ukończyła wydział filozoficzno-humanistyczny Uniwersytetu Warszawskiego, podjęła pracę, cytuję: „Nauczycielki w szkole powszechnej II stopnia, w Kazuniu polskim, gmina Cząstków, powiatu warszawskiego”, koniec cytatu. To cytat z umowy o pracę, którą Mamy do tej pory, oryginał, zniszczony trochę, bo nadgryzł ją ząb czasu, ale traktujemy prawie jak relikwię, bo to dowód, że Polak się nie poddaje. Pamiętam tę szkołę, mieszczącą się w większej izbie jakiegoś domostwa i Pana Woźnego, który ręcznym dzwonkiem obwieszczał początek i koniec lekcji. Czasem któryś z uczniów dostępował zaszczytu i wyróżniony przez pana woźnego, pęczniejąc z dumy, trzymając w wysoko podniesionej ręce ten dzwonek, wyręczał w tym dzwonieniu pana woźnego. Wszystkie dzieci zazdrościły temu wyróżnionemu i z otwartymi buziami przyglądały się dzwonkowi i dzwoniącemu. Nie pamiętam, żeby mnie udało się, choć dotknąć dzwonka. Inne dzieci były odważniejsze i bardziej bojowe w walkach o dzwonek. Oby tylko takie walki przyszło nam staczać w życiu.

Miałam 7 lat, nie brałam udziału w walkach powstańczych, bo byłam za mała, ale to, co przeżyłam, zostanie we mnie już na zawsze. Co roku, dzień 1 sierpnia przeżywam bardzo osobiście. Wspiera mnie we wszystkim mój Syn, który, mimo, że urodził się na Śląsku, czuje się Warszawiakiem, co mnie bardzo cieszy. Nasiąknął, bowiem opowieściami o Warszawie i wspomnieniami z tamtych lat, słyszanymi od Dziadków i trochę ode mnie. Bardzo ważną i cenną pamiątką jest dla nas okolicznościowy medal „Dla wypędzonych z Warszawy, przez okupanta niemieckiego w dniach Powstania Warszawskiego 1944 roku”. Medal ten otrzymałam w 2011 roku. Tak jak papierośnica mojego Ojca, tak i ten medal zostanie pamiątką i symbolem przeżytego przez naszą rodzinę Powstania Warszawskiego 1944 roku. Porównując, w przenośni, moje dosyć już długie życie do pociągu, który jedzie w tylko sobie znajomym kierunku, mogę powiedzieć, że mój pierwszy wagon, ale za to z podwójnym miejscem, do którego wsiadłam w 1937, a potem w 1944 roku, stał na przystanku Pruszków. Następny wagon czekał na mnie w Katowicach, gdzie zdałam maturę i urodziłam syna. Przesiadkę miałam w Krakowie i w Pszczynie, którą wspominać będę zawsze najmilej, ze względu na wspaniałych, bezinteresownych, serdecznych ludzi dla mnie, obcej „gorolki”, jak nazywali przybyszy spoza Śląska. Ostatni wagon przywiózł mnie do Wrocławia. Tu urodziły się moje wnuki i tu, prawdopodobnie, wysiądę na ostatnim przystanku.

27 wrz 2021

Biuletyn Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944. Nr 60, wrzesień 2021

 

Z życia Stowarzyszenia

Co warto przeczytać

Szanowni Czytelnicy, 

oddajemy do waszych rąk 60 numer naszego biuletynu. W tym wydaniu zachęcamy przede wszystkim do udziału w zbliżających się obchodach Dnia Pamięci w Pruszkowie.

Ponadto publikujemy relację z Walnego Zebrania Stowarzyszenia - gratulujemy wyboru i życzymy powodzenia nowemu Prezydium Stowarzyszenia!

Na blogu opublikowaliśmy również kolejne wspomnienia - tym razem podzielił się nimi pan Zbigniew Ścibor-Bogusławski (Wspomnienia).

Baza naszych wspomnień

Wzbogaca się baza Naszych wspomnień - opublikowaliśmy dwa kolejne wpisy wspomnieniowe. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych  zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

Serdecznie zapraszamy do udziału w Obchodach w Pruszkowie

Zarząd Stowarzyszenia Dzieci Powstania oraz Dyrekcja Muzeum DULAG 121 gorąco zachęca byłych Więźniów Obozu DULAG 121 w Pruszkowie, ich rodziny, mieszkańców Warszawy i okolic do licznego udziału w Obchodach Dnia Pamięci na terenie byłego obozu w Pruszkowie (adres:  ul. 3 Maja 8a, 05-800 Pruszków).

Tegoroczna uroczystość będzie miała uroczystą oprawę. W stosunku do roku ubiegłego, kiedy zmniejszono liczbę  zaproszonych uczestników, uroczystość tegoroczna nie będzie (miejmy nadzieję)  aż w takim stopniu ograniczona restrykcjami covidowymi.

Obchody Dnia Pamięci Więźniów Obozu Dulag 121 i Niosących Im Pomoc w Pruszkowie 2-3 października 2021 r.

2 października 2021 r., w dniu Narodowego Dnia Pamięci o Ludności Cywilnej Powstańczej Warszawy  w Pruszkowie odbędą się uroczyste obchody Dnia Pamięci Więźniów Obozu Dulag 121 i Niosących Im Pomoc organizowane przez Powiat Pruszkowski, Miasto Pruszków, Instytut Pamięci Narodowej, Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz  Muzeum Dulag 121. 

O godzinie 14:00 rozpoczną się oficjalne uroczystości pod pomnikiem „Tędy przeszła Warszawa”.

Program:

  • Wystawienie posterunku pod pomnikiem
  • Wprowadzenie pocztów sztandarowych
  • Polowa Msza św. odprawiona pod pomnikiem „Tędy przeszła Warszawa”, koncelebrowana przez księdza prałata Mariana Mikołajczaka i kanonika Bogdana Przegalińskiego
  • Odśpiewanie Hymnu RP
  • Okolicznościowe przemówienia przedstawicieli władz
  • Apel Pamięci
  • Ceremonia złożenia wieńców i kwiatów
  • Odprowadzenie wojskowej asysty honorowej i pocztów sztandarowych

Uroczystości odbędą się w Asyście Wojskowej Reprezentacyjnej Kompanii Wojska Polskiego. Pruszków, ul. 3 Maja 8a, teren dawnego obozu Dulag 121.

Więcej informacji można znaleźć na stronie Muzeum DULAG 121 .

Tablica pamiątkowa gen. Zbigniewa Ścibor-Rylskiego

Tablica na ścianie siedziby Związku Powstańców Warszawskich upamiętniająca wieloletniego przewodniczącego ZPW gen. bryg. Zbigniewa Ścibora- Rylskiego.


Współzałożyciel i wieloletni prezes Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich Honorowy obywatel Miasta Stołecznego Warszawy, Sekretarz Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari, Kleberczyk, żołnierz 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Legendarny powstaniec warszawski kpt. ,,Motyl''. Dwukrotny Kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari, odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Kawaler Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski I klasy.

Walne Zebranie SDP 1944, 1 sierpnia 2021

W tym roku obchody wybuchu Powstania Warszawskiego w niewielkim stopniu zostały zakłócone przez wirusa. Złożyliśmy wiązankę u stóp pomnika Mokotów Walczący w Parku Dreszera, razem z licznymi organizacjami.

Wiązankę składają -  Halina Gniadek, Mirosław Grabowski, Wojciech Łukasik

Po zakończeniu uroczystości przy pomniku, zebraliśmy się w kawiarence "Zielnik". Frekwencja dopisała, chociaż zabrakło kilku członków Stowarzyszenia, którzy wcześniej potwierdzili swoją obecność. W tym roku akcja powiadamiania o zebraniu została przeprowadzona niezwykle solennie. Użyliśmy maili, smsów i poczty naziemnej. 

Wszyscy obecni króciutko przedstawili swoje przejścia jako Dzieci Powstania. Po raz pierwszy w naszym gronie pojawił się Mirosław Grabowski, nasz nowy członek - uzdolniona pisarka Małgorzata Todd, Zbigniew Ścibor-Bogusławski z rodziną, państwo Zofia i Mirosław Kuklińscy oraz Tadeusz Kaczmarek. 


Jednym z najważniejszych tematów poruszonych w trakcie zebrania to toczący się aktualnie proces uznania obozu Dulag121 za miejsce odosobnienia. Taka kwalifikacja Dulagu pozwala na objęcie byłych więźniów ustawą o osobach poszkodowanych w trakcie działań wojennych i przyznania im określonych przywilejów.

Zebranym przestawiono oryginały pism skierowanych do Urzędu do spraw Kombatantów i osób Represjonowanych oraz do pani Minister Rodziny i Spraw Socjalnych i Polityki Społecznej.

Następnie koleżanki Maria Nielepkiewicz i Ewa Chrzanowska zajęły się przeprowadzaniem wyborów. Ze względu na pandemię i zmniejszoną frekwencję na Walnym Zebraniu w 2020 roku, wybory wówczas zostały przełożone na rok bieżący.

Do pełnienia funkcji, które wymagały wybrania nowych osób, wybrano:

  • Przewodniczący - Wojciech Łukasik
  • Vice-przewodniczący Mirosław Grabowski
  • Sekretarz - Maria Nielepkiewicz
  • Skarbnik - Ewa Chrzanowska

Na wakującą funkcję członka Komisji Rewizyjnej wybrany został Tadeusz Kaczmarek.

Z fotela Honorowego Prezesa - Na 77-lecie Powstania Warszawskiego 1944

Im dłuższa jest rocznica Powstania Warszawskiego tym bardziej uogólniamy swe opinie na ten temat. Kiedyś było niepisane prawo, że dopóki żyją Powstańcy to nie wypada krytykować Powstania. Ale jest już ich zaledwie parę osób więc może chociaż zastanówmy się szczerze nad ich losami w czasie Powstania. Walczyli zwykle w nierównych sytuacjach, z marną bronią i prawie bez amunicji. Obandażowani, najczęściej niedożywieni i niewyspani, a co gorsze bez nadziei na zwycięstwo.

Przypomnijmy parę przykładów takiego stanu rzeczy.

Wobec dużych strat w ludziach i braku amunicji ppłk. „Radosław” zdecydował o przejściu swego elitarnego zgrupowania (należącego do oddziałów komandosów Kedywu Komendy Głównej AK, do którego należały jeszcze sławne bataliony „Parasola” i „Zośki”) kanałami na Mokotów nocą z 19 na 20 września. Żołnierze zgrupowania (ok. 200 osób, z tego połowa rannych) wyszli nad ranem 20 września włazem przy ul. Wiktorskiej. Byli u granic wytrzymałości fizycznej i pesymistycznie nastawieni do możliwości dalszej walki. Do 22 września na Górnym Czerniakowie broniły się jeszcze resztki oddziałów z „Czaty” i „Brody”. Dołączyli do nich na szeroko pojętym Mokotowie pozostałości zgrupowania „Radosław” i wzięli udział w dalszej walce. Ale w międzyczasie gen. Bór-Komorowski Dowódca Powstania polecił im powrót do Śródmieścia i zrezygnowania z planów przebicia się do lasów chojnowskich. stąd nocą z 25 na 26 września, ok. 120 ludzi przeszło kanałami do Śródmieścia, gdzie zgromadziło się ok. 230 żołnierzy i oficerów jeszcze żyjących z tego zgrupowania. Tyle pozostało ze stanu wyjściowego zgrupowania, które 1 sierpnia liczyło ok. 2300 ludzi. Straty wyniosły 90% a byli to elitarni żołnierze i oficerowie AK. Większość tych co powrócili do Śródmieścia zginęła.


Wszak 26 września był 57 dniem Powstania, czyli do jego poddania zostało raptem 6 dni, a przecież w tym czasie gen. Bór-Komorowski już pertraktował z Niemcami warunki kapitulacji Postania. Dlaczego zamiast ratować owych 120 Powstańców—narażał ich na pewne kalectwo, śmierć albo niewolę?

W dniu 1 sierpnia 33 powstańców ze zgrupowania Baszty zaatakowało koszary/szkołę Waffen SS róg Kazimierzowskiej i Narbutta posuwając się od Madalińskiego ulicą Kazimierzowską bez żądnej odsłony, ponieważ na tym odcinku było i jest nadal boisko sportowe. Niemcy z okien swego gmachu wystrzelali omal wszystkich. Tylko jeden Powstaniec 17-letni uratował się, odskoczył w lewo na Narbutta. Straty tego ataku wynosiły 96%.


Skutki ataku ponieśli nie tylko powstańcy, ale mieszkańcy domu, z którego wyszli do ataku, który stoi róg Kazimierzowskiej i Madalińskiego, którzy zostali rozstrzelani, niżej podpisany (7-latek) uratował się spod trupów tej egzekucji. Dzięki temu mógł potem forsować rozwój informatyki w Polsce, w tym zastosowanie systemu PESEL.

Natomiast uratowany 17 latek z w/w ataku po wojnie przedostał się do USA, gdzie wybił się w rozwoju systemów lotnictwa amerykańskiego, awansując na najwyższe stanowiska w centrach badawczych oraz otrzymując najwyższe odznaczenia państwowe.

Wspomniałem o dwóch przypadkach ludzi, którzy cudem przeżyli Powstanie, a potem dokonali ważnych spraw i projektów. A przecież z zabitych 200,000 tysiące miały potencjał, aby dokonać ważnych spraw i projektów. I to jest wtórna tragedia nie tylko tych ludzi, ale i Polski. 

Prof. Andrzej Targowski
Honorowy Prezes Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944

Odeszli od nas...

Wojciech Sosnowski - członek   Stowarzyszenia od początku  jego istnienia. Po wojnie  dzielił zamieszkanie między kontynentem amerykańskim i Warszawą. Szczodrze wspierał listami i finansowo SDP1944. Regularnie wysyłaliśmy do p.Wojciecha Biuletyny, dlatego z zaskoczeniem i wielkim smutkiem otrzymaliśmy niedawno wiadomość od Jego córki o Jego śmierci w 2016 r. 

Sławomir Kuczyński - rok temu mieliśmy zaszczyt cieszyć się Jego obecnością na zebraniu 1 sierpnia 2020 r. 

Sławomir Kuczyński - zdjęcie wykonane 1.08 2020 r.

Dzielił się z nami wspomnieniami z Powstania Warszawskiego. Opisywał barwnie zdarzenia z miejsca zamieszkania na ulicy Przemysłowej. Ponadto zamieścił swoją relację w Biuletynie Nr 49. Zmarł 5.08.2021, czyli w rok od ostatniego z Nim spotkania.


Wspomnienia Zbigniewa Ścibora-Bogusławskiego

 

Zbigniew Ścibor-Bogusławski z małżonką 1 sierpnia 2021

Od wielu pokoleń jestem warszawiakiem. Urodziłem się 30 lipca 1932 roku na Złotej, w klinice profesora Stankiewicza. Mieszkałem w różnych punktach Warszawy. Po likwidacji części Getta w 1943 roku moja rodzina z Łodzi dostała mieszkanie na Mariańskiej 2 róg Pańskiej, gdzie zostało nas Powstanie Warszawskie. W czasie trwania Powstania w krótkim czasie wyczerpały się zasoby spożywcze. Nie było co jeść.  Dobrze, że w pobliżu na ulicy Ceglanej, obecnie Pereca były magazyny jęczmienia browaru Haberbusch i Schiele, skąd przynosiliśmy początkowo bez ograniczenie jęczmień, który gotowaliśmy. Później musieliśmy jeść na sucho, bo inaczej dym z komina uchodził i rozchodził się jak z pożaru, a z rury od kuchenki  charakterystycznie jednopunktowo i wtedy Niemcy ostrzeliwali widząc, gdzie są ludzie. 

Z wodą też były kłopoty, bo trzeba było po nią chodzić na drugą stronę ulicy Twardej pod obstrzałem z Placu Grzybowskiego do studni artezyjskiej. Ja kiedyś wziąłem wiadro – napełniłem je do połowy i wracając przyniosłem puste wiadro. Pocisk trafił nie we mnie tylko na szczęście w wiadro.

Po jakimś czasie jęczmień z browaru był reglamentowany i można go było brać niedużo, gdyż po niego przychodzili nawet z Mokotowa i ze Śródmieścia po drugiej stronie Alej Jerozolimskich pod ostrzałem. Gdzieś w połowie Powstania paliła się cała Pańska i Mariańska, więc musieliśmy stamtąd całą grupą mieszkańców domu na Mariańskiej uciekać. Przedostaliśmy się na drugą stronę Marszałkowskiej i koczowaliśmy w piwnicach na Rysiej, Brackiej, Chmielnej, a najdłużej w kinie Palladium na Złotej. Po około ponad dwóch tygodniach tułaczki wróciliśmy na Mariańska do zgliszcz spalonych domów i piwnic, które były jeszcze długo nagrzane jak piec od chleba i tam do końca Powstania przebywaliśmy.

Mimo spalenia domu nad bramą od strony podwórza wisiał obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, nawet nie był okopcony. Jeszcze warto wspomnieć ciekawostkę, że dwa piętra pod piwnicą były dwa pomieszczenia, o których nikt nie wiedział, gdzie byli Żydzi, aż do wyzwolenia. Mieli oni tam własną studnię artezyjską i różne inne urządzenia oraz produkty żywnościowe. Nikt ich nigdy nie widział, ale musieli mieć na bieżąco co jakiś czas zaopatrzenie. Kiedy robili wykopy pod wysoki budynek i garaże podziemne w kwadracie ulic Mariańska, Świętokrzyska, Emilii Plater, Pańska odkryto te pomieszczenia.

Po zakończeniu Powstania  3 października 1944 roku kazano ludności cywilnej wychodzić z Warszawy. Tłumy z pakunkami, raczej tobołami pod eskortą żołnierzy niemieckich z tamtego rejonu Śródmieścia i Woli; np.  nasza rodzina z Mariańskiej 2 - moja babcia Anna Bogusławska lat 69, ciocia Felicja Pieńkowska lat 68, ciocia Zofia Pieńkowska lat 50, Krystyna Pieńkowska lat 29 i ja lat 12 zostały pędzone ulicą Twardą, Żelazną, Al. Jerozolimskimi do placu Zawiszy, ulicą Tarczyńską do Grójeckiej, Niemcewicza do Alej Jerozolimskich i dalej do Pruszkowa.

W Pruszkowie w halach remontów wagonu ludzie leżeli pokotem w ścisku na betonowej podłodze. My znaleźliśmy trochę miejsca w kanale remontowym. W takich warunkach bez jedzenia przebyliśmy tam dwie noce. W drugim dniu rano nastąpiła segregacja. Młode kobiety i mężczyzn do pracy do Niemiec. Ja uratowałem kuzynkę Krystynę Pieńkowska przed wywózką do Niemiec, bo złapałem ją za rękę i jak z mamą wyszliśmy całą rodzinę przez boczną bramę, gdzie czekały na nas odkryte wagony – węglarki bez dachu.

Przy  wagonach poza bramą stały panie z RGO z zupą. Po załadowaniu ściśle wagonów, pociąg ruszył. Zawieźli nas do obozu ogrodzonego drutem kolczastym na pustym polu w Koniecpolu, skąd udało nam się wydostać. Pojechaliśmy do siostry mojej babci do Janowa Częstochowskiego i Złotego Potoku, która prowadziła punkt sanitarny – była higienistka.  Tam byliśmy do wyzwolenia. W jednym pokoju wszyscy  (sześć osób) na siennikach na podłodze musieliśmy egzystować. Po wyzwoleniu pojechaliśmy do Łodzi. Tam dowiedziałem się, że mój ojciec nie żyje. Ojciec walczył na architekturze w zgrupowaniu “GOLSKI. Po upadku Powstania został wywieziony do Niemiec do obozu Sandbostel, gdzie zmarł.

Mama zmarła w 1942 roku, więc zostałem całkowitym sierotą. Rodzeństwa nie miałem. Ja byłem w internatach, bo rodzina nie miała gdzie mieszkać – mieszkania ich były zajęte. W 1955 roku ożeniłem się z Anielą Siedlecką, a w 1957 roku doczekaliśmy się syna Adama.  Potem ukończyłem magisterskie studia techniczne.  Całe dorosłe życie pracowałem w szkołach średnich ogólnokształcących i zawodowych, skąd przeszedłem na emeryturę.