20 lis 2022

Zdarzenie i zmyślenia - Rozdział 3 - Wizyta starszej pani

– Panie Grzesiu, ma pan gościa – zawołała recepcjonistka. 

– Kto taki? – mężczyzna siedzący w fotelu nawet nie od­wrócił głowy i nie odłożył czytanej książki.

– Jakaś starsza pani.


Klara zdecydowała, że nie ma sensu wysłuchiwać tego dia­logu i podeszła do mężczyzny.

– Witaj, Grzegorzu – powiedziała.

– O, to ty jesteś tą starszą panią?

– A kogo się spodziewałeś?

– Nie wiem, ale kogoś prawdziwie starego. Ty jesteś ode mnie starsza zaledwie…

– Dwa lata. Pod tym względem nic się nie zmieniło.

– A pod jakim się zmieniło? – wstał, żeby się przywitać.

– Porozmawiamy tu, czy na spacerze?


– Tu, siadaj – wskazał fotel po drugiej stronie stołu. – Stale nie mogę się przyzwyczaić do starości, chociaż z drugiej strony wkurzają mnie te siksy zwracające się do mnie po imieniu.

– Tego nie zmienisz. Stare ma­niery trzeba odłożyć do lamusa. Ja też na początku zżymałam się, potem doszłam do wniosku, że to nawet praktyczne być z całym światem po imieniu.

– Nie ma zgody, jeśli stare maniery wyrzucimy, jak mówisz do lamusa, to zaczniemy „rozwijać się” w przeciwnym kierunku – ku barbarzyństwu. Zresztą już widać pierwsze znamiona.

– Trudno nie zauważyć – zgodziła się Klara.

– Masz jakąś ciekawą wiadomość?

– Przyniosłam zdjęcie, chociaż nie jestem pewna, czy o to ci chodziło – położyła na stole starą fotografię.

– Tak, o to.

– Znałeś go?

– Przelotnie. A z czym tak naprawdę przychodzisz?

– Mam dwie wiadomości…

– To zacznij od tej złej.

– Umorzono śledztwo.

– Tego się spodziewałem. A dobra?

– Udało mi się nawiązać kontakt z panią Reginą.

– Powiedziała coś istotnego w sprawie?

– Jeszcze nie, ale jesteśmy na dobrej drodze. Jest zainteresowana wydaniem pamiętnika.

– To dobrze, ale szkoda, że sprawę umorzono. Ten Rosenbaum powinien siedzieć w ciupie.

– Myślisz o Różańskim?

– Nawet nie zdołali skłonić go, żeby przyznał się do nazwi­ska rodowego.

– A co by to dało?

– Oj, ta twoja… nie wiem nawet, jak to nazwać – zniecier­pliwił się Grzegorz.

– Jest jeszcze coś... – tym razem Klara zawahała się.

– No, mów!

– Jakiś miesiąc temu zaczepili mnie w parku dwaj nie­znajomi dając do zrozumienia, że są zainteresowani spra­wą morderstwa, w którą jest zaplątany Różański.

– Co im powiedziałaś?

– Nic. 

– To dobrze.

– Dlaczego dobrze? Przecież nie dowiedziałam się na­wet, czy są zainteresowani wyjaśnieniem, czy zatuszowa­niem sprawy.

– Właśnie dlatego, i niech tak zostanie.

Klara milczała. Uznała, że lepiej nie dzielić się infor­macją, która Grzegorzowi nie przypadła by do gustu. Zgo­dziła się na współpracę z tymi ludźmi, tylko dla wygodnego pozoru.

Po wyjściu od Grzegorza rozejrzała się uważnie. Nie zauważyła niczego niepokojącego… Chociaż ten młody człowiek siedzący na ławce wydał się jej podejrzany. 

Pewnie przesadzam – pocieszała się. Teraz wszyscy młodzi w kapturach i maskach wyglądają podobnie. Nawet płeć trudno rozróżnić.

12 lip 2022

Biuletyn Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944. Nr 63, lipiec 2022

 

Z życia Stowarzyszenia

Co warto przeczytać

W niniejszym biuletynie przede wszystkim mamy przyjemność zaprosić na coroczne spotkanie Stowarzyszenia w Parku Dreszera. Jak co roku, 1 sierpnia nie tylko oddajemy hołd Powstańcom Warszawskim, ale także jest to dla nas okazja do spotkania w gronie członków i sympatyków SDP1944.

W Biuletynie, poza tym, również kolejne felietony naszych stałych publicystów - Andrzeja Targowskiego i Jerzego Bulika.

Opublikowaliśmy również kolejne wspomnienia - tym razem podzielili się nimi pani Małgorzata Todd i pan Stanisław Wicher.

Z kolej pani Małgorzata Todd udostępniła na naszych łamach kolejny odcinek swojej powieści.

Zapraszamy do lektury!

Baza naszych wspomnień

Wzbogaca się baza Naszych wspomnień - opublikowaliśmy dwa kolejne wpisy wspomnieniowe. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych  zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

Zaproszenie na spotkanie Stowarzyszenia

Drogie Dzieci Powstania 1944 i sympatycy SDP1944 


Uroczystości upamiętniające wybuch Powstania Warszawskiego 1 sierpnia  1944 w Parku Dreszera na Mokotowie  to dla nas  doroczna okazja do  spotkania kawiarence  Zielnik po oddaniu  hołdu  Powstańcom.
Zbiórka w kawiarni o godz. 11. 

Zarząd Stowarzyszenia Dzieci Powstania serdecznie zaprasza wszystkich do których dotrze ten mail na to spotkanie. Tradycyjnie rozpatrzymy sprawy formalne Stowarzyszenia.  Chętnych ze znajomością komputera zaprosimy do współpracy. Będziemy mieli okazję do wspomnień i przebywania wśród swoich.

Jednocześnie mamy zaszczyt powiadomić o spotkaniu 1 sierpnia o godz. 16:30 w Bibliotece Narodowej pod hasłem „Dzieci 44” (po naszym spotkaniu w Parku Dreszera), na które Dzieci Powstania są szczególnie gorąco zaproszone. Wśród organizatorów jest nasz Członek Honorowy Jerzy Mirecki – autor "Dzieci 44".


Widziane z krzesła Honorowego Prezesa profesora Andrzeja Targowskiego



MĄDROŚĆ WALKI NIE TKWI W JEJ ZWYCIĘSTWIE! CZYŻBY?

"U nas energia wyprzedza zawsze inteligencję – i co pokolenie jest rzeź. Jestem z narodu, w którym od lat blisko stu każda książka wychodzi za późno, a każdy czyn za wcześnie."

Cyprian Kamil Norwid



Klęska dla sprawy. W obu wojnach (Powstanie Warszawskie i Ukraina) mamy do czynienia z bohaterstwem i ogromnymi stratami wśród cywilów i infrastruktury miejskiej. Co można było uniknąć, jeśliby stosowano strategię minimalizowania strat w miejsce strategii maksymalizowania chwały. My dzieci Powstania 1944 znamy za b. dobrze wielkie straty jakie ponieśliśmy i inni Warszawiacy. Ci, którzy ich nie ponieśli manipulują słowami i dowodami. Np. w Biuletynie IPN nr.1-2/2022 Andrzej Chmielarz i Kazimierz Krajewski oceniają kompleksowo kwestię Armii Krajowej (AK) i jej kontynuację w zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość (WiN). Wychodząc z założenia, że „walka ta nie miała żadnych szans na sukces, nie powinna być traktowana jako argument o zasadniczym znaczeniu. Wartość walki tkwi nie w szansach zwycięstwa sprawy, w imię której się podjęło, ale w wielkości tej sprawy” (s.44).  

Mądrość płk J. Rzepeckiego. Komendant AK gen. Leopold Okulicki w dniu 19 stycznia 1945 r. rozwiązał Armię Krajową. W rozkazach skierowanych do dowódców okręgów jednak nakazywał zachowanie skadrowanych sztabów, magazynów broni i aparatu łączności. Planował zmienić jej masowy zakres na elitarny. Po jego aresztowaniu przez Sowietów 22 marca 1945 r. jego następcą został płk. Jan Rzepecki, który był zdecydowanym przeciwnikiem swego czasu mianowania gen. Bora-Komorowskiego na dowódcę AK z uwagi na jego kwalifikacje. Rzepecki był wykładowcą taktyki i tzw. sztabowcem w różnych sytuacjach, czyli teoretycznie i praktycznie znał się na wojnie. Dlatego po odzyskaniu niepodległości w 1945 r. był przeciwnikiem kontynuowania podziemnej walki zbrojnej z Sowietami, ponieważ chciał powstrzymać dalsze ponoszenie dużych strat. Natomiast zorganizował cywilną organizację Wolność i Niezawisłość (WiN), która miała realizować ruch oporu „bez wojny i dywersji”. Płk. Rzepecki był od grudnia 1940 r. szefem Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej ZWZ-AK, czyli znał się na sile słowa w walce z silniejszymi przeciwnikami. Wkrótce WiN został rozpoznany a liderzy aresztowani w tym sam Rzepecki. Warto przypomnieć, że w PRL metoda Rzepeckiego była jedynie praktykowana. Specjalistami w tym byli studenci „Po Prostu”, (PW 1956) i rdzenna inteligencja (tzw. „czarna reakcja”) a także prasa podziemna SOLIDARNOŚCI. Co w końcu doprowadziło do zwycięstwa w 1989 r.

„Żołnierze Wyklęci”. Cytowany Biuletyn IPN poświęca im prawie cały numer. Przeciwstawiając ich bohaterstwo rzekomo kunktatorskiej polityce płk. Rzepeckiego.  Celem ich była walka z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa, m.in. wojskiem, milicją i UB i osiągnięcie niezależności Polski od ZSRR. Organizowali zamachy na funkcjonariuszy milicji i służb bezpieczeństwa, a także wydawali i wykonywali wyroki śmierci na tajnych współpracowników i informatorów. Było ich ok. 5,000, żyli kosztem danin okolicznych wsi, nierzadko je rabując i niszcząc, na zasadach tzw. prawa wilka. Większość z nich zginęła i byli zmanipulowani przez swych dowódców. Jedyną ich nagrodą jest wspomniany Biuletyn IPN, który po 70+ latach chwali ich za patriotyzm i waleczność. Wspomnienie im się należy. Szkoda ich ofiary z młodego życia, zwłaszcza, że nie mieli żadnych szans na zwycięstwo po zakończeniu wojny.

Polacy jedyni w Europie. Cała kontynentalna Europa z wyjątkiem Polski i „połowy” Jugosławii kolaborowała z nazistowskimi Niemcami. Nawet ZSRR kolaborowało w pierwszych 15 miesiącach wojny (17 września 1939 -22 czerwca 1941). Partyzanci Tity przede wszystkim walczyli o władzę z proniemieckim Królem, ale walcząc przeciw Niemcom potrafili przejąć pomoc wojskową od Brytyjczyków, którym chodziło o związanie Niemców na południu Europy i opóźnienie ich ataku na Sowiety. Co dało Brytyjczykom czas na dozbrojenie się. Tymczasem w Polsce zostało utworzone podziemne państwo z blisko 400,000 zorganizowanych po domach „bezbronnych” żołnierzy ochotników, którzy wykoleili 732 pociągi, wysadzili 38 mostów, uszkodzili 28 samolotów, 930 lokomotyw, 19,058 wagonów, podpalili 443 pociągi oraz spalili 130 magazynów wojskowych. Wykonali 5773 zamachy na Niemców i volksdeuttschów. Przeprowadzili ponad 25 tyś. akcji sabotażowych, unieruchamiając czasowo produkcję w 7 fabrykach, uszkodzili 2872 maszyn oraz wykonali wadliwie dziesiątki tysięcy części w przemyśle zbrojeniowym (Op.cit. 14). Ten wielki zakres dywersji i sabotażu wobec Niemców spowodował nieludzki terror wobec cywilów a praktycznie wobec polskiego narodu, unikalny w Europie.  

Poniesione straty. Poniesione z tego tytułu straty przez wojsko podziemne wyniosły według niepełnych danych ponad 35 tyś. osób. Do tego dochodzą straty w PW 1944 18 tyś. zabitych powstańców i 25 tyś. rannych oraz 150 tyś. cywilów zabitych i ok. 210 tyś. rannych (Op. cit. 16).  Ale są do dane zadziwiająco niepełne. Ponieważ Niemcy w wyniku wymienionych działań przedpowstańczych zastosowali masowy terror wobec cywilnej ludności w postaci ulicznych rozstrzeliwań i obozów koncentracyjnych, w których zginęło 3 mln rdzennych Polaków. Sprawa zagłady Żydów wynikała z innego programu nazistowskiego. Warto przypomnieć, że w innych słowiańskich państwach jak Czechosłowacja czy Bułgaria albo Jugosławia nie było obozów koncentracyjnych typu zagłady. Były obozy pracy i przejściowe. Ponieważ nie było w nich podziemnych państw i rozwiniętych sabotaży. O sytuacji w Jugosławii wyjaśniono powyżej.

Bilans wojenny Europa poza Polską (i Sowietami) uchroniła swoją ludność przed masową śmiercią dzięki kolaboracji z Niemcami. Po wojnie owe państwa europejskie nie spotkała żadna kara, z wyjątkami premierów Norwegii i Francji (powieszonych, natomiast marszałek Petain został skazany na śmierć, ale ułaskawiony) oraz paru pro-gestapowskich nadgorliwców. Natomiast myśmy stracili 3 mln osób oraz zostawiliśmy pustą stolicę rządowi lubelskiemu. Jak się okazuje wg. współczesnych cytowanych historyków z IPN (urodzonych lata po wojnie) postąpiliśmy słusznie, ponieważ „wartość tych ofiar tkwi w wielkości sprawy”. Niestety cel nie był warty tych ogromnych ofiar. Okazuje się, że Polak nawet po szkodzie ciągle nie jest mądry! I nie chodzi tu by Polska kolaborowała z Niemcami jak Francja, Włochy, Rumunia, Bułgaria czy Węgry, albo Norwegia, ale o to by była powściągliwa wobec okupanta, np. jak były Czechy (celowo nie wymienia się tu Słowacji), czy Grecja, Belgia, Holandia lub Dania.

Kto winien? Dochodzenie do tego kto jest winny w/w stanu Polski czyżby jest nietaktownym? W PRL dochodzono, ale wnioski były tendencyjne. Może w 77 lat po wojnie pokuśmy się o wnioski. Dzieła zorganizowania wielkiego państwa podziemnego dokonał młody 44 l. generał Stefan „Grot” Rowecki. Był teoretykiem wojskowości, sztabowcem i wojskowym intelektualistą, autorem ponad 10 książek i dziesiątek artykułów. Nie opuścił Polski w 1939 r. z innymi generałami, został w Kraju i czuł się winny za przegranie wojny. Nastroje społeczne wobec kadry oficerskiej były niechętne (niektórzy ukrywali wręcz fakt, że są oficerami). Wojna obronna 1939 roku podważyła zaufanie społeczne wobec ich zdolności. Gen. Rowecki pisał w grudniu 1941 roku: "Szybkość przegranej we wrześniu 1939 roku była poważnym ciosem dla samopoczucia wszystkich żołnierzy. (...) wrzesień stał się przyczyną zarzutów, że wojsko nie potrafiło oprzeć się uderzeniu niemieckiemu, że dowódcy uciekli, a żołnierze nie chcieli się bić, że wojsko po prostu załamało się, rozprzęgło i właściwie bez walki uszło z pola. (...). W tej sytuacji ambitny gen. Rowecki chciał naprawić błędy wojskowe z „Września”. Z wielkim poświęceniem i młodą energią zorganizował ZWZ i AK oraz puścił je w dynamiczny ruch walki z okupantem, nie zważając na wymierne i niewymierne koszty. Przepłacając to swym życiem. Ponieważ był wojskowym robił to po wojskowemu. A że był obyty w dowództwie krajowym robił to na dużą skalę. Stąd i na dużą skalę spowodował straty. Natomiast historycy wykształceni na kulcie przegranych powstań rozpisują się historiograficznie i parafialnie bez kontekstu międzynarodowego. Natomiast historiozofię sprowadzają do „pokrzepiania serc”. Co ma ciągle wpływ na współczesnych polityków w III RP, którzy raczej chcą zwiększać konflikt z Rosją aniżeli szukać pokoju w wojnie przeciw Ukrainie.

Sytuacja zaczyna przypominać 1939 rok, kiedy byliśmy skonfliktowani ze wszystkimi sąsiadami. Wiemy czym to się skończyło. Co gorsze sąsiedzi nie znikną. Oczywiście sytuacja jest bardzo trudna i tym bardziej wymaga rozwagi dyplomatycznej. Nie możemy kusić skompromitowanego Przeciwnika do użycia broni chemicznej, biologicznej czy nawet atomowej, czym spowoduje III wojnę światową? Po której nie wiadomo kto będzie uczył historii i innych przedmiotów. Dlatego naszą narodową strategią powinna być minimalizacja strat a nie maksymalizacja emocji. Piszę w imieniu tych dzieci, którym zacietrzewieni bojownicy chcieli zagwarantować „lepszą” przyszłość. My znamy tego typu „przyszłość” z autopsji.  

Felieton dr Jerzego Bulika

Rozmyślania inspirowane wojną w Ukrainie

Są dwa rodzaje odwagi. Jedna, odwaga bez przymiotnika – śmiała, świadoma postawa wobec grożącego niebezpieczeństwa różnego rodzaju, np. takiego, które występuje na wojnie, albo w niektórych sportach (np. we wspinaczce) albo przy ratowaniu drugiego człowieka (np. tonącego albo znajdującego się w pożarze). Druga, odwaga cywilna - gotowość do różnego rodzaju działania, np. do podejmowania pewnych decyzji, do reprezentowania pewnej postawy albo poglądów, albo do wypowiadania pewnych opinii mimo tego, że dla nas samych może to spowodować przykre, negatywne konsekwencje.


Warunkiem absolutnie koniecznym, aby zaistniała odwaga jest zdawanie sobie sprawy z tego jakie mogą być skutki tego co (z)decydujemy się (z)robić. Jeżeli ktoś gotów jest nawet na coś bardzo ryzykownego nie mając w sobie obrazu potencjalnych rezultatów takiego postępowania, to nie jest to odwaga, lecz bezmyślność i brak wyobraźni. Odwaga występuje wtedy, kiedy wewnątrz nas zachodzi, nawet mało uświadamiany sobie proces podejmowania decyzji w rodzaju „ wiem, że grozi mi to tym i tym, ale mimo tego decyduję się jednak zrobić to czy tamto“.


Brak odwagi nazywany jest tchórzostwem i tak jak ta pierwsza oceniana jest pozytywnie tak to drugie jest piętnowane i potępiane. Aby zaistniało tchórzostwo, to podobnie jak przy jego antytezie musi występować perspektywa ewentualnych następstw naszego postępowania oraz mniej lub bardziej świadome rozważanie różnych „za i przeciw“ i podjęcie decyzji na tej podstawie.


Analiza sytuacji, „ważenie“ argumentów prowadzących do decyzji „tak” lub „nie” jest wspólne dla odwagi i tchórzostwa.  „Racje“ przemawiające za tym, żeby podjąć akt odwagi albo go nie podjąć (co oznacza wybranie tchórzostwa) są te same, ale mają wymiar subiektywny. Nie dają się ocenić ilościowo; to my sami przyporządkowujemy im jakąś „wagę“ i ta ma charakter indywidualny, jest wyłącznie nasza. W rezultacie te same argumenty „za i przeciw” mogą u jednej osoby przeważyć w kierunku podjęcia jakiegoś działania, co będzie uznane za odwagę, a u drugiej - do zaniechania takiego działania albo podjęcia innego, co będzie uznane za tchórzostwo.


To, że te same czynniki, w wyniku subiektywnego procesu ich oceny, mogą u kogoś jednego „wyprodukować” akt odwagi, a u kogoś drugiego – akt tchórzostwa oznacza, że jedna i druga decyzja nie jest wyłącznie wyrazem naszej świadomej woli, ale również naszej indywidualnej osobowości. A na nią składają się takie czynniki jak „temperament”, który dostajemy w naszych genach, wzorce postępowania wszczepione nam w procesie wychowania i kształcenia, przyjęte przez nas w naszych lekturach i uznane w tradycji, nasze doświadczenia życiowe, nasze poczucie więzi i obowiązku w stosunku do bliskich nam osób (rodziny, przyjaciół) itp. Wynika więc z tego, że nie jesteśmy wyłącznie sami odpowiedzialni ani za osobistą odwagę, ani za tchórzostwo, jakie wybieramy w danej chwili. Na nasze postępowanie składa się bowiem nie tylko wymieniona już wyżej świadoma wola, ale i to, z jakim bagażem albo wyposażeniem z przeszłości żyjemy i jak ukształtowaliśmy się jako ludzie („jakimi staliśmy się” …), a to jest rezultatem złożonego procesu, który zawsze jest od nas w pewnym stopniu niezależny.   


W konkluzji: na akt odwagi i na akt tchórzostwa składa się także nasza przeszłość, na którą w jakiejś mierze nie mieliśmy wpływu.

Odszedł od nas...

Tadeusz Kaczmarek

W maju 2022 r. niespodziewanie odszedł od nas Tadeusz Kaczmarek. Dziecko Powstania z Woli. Zasłużony dla naszego Stowarzyszenia i Stowarzyszenia Dzieci Wojny. Wspaniały, ciepły, uczynny i energiczny człowiek.


Tadeusz Kaczmarek na zebraniu SDP1944, 1 sierpnia 2021 (pierwszy z lewej)

Dzięki śp. Tadeuszowi otworzyła się nam możliwość wyjazdów na wczasy i do sanatoriów. Jego niespożyta energia skupiła zwartą grupę ponad 50 Dzieci Wojny, która zgodnie podróżuje, korzystając z wynajdywanych przez Tadeusza i Jego żonę Iwonę niedrogich ośrodków wczasowych. Tadeusz czynił wiele, aby maksymalnie zintegrować członków obu stowarzyszeń ku obopólnej korzyści.

Tadeusz zachęcał do wstępowania do SDP1944 napotkane przez siebie Dzieci Powstania. Dzięki Niemu kilkoro Dzieci Powstania wzbogaciło nasz stan liczbowy. 

W 2021 roku Tadeusz został wybrany do komisji rewizyjnej SDP1944. Razem z Tadeuszem poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy się z wolontariuszami "Paczki dla Bohatera".

Jego pożegnanie w kościele żbikowskim zgromadziło  pełen kościół Jego kolegów i współpracowników z fabryki Ursusa. Koledzy ze Stowarzyszenia Dzieci Wojny pełnili wieloosobową wartę honorową.

Pamięć o Nim będzie nam zawsze dodawała energii do działania! 

5 cze 2022

Wspomnienia pani Małgorzaty Todd

Dla nas powstanie zaczęło się od wycia syren, zapo­wiadającego bombardowania. Byliśmy przygotowani na taką okoliczność. Należało jak najprędzej zejść do schronu. Po odwołaniu alarmu wracaliśmy do mieszka­nia, które stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Szy­by, mimo zabezpieczeń, powypadały po pierwszych bombardowaniach pobliskich domów. Nie było czym ich zasłonić, ale na szczęście letnia pora nie wymagała za­bezpieczeń przed zimnem. Dalsze nocowanie w sypialni stało się jednak zbyt niebezpieczne. Miałam posłanie w alkowie na kufrze. Pomieszczenie bez okna było bez­pieczniejsze. Po zburzeniu przyległej kamienicy alkowa nie przylegała już do żadnego budynku i można by zro­bić w niej okno, zyskując nowy pokój. Ot, zawsze robi się jakieś plany na przyszłość, nawet w czasach tak niepew­nych, jak wojna. Na razie trzeba było ją jakoś przecze­kać. W chwilach względnego spokoju rodzice usiłowali robić zakupy. Po mleko chodziło się do tego pobliskiego parterowego budynku z niskimi oknami. Żywej krowy nigdy w tym obejściu nie widziałam. Mleko jakimś cu­dem tam dostarczano nawet podczas powstania. 

O zabawach na podwórku musiałam zapomnieć.  Zmasowane niemieckie ataki nie ustawały i chociaż bomby nie trafiały jeszcze w nasz dom, to jednak na odłamki narażony był każdy i prawie wszędzie. 

Mama swoim zwyczajem, każdą wolną chwilę spę­dzała z książką siedząc w ulubionej pozycji na jednej podwiniętej nodze. Ta nietypowa pozycja ocaliła jej ży­cie. Przez okno, pozbawione już szyb, wpadł ułamek z jednej z kolejnych eksplozji, przeszył udo jednej nogi i utkwił w drugiej. Gdyby siedziała, jak każdy, ułamek trafiłby w brzuch, a taka rana musiałaby być śmiertel­na. Udało się wezwać lekarza, który wyjął odłamek i opatrzył rany. Teraz każdy alarm oznaczał dodatkowy wysiłek zejścia z piątego piętra do piwnicy.

To był zaledwie początek Powstania. Naloty nasilały się i wreszcie przyszedł ten nieuchronny moment, gdy na kamienicę numer pięć niemieckim pilotom udało się zrzucić bomby zapalające i burzące jednocześnie. Z na­szego mieszkania, ani całego piętra nic nie zostało, o czym nawet nie wiedzieliśmy ukryci w schronie.

Kiedy alarm odwołano wyszliśmy ze schronu, a na­szym oczom ukazał się niezwykły widok. Byliśmy uwię­zieni w płonącej „studni”. Kamienica, budowana w kształcie studni, zrujnowana była doszczętnie. Sterczały tylko kikuty ścian, a to, co się znajdowało między nimi, nadal płonęło. Płomienie w każdej chwili mogły dotrzeć do ludzi zgromadzonych na gruzowisku, a resztki ścian zawalić się do środka. Ze wszystkich stron otoczeni byli­śmy płomieniami i walącymi się ścianami, a jedyne wyj­ście zostało zablokowane gruzem, uniemożliwiającym wydostanie się na ulicę. Brama wyjściowa z budynku  została całkowicie zasypana gruzem.

Przerażeni ludzie łatwo wpadają w panikę, na szczę­ście ktoś przytomnie zarządził próbę odgruzowania wyj­ścia. Kto żyw, brał się do roboty i po pewnym czasie po­wstała szczelina, przez którą pojedyncze osoby mogły się przecisnąć.

Wszyscy troje ruszyliśmy w ślad za innymi, czyli do parterowego budynku, po przeciwnej stronie ulicy. Był to ten budynek, na zapleczu kościoła, w oknie którego oglądałam pudełko po kakao. Tu też chodziło się z bańką po mleko. W każdym razie, to właśnie u sióstr zakon­nych spędziliśmy ostatnie dni Powstania. Niemieckie bombowce usiłowały zburzyć ten parterowy budynek, ale kikuty wypalonych kamienic nie pozwalały samolo­tom zniżyć się wystarczająco i bomby, dla nas przezna­czone, nie trafiały w cel.

Wreszcie odgłosy eksplozji ucichły i pojawili się nie­mieccy żołnierze. Wyprowadzili nas pod eskortą jakby­śmy mogli stanowić jeszcze jakieś zagrożenie. Ruszyli­śmy w nieznane. Wieść niosła, że Powstanie upadło, ale niszczenie Warszawy trwało nadal. Samoloty zrzucały bomby, gdzieś dalej, co było wyraźnie widać w jasny wrześniowy dzień. Zagnano nas na Wolę. Jaki przewi­dzieli los dla nas? Tego nikt nie wiedział. 

„Zakwaterowano” nas w kościele św. Wojciecha. Noc trzeba było spędzić na gołej posadzce. Mama rozłożyła mi swoje futro z łapek karakułowych, które od początku powstania było spakowane do walizki, a wtedy posłuży­ło mi za materac. Prócz tego futra ocalała tylko hafto­wana huculska bluzka kupiona przez mamę przed wojną w Zaleszczykach. Mam ją do dziś. 

Następny nocleg, jaki zapamiętałam, był w wielkiej hali w Pruszkowie. Tu nas rozdzielono. Tatę zabrano do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, a ranną mamę z małym dzieckiem, czyli mną, puszczono wolno.

Wolność w tym wypadku oznaczała bezdomność. Ro­dzeństwo mamy mieszkało na wschodzie i jasnym było, że zarówno siostra z dziećmi, jak i brat z rodziną zostali wywiezieni na Syberię. 

3 kwi 2022

Zdarzenie i zmyślenia - Rozdział 2 - Pamiętnik znaleziony w...

Klara jeszcze raz przyj­rzała się starej fotografii, za­nim umieściła ją na powrót w pudełku, z którego wyjęła ze­szyt z pożółkłymi kartkami z zamiarem zagłębienia się w lekturę, ale spojrzała na zega­rek i stwierdziła, że najpierw trzeba zaparzyć herbatę. 


Kiedy wszystko było go­towe, sięgnęła znowu po ze­szyt, ale najwyraźniej nie było jej dane oddać się lekturze, bo sygnał dzwonka zmusił ją do wyjścia do przedpokoju.

– Przepraszam, że jestem za wcześnie – zaczęła Renata.

– Nic nie szkodzi, mnie też zdarza się częściej być za wcześnie, niż się spóźniać – odparła Klara zapraszając go­ścia gestem, by zajął miejsce przy stole.

– Moja synowa zrobiła niemałe zamieszanie odbie­rając telefon nie dla niej przeznaczony.

– Cieszę się, że pani jest wstępnie zainteresowana wydaniem książki. Można? – spytała biorąc dzbanek z herbatą do ręki.

– Tak – odparła Regina.

Klara nie była pewna, czego owo potwierdzenie do­tyczy, książki, czy herbaty. Napełniła jednak obie filiżanki i powiedziała, wskazując duże tekturowe pudło.

– Tu są zdjęcia i pamiętnik, o którym wspomniałam.

– „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”?

– Raczej w pawlaczu – uśmiechnęła się Klara. Wyję­ła leżącą na wierzchu fotografię. To jest Piotrowska z domu Jasińska z mężem.

– Zdaje mi się, że właśnie na rodzinę Jasińskich tra­fiła moja synowa przeglądając stare dokumenty, stąd to jej zainteresowanie. Lepiej żeby pani wiedziała, że ona pracuje na zlecenie jakichś domniemanych spadkobier­ców i próbuje zawczasu wyeliminować ewentualne kłopo­ty ze strony prawdziwych spadkobierców, gdyby się tacy znaleźli.

– Rozumiem. Mnie interesuje wydanie książki. Czy chciałaby pani zabrać te materiały?

– Wolę nie brać odpowiedzialności za cenne pamiąt­ki. Będę do pani wpadała i razem wybierzemy to, co nada­je się do druku. Możemy zacząć od razu.

– W takim razie na początek może to – Klara sięgnę­ła po zeszyt w kratkę zapisany drobnym pismem i zaczęła czytać.

Michał Szczurek zdecydował się opuścić rodzinne strony po tym, jak Rosjanie, po Powstaniu Styczniowym pozbawili go ojcowizny. Ruszył w nieznaną podróż na zachód, gdzie oczy poniosą. Praktycznie przeniósł się spod zaboru rosyjskiego pod austriacki, a konkretnie do wsi Pawęzów w powiecie Tarnowskim. Tu okazało się, że mieszka rodzina o takim samym nazwisku. Nigdy nie udało się ustalić, czy mieli wspólnych przodków. Michał ożenił się i założył rodzinę. Żona wniosła w posagu tyle ziemi, ile mogli sami uprawiać i wyżywić rodzinę skła­dającą się z małżonków i trojga dzieci. Najstarsza była Maria, a Michał i Józef znacznie od niej młodsi. 

Wiejskie życie podporządkowane było porom roku i ciężkiej pracy, ale miało też swoje uciechy. Michał, zwany Rusinkiem z racji wschodniego pochodzenia, cie­szył się uznaniem współmieszkańców, którzy powierzyli mu stanowisko sołtysa. W ich chacie odbywały się ze­brania starszyzny, na których zapadały decyzje o wspólnych poczynaniach. Te spotkania zapamiętał naj­młodszy Józef, którego obrady nie interesowały, ale przyglądał się ich uczestnikom. Dużo palono, a jeden z obradujących rzucał niedopałki na podłogę i je rozdep­tywał, nie używał popielniczki. Później Maria musiała podłogę szorować, zamiast czytać młodszym braciom opowiastki. Może ten właśnie brak czasu starszych był zachętą, żeby jak najprędzej pójść do szkoły i nauczyć się czytać?

Najbliższa szkoła powszechna mieściła się w Lisiej Górze, wsi oddalonej o pięć kilometrów, które to kilome­try dzieci codziennie pokonywać musiały pieszo. Wę­drówki do i ze szkoły dostarczały też dodatkowych wra­żeń. Można było po drodze znaleźć jakieś leśne owoce, grzyby, albo… pietruszkę? Odkrycia bywają bardzo nie­bezpieczne. Nikt Józefa nie ostrzegł, żeby nie zbliżał się do rośliny o nazwie – szalej, która z wyglądu przypomi­na pietruszkę. Zatrucie na szczęście nie było śmiertelne. To doświadczenie pokazało mu czym może być narkotyk i nie były to wrażenia, które chciałby kiedykolwiek po­wtórzyć.

Rytm życia na wsi dyktuje przyroda. Jesień bywa złota i obfituje w dobra wszelakie dzięki obfitym plo­nom. Droga do szkoły, to raczej miły spacer, niż znój. W zimie z tą drogą bywało gorzej, zwłaszcza jeśli nie miało się dobrych butów. Długie zimowe wieczory Józef spę­dzał przy lampie naftowej, odrabiając lekcje, a po obo­wiązkach następowała przyjemność czytania „Trylogii” Sienkiewicza. Wiosna to czas intensywnej pracy dla wszystkich, nawet dzieci. Z pierwszym pojawieniem się zielonej trawy na łące, wypasało się na niej krowy i był to obowiązek najmłodszego członka rodziny.

Sielanka nie trwa wiecznie. Zdarzył się taki feralny dzień, w którym Józef po przyjściu ze szkoły zamiast domu zastał dopalające się zgliszcza. Kronika rodzinna nie informuje co było przyczyną pożaru, najważniejsze że musieli sobie z tym poradzić, przeprowadzając się do stajni. Wspólne zamieszkanie pod jednym dachem z koń­mi trwało aż do odbudowy domu.

Najmłodszy potomek okazał się zdolny i chętny do dalszej nauki, posłano go więc do gimnazjum w Tarno­wie. Nie wiem czy nauka była płatna, ale za stancję trze­ba by zapłacić, gdyby nie dobry zbieg okoliczności. Wu­jek Józefa mieszkał w mieście i przygarnął siostrzeńca. Wówczas zapewne całkiem bezinteresownie.

– Później kazał sobie zapłacić? – zapytała Regina.

– Nie wprost. Zaciągnął kredyt, który siostrzeniec podżyrował i jako żyrant spłacał go przez wiele lat.

– Jeszcze jedno. Trochę gubię się w tych koligacjach.

– Nie pani jedna. Podziwiam ludzi zajmujących się genealogią. Z moich pobieżnych wyliczeń wynika, że czte­rysta lat temu każdy z nas musiał mieć po około dwóch milionów przodków.

– Rzeczywiście, jest w czym wybierać.

27 mar 2022

Wspomnienia - Stanisław Wicher

Wspomnienia - Stanisław Wicher

Z panem Stanisławem Wicher rozmawiała pani Marta Adamus.


Na początku II wojny światowej jako mały chłopiec został pan tylko z mamą i siostrą. Jak to się stało?

Ja mam 82 lata. Na początku powstania miałem 14. Mój ojciec w 1939 roku poszedł walczyć na front. Dostał się do niewoli, był 6 lat koło Królewca. Wrócił po wojnie, w 19 45 roku. Pierwszy rok okupacji, byłem młodym chłopakiem. A moja matka… Została sama – bez wykształcenia, bez zawodu, z dwojgiem małych dzieci. Ja miałem 9 lat, kiedy wojna wybuchła, moja siostra miała półtora roku. Zostaliśmy bez środków do życia, Bez niczego. Mama musiała handlować chlebem, żeby na ten chleb w ogóle było.


Jak wyglądało wtedy wasze życie? 

Przed wojną jeszcze chodziłem do szkoły. Przed wojną zrobiłem 2 klasy szkoły podstawowej, ale tę szkołę Niemcy zajęli na koszary i wynieśli nas do innego budynku, na Aleję Wojska Polskiego.

Chodziłem do szkoły cały czas, za okupacji skończyłem szkołę podstawową. Oprócz tego musiałem opiekować się siostrą, bo matka pracowała, handlowała chlebem. Co świt wstawała, szła do piekarni po chleb, a potem torbę dźwigała na bazar na Halę Mirowską albo na Kercelak i tam sprzedawała. Ja musiałem wiedzieć, kiedy wstać. Musiałem wiedzieć, co zrobić do jedzenia dla siebie, dla siostry. Nakarmić ją i zaprowadzić do świetlicy. Później do szkoły. A po lekcjach musiałem przyjść do domu, pójść do piekarni, wziąć znów torby i zawieźć je do matki. Miałem wtedy jedenaście, dwanaście lat. Wracałem razem z matką. Chciałem jeść, to zjadło się kawałek chleba z czymś tam.

Przed wojną związek Powstańców Śląskich pomógł ojcu dostać pracę. Dostał się na tramwaje, do pogotowia sieci tramwajowej. Tam pracował aż do wybuchu wojny. ale jak się dostał do niewoli, to ta rodzina tramwajarska pomagała kobietom, których mężowie byli w niewoli. Prowadzili własną stołówkę. Gdy mój ojciec był w niewoli, a przed wojną był tramwajarzem, to ja mogłem pójść z bańką a oni na te dawali mi zupy i to było bardzo dużo.


Co jeszcze robił pan w tym okresie?

Nie miałem przy sobie ojca, nie miałem żadnych wskazówek, ale czułem, że coś trzeba robić. W czterdziestym trzecim roku u nas w szkole zakładano drużynę harcerską. Oczywiście była to najmłodsza grupa – Zawiszaki – od 13 do 15 lat. i tam, oczywiście ja musiałem być! Moja działalność harcerska była taka przedszkolna, bo starsi nie chcieli nas specjalnie angażować. Założenie było takie, że ta najmłodsza grupa harcerzy nie jest do walki. Mieliśmy przetrwać, mieli nas przygotować do tego, żebyśmy po wojnie mogli zająć różne stanowiska. Dlatego nas nie dali do oddziału, nie braliśmy udziału w Powstaniu Warszawskim.  Były oczywiście zbiórki, szkolenia. Czasem ktoś dostał jakieś polecenie. Oczywiście składaliśmy przysięgę, przyrzeczenie. Każdy miał swój pseudonim. Ja miałem Andrzej.


Dlaczego Andrzej? 

Bo podczas okupacji byłem ministrantem w kościele Świętego Józefata za cmentarzem powązkowskim – wojskowym. Za okupacji miałem też pierwszą komunię i bierzmowanie, gdzie wybrałem imię Andrzej.


Dlaczego tak bardzo chciał pan być harcerzem?

Jestem warszawiakiem od pokoleń. Ojciec urodził się w Warszawie, Dziadek urodził się w Warszawie, moi synowie też urodzili się w Warszawie i wnuczek. Kolejne pokolenia… Co ważne, moja rodzina to taka zwariowana rodzina pod względem patriotycznym. Jednak nikt z rodziny nigdy nie przywiązywał wagi do dokumentowania tego, co robią. Wszyscy uważają i uważali, że to po prostu nasz obowiązek.

Mamy informacje, że mój pradziadek brał udział w Powstaniu Styczniowym, a dziadek mój w 1905 roku tak naraził się carowi, że cała rodzina znalazła się na Syberii. W 1917 roku udało im się wrócić do Warszawy. a w 1920 roku, gdy mój ojciec miał 16 lat, nikt nie mógł go zatrzymać. Pognał przeciwko bolszewikom! Pod Mińskiem został ranny, więc przywieziono go z powrotem do Warszawy. W 1921 roku dowiedział się, że na Śląsku jest powstanie. On nie był ze Śląska, ale ochotnicy z Warszawy mogli pojechać , jeśli mieli 18 lat. Ojciec miał tylko 17, ale nie zrezygnował. Przerobił sobie dokumenty i pojechał na powstanie, walczył. To są właśnie moje korzenie rodzinne. 

Jest jeszcze jedna rzecz ważna związana z naszą rodziną. W latach 30 był kryzys, a w kryzysie było ciężko. Ojciec nie miał pracy, był rzemieślnikiem. Właściwie to terminował na rzemieślnika, na ślusarza. Ale roboty nie było, matka nie miała żadnego wykształcenia, takie to były czasy, więc ratowali się, jak mogli i zaczęli robić bambosze. Z bamboszami matka chodziła na Kercelak, - Plac Kercelego, jak kończy ulica Okopowa. I tam się sprzedawało.  Zimą ojciec wychodził, gdy jeszcze było ciemno i patrzył, czy śnieg nie pada. Jak padał, to szybko się ubierał i pędził do magistratu, bo tam zatrudniali do odśnieżania.

 A koledzy taty mówili:

Słuchaj, po co ty tak się marnujesz? Przecież byłeś w Powstaniu (mieli na myśli Powstanie Śląskie).

  • No to co, że byłem?
  • Przecież jest Związek Powstańców. Idź do nich, porozmawiaj.
  • A tam, nie mam dokumentów, mnie to nie interesuje.

Ale go wreszcie namówili. Napisał do archiwum wojskowego w 1936 czy 1937 roku, a przecież powstanie było w 1921. Po tylu latach… ale w archiwum wojskowym od razu znaleźli informację, Ojciec dostał zaświadczenie, że brał udział w Powstaniu. wtedy się zgłosił do Związku Powstańców Śląskich. Ojciec nie przywiązywał wagi do zaświadczeń i zasług. On w ogóle nie chciał sobie głowy tym zawracać. Tak samo jak mój pradziadek. Był w powstaniu, to był, uważał, że to jego obowiązek. Taka rodzina zwariowana.


Czy pamięta pan jakieś szczególne wydarzenie z okresu okupacji?

Tak pamiętam. Pewnego dnia idę do szkoły, a jeden z kolegów mówi:

  • O, nie ma tego Zenka. Spóźni się dzisiaj. A może w ogóle nie przyjdzie.
  • Dlaczego?
  • A w ogóle to nie wiadomo, czy na cmentarzu nie wyląduje.
  • A co się stało?
  • Gestapo zabrało całą rodzinę.
  • A za co ich zabrali?
  • Podobno jego ojciec był jakimś powstańcem.
  • No, mnie to nie interesuje.

Oczywiście udawałem, że mnie to nie interesuje. Takie tematy nie były w ogóle poruszane. To było niebezpieczne. ale szybko sobie coś uświadomiłem.

Idziemy dalej do szkoły. Przeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów. Mówię:

  • Wiesz co? Ja nie mam odrobionych lekcji, Nie pójdę dzisiaj do szkoły, idę na wagary.
  • To cześć.

Skręciłem w najbliższą uliczkę. Jak byłem pewien, że kolega już mnie nie widzi, wtedy pobiegłem do domu. Myśmy nie przywiązywali wagi do niczego. Mieliśmy szafę, w której były szufladki. a w jednej z nich były oznaczenia ojca, legitymację - między guzikami, tasiemkami. Ja to sobie przypomniałem wtedy, gdy kolega mi opowiadał o Zenku i jego rodzinie. Wróciłem do domu i odszukałem wszystko, co było związane z ojcem.

Gdy ojciec dostał się na tramwaje, byliśmy bogaci.., hoho. Czuliśmy się strasznie bogaci, bo tata zarabiał i matka mogła sobie kupić maszynę do szycia. Ta maszyna do szycia miała w wyposażeniu metalowe pudełeczko z częściami. Do tego pudełeczka poskładałem wszystkie odznaczenia, książeczki, zaświadczenia, legitymacje.

Zawinąłem w szmaty. Był tam jeszcze jakiś smar, nie wiem skąd się wziął. Oblepiłem nim to zawiniątko.

W komórce na podwórzu trzymało się opał. Pieniek do rąbania odsunąłem, dół wykąpałem, Wszystko schowałem, Zakopałem, ubiłem, pieniek postawiłem i narąbałem drzewa. Koniec roboty.

Minęło dwa dni. Gestapo podjechało w niedzielę z samego rana, po cywilnemu. Gestapowcy pytają:

  • Gdzie ojciec?
  • W niewoli - matka pokazuje listy.

Nic nie powiedzieli, tylko zrobili rewizję. Należy wiedzieć, że rodziny Powstańców likwidowali całe. Mieli szczęście, jeśli się znaleźli w obozach koncentracyjnych - ale przeważnie zabijano wszystkich.

Rewizję zrobili straszną, wyrzucili wszystko. Matka sobie przypomniała, że w szufladzie coś jest. Ja jej nie powiedziałem, co zrobiłem. Spojrzałem na nią, jak wyciągali tę szufladę - matka zbladła. Pomyślałem: straci przytomność, czy nie? Gestapowiec wysypał wszystko z szuflad na ziemię i tam nie było nic podejrzanego. Matka zdziwiona, zaskoczona. Ale coś wyleciało, chciałem się schylić, wtedy jeden z Niemców mnie kopnął. Trzy tygodnie nie mogłem oddychać! Nie wiem, może połamał mi żebra, może nie. W każdym razie dopiero po trzech tygodniach ból mi przeszedł. Bo się po coś schyliłem!

Wyrzucili wszystko, wszystko. Ale nic nie znaleźli. Skąd w ogóle wiedzieli coś o ojcu? Widocznie przycisnęli jakiegoś Powstańca i on coś powiedział, ale Niemcy chcieli sprawdzić te informacje. Jednak nic nie znaleźli.

My tu jeszcze przyjedziemy - powiedzieli łamaną polszczyzną.

Ale już nie przyszli. Przyszli dopiero podczas powstania palić wszystko. Dali nam tylko 15 minut na zabranie rzeczy. Potem i tak wszystko spłonęło.


Jak wspomina pan początek Powstania Warszawskiego?

Mieszkałem wtedy na Żoliborzu, przy ulicy Pionierskiej. Nie wiem, czy ona dalej istnieje; było to przy cmentarzu wojskowym. Osiedle było drewniane, dla najbiedniejszych. miało swoją nazwę: Miasteczko Powązki. Ponieważ było drewniane, wszystko to pod koniec Powstania Niemcy spalili.

Samo powstanie spotkało mnie pod Halą Mirowską. Pojechałem tam z matką. Nas, Zawiszaków, nie poinformowano o Powstaniu.. Wszystkie oddziały wiedziały, że jest powstanie, godzina W, a my nie. Traktowali nas trochę ulgowo. bo chłopak jedenaście, czternaście lat może jeszcze poczekać. Później, podczas powstania to nas używali do przenoszenia amunicji, do przenoszenia informacji, meldunków, poczty.

Jak tak matkę i mnie zastało Powstanie, to trzeba było iść do domu. Siostra pod opieką sąsiadki, małe dziecko, miała 5 lat. Ale jak się teraz dostać do domu? Przecież Powstanie, wszędzie walki, nie można było wydostać się spod Hali Mirowskiej. Z budynku Gestapo ostrzał był straszny, nie można było przeskoczyć przez ulicę. Doszliśmy do Ogrodowej. Piwnicami można było przejść, bo były poprzebijane, ale jak przedostać się przez ulicę? Na ulicy leżało już kilka trupów. No, nie udało im się. Poczekaliśmy, aż zaczęło się lekko rozwidniać i udało się nam przeskoczyć.

Poszliśmy na plac Kercelego, bazar był zlikwidowanych, jeszcze trochę bud było, ale kogo się spytać? Był tam młody chłopak, może miał dziewiętnaście, dwadzieścia lat. Na berecie miał gwiazdkę, to znaczy, że miał jakieś przeszkolenie oficerskie. Pytam go:

  • Jak dostać się na Żoliborz?
  • Nie wiem – mówi – ale prawdopodobnie innej drogi nie ma, tylko przez cmentarze.
  • Jak to?
  • No, przez cmentarz żydowski, z żydowskiego na powązkowski, a potem to już trzeba dalej iść.

Tak zrobiliśmy. Dostaliśmy się na cmentarz żydowski. Tam tylna część cmentarza zarośnięta. Jak przywozili nieboszczyków, to o nic nie dbali, wyrzucali ciała do dołów. Te dni były deszczowe, sierpień, ale dużo deszczu. Było ciepło, ale mokro. Szliśmy z matką po cmentarzu, ale trzeba było uważać, żeby się nie poślizgnąć i nie wpaść do dołu.

Ja idę pierwszy, matka za mną. I nagle słyszę:

  • Halt! – po niemiecku!

Pomyślałem: "to już koniec ". I nagle słyszę po polsku:

  • Uważaj, uważaj! Do dołu wpadniesz! 

Wtedy oprzytomniałem. rzeczywiście, prosto na ten dół szedłem. ale ominąłem go. Potem okazało się, że to ostrzegł nas tramwajarz. Tam byli powstańcy, tylko okryci kocami, bo było bardzo wcześnie. Powiedzieliśmy im, gdzie chcemy iść, Oni robili ostrzał terenu getta, bo tam w pierwszym dniu powstania schowali się Niemcy. Powstańcy wytłumaczyli nam jak iść, jeden z nich nawet podprowadził nas kawałek.

W murze była dziura przebita z cmentarza żydowskiego na cmentarz powązkowski. Tak dostaliśmy się na cmentarz powązkowski i idziemy, idziemy, idziemy. Wreszcie doszliśmy do ulicy. Co to? Koniec cmentarza? Nie zaryzykowaliśmy tego dnia wyjścia z cmentarza. Zostaliśmy tam całą noc. Rano doszliśmy do ulicy Powązkowskiej, do bramy, a brama była zamknięta. Chcemy wyjść z cmentarza, a brama zamknięta. Co robić? Po tylu przeżyciach, po tym wszystkim…

Wtedy zobaczyłem furię mojej matki. Nie wiedziała, co ma zrobić. Ja wszedłem po krzyżu na mur. Może bym przeskoczył, ale matka by nie przeskoczyła, Byłem tego świadomy. Wokół. cisza, spokój, żadnego strzału, nic. I nikogo nie ma. To mnie zastanowiło. Taka cisza. fajnie! No, ale brama zamknięta, matka zaczęła walić tę bramę, szumu narobiła! Nie wytrzymała nerwowo, w domu małe dziecko, - nie może się wydostać… No i tak waliła dłuższy czas bez przerwy, ja już nic nie mówiłem, nie powstrzymywałem jej. Miałem tylko 14 lat. 

Po jakimś czasie z budynku naprzeciwko wyszedł dozorca. ale w eskorcie dwóch ss-manów. Pistolety trzymali gotowe i pilnowali, czujnie podchodzili do bramy. nie wiedzieli, co się dzieje. Kazali dozorcy otworzyć. Otworzył, myśmy wyszli. Matka mówiła, że chce do domu. popatrzyli się, uśmiechnęli i powiedzieli:

  • Idźcie, Idźcie.

Ale radość nie trwała długo. Poszliśmy, oczywiście chusteczka biała nad głową. Na wiadukcie leżało pełno trupów. Trzeba było iść i je omijać. Przed wojną zaraz za wiaduktem były magazyny wojskowe. Po lewej i po prawej stronie, koło cmentarza wojskowego. Te magazyny, oczywiście były zajęte przez Niemców. Na ulicy Powązkowskiej zaraz za wiaduktem Niemcy ustawili z każdej strony wieże wartownicze. Na wieżach było po kilku żołnierzy. Doszliśmy do wieży, a oni:

  • Z powrotem!
  • Gdzie? Dokąd? 
  • Z powrotem!

Trudna sytuacja. wtedy uświadomiłem sobie coś. zastanawiam się, jak to do mnie dotarło, że jak mijaliśmy tych nieboszczyków na wiadukcie, to wszyscy mieli głowy w kierunku Śródmieścia. czyli jakby strzały dostali z tyłu. To znaczyło, że Niemcy sobie zabawę zrobili. Wtedy zrozumiałem, że coś trzeba zrobić. Z boku była ulica Duchnicka. Skojarzyłem to szybko i pociągnąłem matkę. Ta wieża stała tak, że Niemiec musiałby się wychylić, żeby strzelić na Duchnicką. Skuliłem się się i Duchnicką pobiegliśmy w dół.

Doszliśmy jakoś do ulicy Przasnyskiej. Wtedy miała ona jedną stronę, przed wojną był tam Instytut Chemii, a z drugiej strony było gołe pole. Przed wojną był tam las liściasty. W tym lesie stał polski pułk – radiopułk. Radio było nowością. Przed wojną tam chodziłem nawet na półkolonie, bo matka była tam pomocą w kuchni. Później, jak już Wojska Polskiego nie było, Niemcy zajęli Instytut Chemii - były to oddziały SS, którym las przeszkadzał, bo lasem można było podejść blisko. Dlatego pozwolili ludziom wyciąć las na opał. Nie było innego opału, więc las został wycięty cały, z korzeniami. Trawka już wyrosła.

Jak szliśmy tą Przasnyską, to z jednej strony było pole, a z drugiej budynek. Za Instytutem trochę dalej, kiedyś było Osiedle. Teraz go już tam nie ma! Teraz są tam bloki mieszkalne. Wtedy było tam Osiedle Wojskowe. Nazywało się Kolonia Kościuszkowska. To były wille. Wszystkie domki były białe, czerwone dachówki, ładne ogródki. Nazywaliśmy je - "białe domki". Przed wojną mieszkały tam rodzinę oficerów.

W czasie wojny Niemcy mieli dobry ostrzał z wież obserwacyjnych Instytutu Chemii. I myśmy tak szli, szli w napięciu, żeby dojść do tego osiedla. Ale widzimy, że przed osiedlem leży pełno trupów. To mnie znów zastanowiło. Jak już doszedłem do jednego z ciał, to na jego zegarku zobaczyłem godzinę. Nie interesował mnie zegarek, chociaż to wtedy była wielka rzecz. W tym momencie odezwał się karabin maszynowy. Z wieży. Zaczęło kosić trawę koło nas! Więc krzyknąłem do matki:

  • Padnij!

Padła. Chciała coś powiedzieć…

  • Leż, Nie ruszaj się!

I tak musieliśmy leżeć aż do zmroku; na mokrej trawie, nie czuło się już ramion. Każdy ruch powodował nowy obstrzał. a gdy się nie ruszaliśmy, to uważali, że już nie trzeba do nas strzelać, skoro nie żyjemy.

Gdy zrobiło się już ciemno, to cicho, cichuteńko wymknęliśmy się i doszliśmy do domu. Po 3 dniach wędrówki. 


Co jeszcze działo się w czasie Powstania?

 Przez Piaski był szlak przerzutu Puszcza Kampinoska – Żoliborz. Tędy właśnie przechodzili powstańcy, gdy przez Marymoncką już nie można było przechodzić, bo Niemcy się przygotowali do walki. Więc powstańcy przechodzili tamtędy; przez nasz teren przechodzili. Ich łącznik, który miał kontakt z matką, wskazał dowództwu nasze mieszkanie. To na Pionierskiej. I dowódcy, szczególnie w nocy albo wieczorem, robili u nas narady, odprawy. Musieliśmy wychodzić wtedy z mieszkania, obserwować, czy coś się nie dzieje, czy ktoś się nie zbliża, może nawet jakiś cywil, na takich też trzeba było uważać.

Jeszcze ja chciałem się wyrwać stamtąd. Dlatego podszedłem po cichu do kapitana Szymona, który tam miał naradę :

  • Panie Kapitanie, jak będziecie odchodzić, weźcie mnie z sobą na centralny Żoliborz. Bo tam walki były.
  • Dlaczego?
  •  Bo tutaj ja się marnuje, niszczę się.

A on mówi:

  • Ty to jesteś bardziej potrzebny, jak kto inny. Ty znasz cały rejon. gdzie co przejść, jak przejść z podwórka na podwórko, z ulicy na ulicę, którędy przez śmietnik, którą deskę odchylić, która na jednym gwoździu w parkanie siedzi. Ty znasz to wszystko i ty przecież przeprowadzasz.
  • No, przeprowadzam.
  • No, i ty jesteś tu potrzebny.

Nie udało się. Nie chciałbym być taki. Chociaż myśmy tam jeszcze zbiórki robili, ale tam już nie były te zbiórki ze wszystkimi. tam było trzech, dwóch, czterech czasami. Jeszcze mieliśmy, ale już ta działalność była taka jakaś… 


Co działo się z panem po powstaniu?

Niemcy po Powstaniu spalili całe osiedle, a nas wypędzili. Wszystkich Powstańców brali do Pruszkowa, ale nas nie. Oczyścili teren i wszystko spalili. A my gdzie? Na Wawrzyszew, to wtedy była wieś. I tak znaleźliśmy się w miejscowości Truskaw. Jest to wieś, która przylega do lasu, do Puszczy Kampinoskiej. W Puszczy Kampinoskiej było chyba parę tysięcy partyzantów, którzy chcieli przejść na odsiecz Warszawie. ale nie doszło do tego. Ale byli tam.

W tej wsi nie było Niemców. Tam już byli tylko partyzanci. Wieś, która nie była okupowana. nawet podczas wojny. Tam były flagi biało- biało-czerwone. bo tam Niemcy nie wchodzili. Natomiast wszyscy rolnicy oddawali kontynent, Żywność. tam oddawali, przywozili na środek wsi, pod kapliczkę, ale dla partyzantów, a nie dla Niemców. To była Polska - myśmy się tam znaleźli. Radość w sercu była jak te flagi biało-czerwone. Oprócz tego kawaleria polska, w mundurach, na koniach, w pełnym uzbrojeniu. 44 rok. ale wojsko w mundurach z 39 roku. Był tam oddział kawaleryjski porucznika Górnego. Powstańcy przeważnie mieli opaskę i koniec, a to nie! To był mundur, pełny mundur z orzełkiem, czapka, wszystko, wszystko!

Przyjeżdżali też czasem na patrole zewnętrzne. Pamiętam, jeden z żołnierzy zatrzymał się. było to na początku wsi, nie bliżej lasu, tylko na skraju. No i on do mnie mówi:

  • No i jak, cisza, spokój?
  • Spokój, cisza na razie.
  • No, a w ogóle jak się czujesz?
  • A dobrze się czuję, dobrze - taka rozmowa o niczym.

Pojechali. a ja nie wiedziałem jednej rzeczy. Że tam dalej, pod lasem, jest oddział konny, ale ukraiński. To byli Ukraińcy, którzy współpracowali z Niemcami, którzy byli najgorsi ze wszystkich, Oni przez lornetkę obserwowali teren. Widzieli mnie jak rozmawiałem z polskimi żołnierzami.

Po jakimś czasie szturm i na koniach wpadli do wsi Ukraińcy. A jak wpadli to do wsi to wszystkich mężczyzn zabierali. I mnie też ciągną. Matka krzyczy:

  • To dziecko jest!
  • Jakie dziecko?

Wciągnął mnie do wszystkich mężczyzn. Ja na dzieciaka nie wyglądałem, miałem 14 lat, ale byłem dobrze zbudowany. Dopiero teraz jestem takim małym człowiekiem, już mi 6 cm ubyło.

Nagle odezwał się karabin maszynowy. Ten Ukrainiec, który mnie ciągnął, musiał mnie puścić i zająć stanowisko bojowe. To ja wtedy - chodu! Udało się. Ale karabin maszynowy przestał grać. Ukrainiec poderwał się i wszystkich za wsią podobno rozstrzelano. Drugi raz mi się udało ujść z życiem, może trzeci….

Razem wyszliśmy z powrotem do wioski, żeby wziąć swoje rzeczy i wycofać się. Przeszliśmy do wsi Hornówek. to było troszeczkę dalej. A tam stało niemieckie wojsko, Wehrmacht. W tej chałupie, w której zamieszkaliśmy kwaterował też oficer, który tak jak gdyby patrzył przez palce. Nie pokazywał wprost, że jest nastawiony pozytywnie, ale widać było że nie jest negatywny. Nawet trochę polski znał. Może był ze Śląska, może z Pomorza, nie wiem, ale ten język trochę przypominał polski.

O mnie tak jakoś hołubił. Potem powiedział mojej matce, że ja mu bardzo przypominam jego syna. Jasny blondyn, dobrze zbudowany, duże podobieństwo. Kiedyś powiedział, żebym wziął bańkę i poszedł do wojskowej kuchni polowej. Żebym z tą bańką codziennie przychodził, to będę dostawał zupę, ale też powiedział, że to nie za darmo, że będę musiał to odpracować. Ja na to chętnie przystałem. Jak przychodziła zmiana z okopów, bo tam były okopy były dla osłony lasu, to ja musiałem im broń czyścić. Mieli takie zaufanie… Nie pytali skąd jestem, wiedzieli wszystko. Ryzykowali. Sprawdzali mnie 10 razy, czy dobrze wyczyściłem lufy i wszystko inne.

Pewnego razu ten oficer mówi do mojej matki:

  • Za 2 dni my stąd odchodzimy. i przychodzą na nasze miejsce Ukraińcy. Postarajcie się stąd wynieść.

Szybko spakowaliśmy się i poszliśmy. Tym razem w kierunku Żyrardowa do Radziwiłłowa. Dlaczego tam? - Dlatego że w miejscowości Bartniki mieszkała przyrodnia siostra mojej matki. Kuzynka, tak to nazwijmy. Miała małe gospodarstwo i matka pomyślała, że się tam zatrzymamy na trochę. Jak tam doszliśmy, to usłyszałem, jak mąż tej kuzynki mówi do niej (nie zauważył mnie):

  • No i co, będziemy tych darmozjadów tu trzymać?

Powiedziałem o tym matce. Matka nic nie powiedziała, ale poszliśmy dalej.

Wędrowaliśmy między Łodzią a Warszawą, aż koło Rawy Mazowieckiej doszliśmy do z miejscowości Soszyce. Było to 6 km od Rawy Mazowieckiej w kierunku Łodzi, na trasie przelotowej między Łodzią a Warszawą. Ludzie nam pomagali, To kaszy trochę dostaliśmy, to mąki i jakoś się przeżyło. Tam zostaliśmy, aż do wyzwolenia.


Czy potem wróciliście do Warszawy?

Jak tylko front przeszedł to otworzyli w Rawie Mazowieckiej gimnazjum. Ja miałem ukończoną szkołę podstawową, to już było coś, to było bardzo dużo. Postanowiłem uczyć się w tym gimnazjum. a do czerwca zostały trzy miesiące. czy może 4 nie pamiętam kropkę w styczniu przeszedł front, a zanim szkołę otworzyli to był luty, może marzec. W czerwcu był koniec roku szkolnego. Startowałem do pierwszej gimnazjalnej. i zaliczyłem. Zaliczyłem też pierwszą gimnazjalną.


A dlaczego wcześniej nie przyjechaliśmy do Warszawy? 

Ojciec już się odnalazł. dał znać, że jest już w Warszawie i organizuje jakieś lokum. A ze względu na to, że był brak fachowców z branży tramwajowej, w której ojciec pracował przed wojną, więc nawet dostał tymczasową kwaterę. Ja nie mogłem wcześniej przyjechać do Warszawy, bo musiałem skończyć pierwszą klasę. Więc dopiero w czerwcu mogliśmy wrócić do Warszawy, jak dostałem świadectwo. Wróciliśmy, No i od razu poszedłem do drugiej gimnazjum, na Żoliborzu, bo ojciec dostał kwaterę na Placu Wilsona. Jeden mały pokoik służbowy.

Ja oczywiście od razu zostałem harcerzem. Już w mundurze. Nawet miałem krzyż harcerski, a pod krzyżem takie listki dębowe, które mówiły jaka jest przynależność czasowa do harcerstwa. Listek był brązowy, pamiętam. Brązowy listek na czerwonej podkładce. To mówiło, że rocznik okupacyjny.

4 mar 2022

Biuletyn Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944. Nr 62, marzec 2022

Z życia Stowarzyszenia

Ukraina walczy

W momencie oddawania niniejszego numeru biuletynu  do publikacji  obserwujemy bohaterskie z zmagania narodu ukraińskiego z najeźdźcą. 
Na naszej granicy przyjmujemy tysiące uciekinierów z głębi Ukrainy. Na zdjęciach z terenu przygranicznego pojawiają się głównie osoby starsze i matki z dziećmi. Spotykają się tam z życzliwością i pomocą. Dziesiątki wolontariuszy rozdają pożywienie i pomoc logistyczną.  

Dzieci powstania wspominają w tym momencie swój własny los, jaki zgotował im najeźdźca w 1944 roku. Nie jedno z dzieci przypomina sobie moment opuszczenia miasta, z dobytkiem mieszczącym się w niewielkiej walizce lub szmacianym węzełku.  
Pomimo poczucia względnego bezpieczeństwa, sytuacja uciekinierów ukraińskich nie jest dla nich całkowicie optymistyczna. Na Ukrainie pozostali członkowie rodziny, których nie można ochronić od bomb, głodu i odcięcia od świata, a także cały materialny dobytek. Rozumiemy ich stan nerwów. Każdy z nas, Dzieci Powstania, powinien czymś ich wspomóc.
Stowarzyszenie Dzieci Powstania 1944 wpłaci pewną sumę pieniędzy ze swojego skromnego konta poprzez organizację pomocową. Zostaliśmy też ostatnio poinformowani przez Stowarzyszenie “Paczka dla Bohatera” o rozważanej możliwości przekazania darów “Paczki” dla uchodźców ukraińskich.
Profesor Andrzej Targowski otrzymał z Ukrainy listowną prośbę o wsparcie. Prośbę tę zamieszczamy w części z "Z krzesła Honorowego Prezesa".

Co warto przeczytać

W niniejszym biuletynie mamy zaszczyt opublikować kolejny felieton pana Jerzego Bulika. Mieszkający od 1985 roku w Kanadzie pan Jerzy zebrał w swoim życiorysie dziesiątki dokonań, pasji i aktywności na polu Inżynierskiej działalności zawodowej, pedagogicznej  (uniwersytety w Kanadzie), a także sportowej  i podróżniczej.  Jest autorem kilku książek. Jest członkiem naszego Stowarzyszenie od początków jego istnienia. Autor wzruszających i  obszernych wspomnień w książce “Dzieci 44” Jerzego Mireckiego.

Przez wiele lat życia (urodzony w 1930 roku) gromadził  Pan Jerzy życiowe doświadczenia i przemyślenia, których niewielką ilość zawarł w kilkunastu felietonach. 

Odświeżyliśmy i uporządkowaliśmy kolejne wspomnienia. W ostatnim czasie na naszym blogu pojawiły się:

  • Moja kamienica - wspomnienia Jerzego Kraśniewskiego - https://sdpw44.blogspot.com/2022/01/moja-kamienica-wspomnienia-jerzego.html
  • Wspomnienia p. Haliny Kałdowskiej - https://sdpw44.blogspot.com/2022/01/wspomnienia-p-haliny-kadowskiej.html
Rozpoczęliśmy też publikację (w odcinkach!) powieści pani Małgorzaty Todd - "Zdarzenia i zmyślenia" - https://sdpw44.blogspot.com/search/label/Zdarzenia%20i%20zmy%C5%9Blenia .

Baza naszych wspomnień

Wzbogaca się baza Naszych wspomnień - opublikowaliśmy dwa kolejne wpisy wspomnieniowe. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych  zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

Widziane z krzesła Honorowego Prezesa profesora Andrzeja Targowskiego


Na wstępie tekst prośby z Ukrainy, którą Honorowy Prezes prosił rozpowszechnić.

Chłopaki z gorących miejsc pod Kijowem przysłali:

Drodzy przyjaciele, bracia i siostry z różnych części naszego świata.

Zwracamy się do Was w tym mrocznym dla nas wszystkich czasie, kiedy czarne chmury z eksplozji zasłaniają słońce nad naszą stolicą.

Dziś wieczorem elitarne siły specjalne Federacji Rosyjskiej wraz z oddziałami czeczeńskimi zaatakują jedno z najstarszych i najpiękniejszych miast świata, duchową stolicę Europy Wschodniej – miasto Kijów.

W Kijowie toczą się już walki uliczne, a stolicy bronili wszyscy, którzy mogą trzymać broń, nawet emeryci, studenci i uczniowie.

Nadchodząca noc i jutro są krytyczne, stawką jest wszystko, w co cały cywilizowany świat uwierzył i zbudował do tej pory. Ze łzami w oczach prosimy Cię, bez względu na strefę czasową, w której się znajdujesz, abyś spędził cały ten czas na poście i modlitwie do Boga.  Módlcie się do Pana, aby chronił nas przed szalonymi hordami, które chcą drwić z wiary i prawdy Bożej.

Prosimy o przesłanie tej wiadomości do wszystkich swoich przyjaciół, rodziny i przyjaciół w Europie, Azji, Ameryce i na całym świecie!

Modlitwa jest silniejsza niż najsilniejszy wróg 🙏🙏🙏!

Z miłością i nadzieją w Panu.

Wasi bracia i siostry z Ukrainy💙💛.

Multipatriotyzm

Patriotyzm to nic innego jak poczucie wspólnoty członka grupy wobec tej grupy i pozostałych jej członków, połączone z emocjami, nieraz o najwyższej skali. Bowiem w imię patriotyzmu, aby osiągnąć wysokie cele, ludzie są gotowi do wielkich poświęceń, włącznie z własnym życiem. Zazwyczaj myśli się o patriotyzmie narodowym, ale patriotyzm może też odnosić się do rodziny, plemienia, narodu, państwa, imperium, mocarstwa, supermocarstwa-hegemona.

Oczywiście charakter patriotyzmu w dużej mierze zależy od stanu rozwoju społeczeństwa, które może być: zniewolone, wolne, demokratyczne, pseudodemokratyczne. Zależy też od charakteru grupy. Możemy wyróżnić patriotyzm polityczny (w którym ma miejsce gra interesów grup etnicznych), transregionalny (np. Grupa Wyszehradzka), transpaństwowy (np. NATO, UE), a nawet patriotyzm globalny (sieci społecznościowe typu Facebook, Twitter i inne). Np. wśród państw NATO obowiązuje „patriotyczna” zasada jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Poprzez te grupy przechodzi linia podziału wg kryterium, które stanowi rodzaj cywilizacji (rozróżnianej praktykowaną religią). Czyż członkowie zachodniej cywilizacji nie łączą się „patriotycznie” w wojnie przeciw islamskiej cywilizacji, jak ma to miejsce np. we Francji czy Belgii?

W głównym nurcie teorii patriotyzmu można sformułować prawo, że ludzie stale dążą do wolności, a ich sukces zależy od poziomu wiedzy i mądrości społeczeństwa, jego zdolności do skomunikowania się oraz samostanowienia i wiedzy co do funkcjonowania podobnych grup w świecie. Kiedyś owa zdolność do nawiązania łączności i samostanowienia była realizowana przez powstania i wojny, obecnie jest urzeczywistniana głównie (niemniej nie wszędzie) przez głosowania. Np. Słowacy wyzwolili się ze wspólnoty z Czechami w głosowaniu w 1992 r. Natomiast Szkoci przegrali oddzielenie się od Zjednoczonego Królestwa w plebiscycie w 2014 r. Z kolei w podobnym plebiscycie Zjednoczone Królestwo „wyzwoliło się” z UE w 2020 r.

A jakimi patriotami byli po drugiej wojnie światowej polscy emigranci, którzy ‒ pozbawieni polskiego obywatelstwa ‒ utrzymywali się z wielkim wysiłkiem w nowym środowisku jako obywatele amerykańscy czy angielscy? Zrażeni procesami „lotników” i „marynarzy”, w których bohaterów tej wojny skazywano na śmierć i wyroki wykonywano. A potem w czasach PRL-u, gdy już nie mordowano w sądach, ale zza biurka wykańczano niewygodnych dla reżimu.

Reasumując, obecnie np. Polak ‒ dzięki członkostwu w UE i łatwości przekraczania granic bez wiz ‒ stał się hybrydowym Polakiem, mieszka tam, gdzie chce, i jest patriotą np. Stanów Zjednoczonych, równocześnie często przebywa w Polsce, której też jest patriotą, a ponieważ może mieć żonę lub męża np. spoza zachodniej cywilizacji, jest także patriotą i tej trzeciej grupy. A gdy jest jeszcze jest profesorem, to ma w sali wykładowej przedstawicieli innych cywilizacji i w takiej sytuacji powinien być patriotą globalnej cywilizacji. Na tym przykładzie widać, że człowiek może być patriotą wobec 4 (i więcej) grup społecznych. Ten stan rzeczy określa się multikulturalizmem albo raczej, dla potrzeb tej wypowiedzi, nazwijmy go multipatriotyzmem.

Multipatriotyzm spełnia także paradygmat chrześcijaństwa, gdzie oprócz „kochania bliźniego swego” teraz należy „kochać obcego”. W tych realiach, aby w XXI w. odnosić sukcesy i być dobrym patriotą, trzeba być tolerancyjnym i otwartym na aktualną wiedzę o tzw. świecie oraz rozumieć aspiracje własnej grupy społecznej. Obywatel powinien być szkolony w krytycznym myśleniu, aby samemu wiedzieć, co jest racjonalne i mądre, a co pozostaje „obowiązującą” ideologią. Zwalczanie tego paradygmatu chrześcijaństwa na rzecz bezkrytycznego wspierania jedynie słusznie urodzonej grupy etnicznej prowadzi do zacofania cywilizacyjnego i upadku moralnego owego społeczeństwa. Niżej podpisany traktuje Polskę jak matkę, a Stany Zjednoczone jak żonę i jest wobec obu silnie zaangażowany patriotycznie. W zależności od sytuacji jest dumny z bycia Polakiem, a kiedy indziej także z bycia Amerykaninem. Stąd w USA w odniesieniu do mnie stosuje się formalny zapis Polish[1]American. Spośród ok. 55 mln, Polaków rozsianych po świecie, w tym w Polsce, w podobnej sytuacji znajduje się mniej więcej jedna trzecia z nich. Emigracja to choroba na Polskę. I tu czasem myślimy, że jesteśmy większymi polskimi patriotami aniżeli Rodacy w samej Polsce. Ponieważ z daleka idealizujemy Polskę, a Rodacy wiedzą lepiej od nas, jaka jest w rzeczywistości. Ten patriotyzm polskich emigrantów objawia się na różne sposoby. W czasach PRL-u jednym z jego wyrazów było przekazanie przez emigrantów swoim rodzinom w kraju ok. 50 mld dol., co stanowiło znaczną pomoc w ich życiu. Wiadomo, że to właśnie był główny powód utworzenia specjalnej państwowej sieci sklepów PEWEX. Nie zgubcie nas.

Felieton dr Jerzego Bulika 


Cel osiągnięty ...

Słuchałem kiedyś wywiadu z pewnym astronautą. Astronautą postanowił on nim zostać, kiedy był małym chłopcem. Osiągnięciu tego celu podporządkował kolejne etapy swego życia. Nie mówił głośno o tym o tym do czego zmierza, ale miał to ciągle przed oczyma. Starał się dobrze uczyć w szkołach. Do kosmosu wybrał drogę przez lotnictwo. Przykładał się bardzo do szkoleń przez jakie przechodził na różnych szczeblach swojej kariery lotniczej. Jeszcze bardziej zwiększył swoje wysiłki i zaangażowanie, kiedy został „astronautą w treningu”. Spowodowane było to tym, że szkoła astronautów jest środowiskiem przesyconym atmosferą współzawodnictwa. To, że zdobywa się wiedzę potrzebną w tym zawodzie, że zdobywa się konieczne umiejętności praktyczne, że ostatecznie przejdzie się pomyślnie przez cały program, wcale nie znaczy, że się poleci. Wyszkolonych astronautów jest więcej niż miejsc do obsadzenia. Lecą tylko najlepsi i to też nie wszyscy. Można zostać „dyplomowanym” astronautą i nie polecieć. „Nasz” tego dokonał.  

Kiedy wrócił na ziemię doznał uczucia pustki. Co dalej ? Do czego dążyć ? Czym teraz nasycić życie ? To, że poleci może jeszcze drugi, a nawet trzeci raz jawiło się raczej jako rutyna, a nie jako spełnienie celu życia. Zaczął patrzeć w siebie i wokół siebie. Uświadomił sobie, że zawsze, gdzieś tam odłożona na bok, tliła się w nim pasja do muzyki. Zwrócił się ku niej. Zaczął pisać muzykę i wykonywać ją. Jego życie stało się znowu wypełnione.
Myślę, że nie trzeba być astronautą, aby doświadczyć problemu pustki po zakończeniu jakiegoś etapu życia. Występuje ona zawsze, oczywiście w stopniu zależnym od osobowości, kiedy cel jest „punktowy”, jakim w przypadku owego astronauty było „polecieć w kosmos”.

Cele tego typu występują we wszystkich dziedzinach ludzkiej działalności. W sporcie może to być np., zdobycie jakiegoś szczytu górskiego albo medalu olimpijskiego, albo wygranie jakiegoś turnieju. W kształceniu się może to być ukończenie jakiejś szkoły albo uzyskanie jakiegoś tytułu naukowego. W działalności zawodowej może to być osiągnięcie jakiegoś stanowiska, wprowadzenie swojego produktu na rynek albo podniesienie swojej firmy do dominującej pozycji w kraju czy nawet na świecie Kiedy cele, a również i marzenia są „domknięte”, kiedy nie mają dalszej perspektywy, wtedy dotarcie do tego punktu jest jednocześnie wkroczeniem na obszar, który jest pusty. Taka sytuacja pojawia się również w momencie przechodzenia ludzi na emeryturę, w przypadku, gdy praca wypełniała bez reszty ich całe życie, gdy nie mogą jej kontynuować nawet w ograniczonej formie i w ograniczonym wymiarze i gdy nic poza nią w ich życiu nie istniało.

Myślę, że wnioski z tych obserwacji nasuwają się same. Jeden: nasze cele i marzenia życiowe nie powinny mieć jakiejś granicy, powinny mieć raczej charakter ciągły. dający możliwość kontynuowania ich, chociaż może z etapu na etap, w inny sposób albo na trochę innym polu. Drugi: uprawianie w życiu „monokultury” chociaż ma swoje oczywiste korzyści (przede wszystkim wydajność i skuteczność) zawiera w sobie zalążek kryzysu, w sytuacji, gdy taka skoncentrowana, ograniczona do pewnego obszaru działalność, nie może być dalej uprawiana. 

Zaproszenie do sanatorium i na wczasy

SDP1944 zaprasza do uczestnictwa w wyjazdach leczniczo- wypoczynkowych organizowanych przez zaprzyjaźnione Stowarzyszenie „ DZIECI WOJNY w POLSCE ‘’. Chętnych prosimy o kontakt drogą elektroniczną z SDP1944 lub bezpośrednio z p. Iwoną Rutkowską-Kaczmarek ze Stowarzyszenia „DZIECI WOJNY w POLSCE ‘’  tel. 602-845-718.

  • Turnus rehabilitacyjny w Lubyczy Królewskiej (sanatorium)
    • termin 28.03. - 24.04 /2022 ( 4 tyg. z Wielkanocą ). Ew. możliwy turnus 3-tygodniowy
    • koszt 1.300zł + transport 200 zł (autokar zWarszawy)
    • zgłoszenia do 15.03.2022
    • ozdrowieńcy po Covid – mają bezpłatny pobyt do 6 tygodni
    • osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności – odpłatność 1.000zł.
    • do przyjęcia obowiązuje skierowanie na ich druku ( do pobrania z ich strony) wypisane przez lekarza specjalistę  NFZ + teczka badań , historia choroby + potwierdzenia szczepień na Covid.
    • wszystkie wiadomości na ich stronie ttps:// www.rehabilitacjalubycza.pl
  • Wczasy w STEGNIE - ośrodek Baltika, w 2 terminach:
    • 14-27.04. 2022 – koszt 1089 zł – turnus wczasowo-świąteczny
    • 6-19. 05.2022  - koszt 1287 zł  - turnus wczasowy
    • transport z Warszawy 200 zł
    • ośrodek ma 60 miejsc + 3 domki ( na 4 osoby, 2 pokojowe), wszystko jest ogrzewane,  przyjmuje z psami ,  zapewnia nam wyłączność obiektu aby tylko dużo ludzi przyjechało.  zapewnia też sprzęt audio-wizualny  do prezentacji,  pomoc w organizacji wycieczek po okolicy   oraz dowóz na plażę( bo to ok. 1 km do lasu Krajobrazowego Parku Nadmorskiego).  
    • dojazd  z Warszawy to 320 km, więc ok. 4 godz.

"Paczka dla Bohatera"

Bożonarodzeniowa akcja “ paczka dla bohatera”  objęła w 2021 roku 20 dzieci Stowarzyszenie Dzieci Powstania 1944. Jest to znaczący wzrost w stosunku do dwóch lat poprzednich, kiedy z trudem zebraliśmy pięciu chętnych na paczkę. 

Pan chorąży Tomasz Sawicki, koordynujący przebieg akcji zgodnie z odgórnym rozporządzeniem, polecił   wolontariuszom sprawdzanie legitymacji kombatanckich. 
W niniejszej skromnej notatce  po raz kolejny  wszyscy  serdecznie dziękujemy panu Tomaszowi za jego bezcenną, charytatywną  działalność. Wyrażamy też słowa podziwu dla Jego zdolności organizacyjnych  w ramach kierowanego przez Niego Stowarzyszenia. 

Jest nam jednocześnie przykro, że  Dzieci SDP1944, których droga wygnania z Warszawy nie prowadziła przez Dulag, nie będą mogły być uwzględniane przy rozdawaniu paczek.
Konieczność legitymowania się legitymacją kombatanta będzie w tym  roku w akcji “paczka dla bohatera” rygorystycznym wymogiem.

Nadchodzi okres Świąt Wielkiej Nocy 2022 r.  Chętnych na paczkę bardzo prosimy  zatem o dołączenie do zgłoszenia numeru legitymacji kombatanckiej. 

Podsumowując przebieg dostarczania paczek bożonarodzeniowych, to z zebranych przez nas opinii wynika,  że obdarowani byli bardzo zadowoleni z zawartości paczek.  Pan Tomasz jednakże narzekał, że nie wszyscy  odpowiedzieli na próby telefonicznego  kontaktu ze strony wolontariuszy i  paczki nie  zostały doręczone.

Odeszli od nas

Anna Hanna Trochimczuk-Fidut.  Ostatnio mieszkanka Wrocławia. W czasie powstania  jako 8 i 1/2 letnie dziecko mieszkała wraz z rodzicami i bratem na Żurawiej 32. Do obozu w Pruszkowie  trafiła 5-6.10.1944 z całą rodziną. O jej odejściu dowiedzieliśmy się (niestety z dużym opóźnieniem) od jednej z pań z wrocławskiego kółka Dzieci Powstania.


Leszek Łukasik. Odszedł od nas w końcu 2021 roku. w czasie Powstania miał 6 lat. Wypędzony z rodzicami z ulicy Królewskiej 29 trafił przez Dulag do podkrakowskiej wsi. Jego wspomnienie zamieściliśmy w numerze 45 biuletynu SDP1944. (zakładka Wspomnienia w wydaniu internetowym).