17 maj 2024

Biuletyn nr 67 Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944, maj 2024

Z życia Stowarzyszenia

Co warto przeczytać

W bieżącym numerze stałe pozycje - prof. Andrzej Targowski i dr Jerzy Bulik.

Odwiedzamy naszego Jubilata oraz spotykamy się na świątecznym spotkaniu członków SDP1944.

A ponadto nieco poezji spod pióra naszych członków.

Na naszym blogu opublikowaliśmy w ostatnim czasie:

Zapraszamy do lektury!

Baza naszych wspomnień

Nieustannie wzbogaca się baza Naszych wspomnień. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

Nasz znajomy Jubilat

Jest wśród nas kilku dziewięćdziesięciolatków.  Na ogół cieszą się dobrym zdrowiem, chętnie utrzymują kontakt z całą gromadką Dzieci Powstania. Życzymy im sił do samodzielnego radzenia sobie z przyjemnościami i trudami życia codziennego.

W gminie Pruszcz Gdański, we wsi Żuławka mieszka nasz znany kolega, były sołtys tej wioski – Zdzisław Czerwiński. Ciągle aktywny społecznie, dzieli się radami z władzami gminy, przekazuje mądre nauki małym mieszkańcom. Jego doświadczenie to m.in. udział w walkach na Woli na ulicy Krochmalnej, gdzie mieszkał do 1944 r. 

Miarą zasług i popularności Zdzisława jest uroczysta oprawa jubileuszu 90 –tej rocznicy Jego urodzin, przygotowanego przez jego przyjaciół (wśród których było wielu samorządowców) w świetlicy „Pod Żurawiem” w Żuławce. Wielkim wsparciem dla Zdzisława jest jego życiowa partnerka Basia Smucińska, też warszawianka, dziecko Powstania. W tym roku oboje zamierzają wziąć udział w uroczystościach w DULAGU 121.



Radości w jubileuszowym spotkaniu nie było końca. Pięknym uświetnieniem był występ dziecięcego zespołu pieśni i tańca „Jagódki”. Atmosferę spotkania można odczuć oglądając zdjęcia z uroczystości.

Wiersze naszych koleżanek i kolegów

Krysia Bilska wystąpiła do zespołu redagującego Biuletyn z propozycją uatrakcyjnienia (jej zdaniem) zbyt poważnego charakteru tej publikacji. Swoją propozycję wsparła własnymi wierszami. Liryczny charakter przesłanej poezji spodoba się wszystkim, którzy są wrażliwi na piękno mazowieckiej przyrody.


Obecny na tym spotkaniu członków SDP1944 Tadzio Świątek, znany również jako publicysta i propagator historii przemysłowych rodów warszawskich i znawca historii Konstancina, zadeklarował udostępnienie własnego wiersza pt. "Królikarnia".
Wiersze prezentujemy poniżej.


Moja rzeka
Z głębi ziemi wyjrzał strumyczek,
Błyska srebrnym okiem spod kamieni,
Rozgląda się dokoła, cieszy słońca blaskiem
I płynie.
Rusza szybko, zerkając ciekawie,
Co siedzi na kamieniu?
Co się rusza w trawie?
Nagle jest przeszkoda. To drzewo zwalone.
Trzeba zwolnić biegu.
Można szeroko rozlać swoje wody,
Trochę się powygrzewać lub odpocząć lodem.
Trzeba się podzielić wodą z całą okolicą,
Napoić zwierzęta, ptaki i owady.
Drzewa i trawy mocząc sobie nogi
Skryj a strumyk w swych liściach,
Ukryją go w cieniu.
Ale to już nie strumyczek, to strumyk,
Strumień, rzeczka.
To rzeka.
Płynie dostojnie,
Tocząc swoje wody
Do morza,
Do celu.
Stoję nad tą rzeką.
Kocham ją.
To moja piękna Wisła. I spokojna.
Droga
Droga nie ma początku ani końca.
Jest.
Droga piaszczysta, stopami znaczona.
Rośnie na niej wierzba, głogami spleciona.
Stoi krzyż samotny, kwiatami ubrany,
Dalej pola zielone, złote, puste,
Łąki z kępami drzew, ziół i zarośli.
A dwie wierzby co stoją po jej obu stronach
Prowadzą rozmowy o tym jak czas mija
I jak świat się zmienił.
I jest las, co wędrowcom utrudzonym
Daje cień i odpoczynek.
Drzewa stare, wysokie, co wiele widziały
Rozmawiają ze słońcem i wiatrem.
Ta droga jest cicha i spokojna,
Niech taka zostanie,
Bo to nie jest droga,
To drogi maleńki kawałek.
Nocka
Nocka, czarnula, jest zmęczona,
Już chce iść do domu.
Czarny płaszczyk zwinęła, czas spać.
Ale słonko oczka dopiero przeciera,
Przeciąga promyki
Wolniutko się budzi.
Wstawaj słonko, już czas oświetlić
Ścieżki, drogi i ulice,
Zajrzeć w okna, w kąty i kąciki
W tajemnicze zakamarki.
Pokaż barwny świat.
A, gdy się zmęczysz
Przyjdzie koleżanka nocka.
Znowu czarny płaszczyk rozwinie,
A ty pójdziesz spać.
Homo sapiens,
To człowiek myślący.
Tak by się zdawało.
Lecz jeśli człowiek myślący
To czemu wokół
myślenia tak mało?
Chwila, moment…
Trwa długo,
Kiedy z niepokojem…
Czekasz.
Chwila, moment…
trwa krótko,
Bo krótkie są chwile…
Szczęścia.
Usiadł na chodniku
Maleńki wróbelek,
Skromny, szary, malutki,
Taki elemelek.
Ziaren szuka w kamieniu
Pewno pusty brzuszek
Dam ci ptaszku bułeczkę
I serca okruszek.

Królikarnia
Sasi  urządzali tutaj na króliki polowania
i tak nazwa - Królikarnia - w końcu powstała.
A kiedy miejsce to nabył szambelan królewski
Karol Tomatis de Valery - postawił pałac, o którym śnił.
Jako Włoch, wybrał "villę della rotonda",  
do czego natchnęła go chyba Gioconda!
A na wykonawcę zaś, genialnego Domenica Merliniego,
architekta króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Merlini wyśmienicie spełnił jego marzenie,
wzniósł pałac-willę, zjawisko - olśnienie!  
Sprawił, że prawdziwa villa rotonda na skarpie wyrosła, 
jakby tajemna ją siła z Rzymu - aż tutaj przeniosła.
Nakryta kopułą - szyszką zwieńczoną,
ma fasadę kolumnadą ze schodami mi ozdobioną.
Co już z daleka rzuca na kolana,
bo też architektura Królikarni jest jest wysmakowana.
Wszak hrabia Tomatis nie był głupi,
kiedy król Staś Królikarni od  niego nie odkupił,
on wytworną restaurację w niej otworzył
dzięki czemu stokrotnie majątek swój pomnożył.   
Później książęta Radziwiłłowie Królikarnię nabyli 
i jeszcze wspanialej ją przyozdobili.
Po Radziwiłłach Druccy-Lubeccy byli epizodycznie
i za ich czasów pałac wyglądał prześlicznie.
Po nich Xawery Pusłowski w Królikarni wszedł posiadanie
i w rękach Pusłowskich pałac najdłużej zostanie.
Ostatnią Marta z Pusłowskich hr. Krasińska była,
którą stąd druga wojna światowa na zawsze do Francji rzuciła.
Potem latami, zniszczony pałac czekał na odbudowę,
by stać się Muzeum X. Dunikowskiego o funkcje pełnić nowe. 

Wystąpienie 

profesora Andrzeja Targowskiego 

Wystąpienie miało miejsce z okazji wręczenia nagrody “Złotego Inżyniera” w Politechnice Warszawskiej 16 listopada 2023 r.

Prof. dr inż. Andrzej Targowski, Honorowy prezes Stowarzyszenia PESEL, prof. Emeritus Western Michigan University, członek Kapituły Godła Polskiego (2019)

Wręczenie nagrody "Złoty Inżynier Politechniki Warszawskiej" w Małej Auli PW - 2023
- drugi od lewej prof. Andrzej Targowski.


Rewolucja przemysłowa ominęła Polskę ponieważ nie było  polskiego państwa, a zaborcom nie zależało na unowocześnianiu „chorego” państwa. Odzyskana w 1918 r. niepodległość okazała się za krótka na odrobienie opóźnień. Wprawdzie budowano Centralny Okręg Przemysłowy, port w Gdyni,  sieć kolejową, przemysł chemiczny i energetyczny (elektrownie wodne), wzrosło wydobycia węgla, produkowano samochody, ale wkrótce II wojna światowa zniszczyła 40% infrastruktury państwa, a Warszawa została kompletnie zburzona.  Wielu wybitnych inżynierów zginęło albo opuściło Polskę.  

PRL – intensywne uprzemysłowienie.  3-letni plan odbudowy (1947–1949) zakładał podniesienie stopy życiowej powyżej poziomu przedwojennego, ale w latach  następnych nastąpiło intensywne uprzemysłowienie na wzór sowiecki (przemysł  ciężki i zbrojeniowy). Lekceważono konsumpcję.

Nastąpił jednak intensywny  rozwój politechnik i szkół zawodowych.  Pomimo zachodniego embarga na wysoką technikę i zaawansowane podzespoły,  Polska eksportowała obrabiarki numeryczne, komputery, telewizory, radia, samoloty i statki rolnicze, wagony osobowe,  maszyny rolnicze, chemikalia i nawozy,  produkty spożywcze, węgiel, a nawet  energię elektryczną oraz konkurowała  o 10 miejsce w gronie uprzemysłowionych  państw świata.  
Rola inżynierów w upadku PRL. W początkowym okresie Gierka (1970–75)  promowano rozwój technokracji i informatyki oraz otwarcie na Zachód. Zakupiono 440 licencji, w tym zaawansowane  komputery. Na studia i staże wyjechało  blisko 50 tys. inżynierów, ekonomistów,  informatyków. Ich wyjazdy, często potem powtarzane pozwalały na zapoznanie się  z Zachodem i jego funkcjonowaniem. Stanowili oni później inżynierski trzon ruchu  NSZZ „Solidarność”, byli świadomi tego co  chcą i dlaczego. Do liderów tego nurtu należeli m.in. wicepremier mgr inż. Tadeusz  Wrzaszczyk, prof. dr hab. inż. Jan Kaczmarek, minister dr inż. Aleksander Kopeć  i inni. Plan został wygaszony, a wkrótce  nastąpił upadek PRL. 
III RP – zmarnowana szansa. W czasie  transformacji centralnie planowanej gospodarki nastąpiła deindustrializacja kraju. Wyprzedawano dobre zakłady, które  potem zagraniczne konkurencyjne firmy  likwidowały.

Doprowadzono do upadku stocznie. Kupiono włoską szybką kolej, dla  której nie było odpowiednich torów, podczas gdy Niemcy kupowali i kupują polski  tabor. Łatając budżet, przejedzono dorobek PRL. Rola inżynierów w gospodarce  podupadła. Na I Światowym Zjeździe Inżynierów Polskich (2008) powiedziałem,  że żaden dobry inżynier nie pozbywałby  się tak lekko fabryk i stoczni.  
PRL bis – monopolizacja i klęska. W latach 2u016–2023 zwiększona została rola  przedsiębiorstw państwowych polegająca na ich monopolizacji (przykładem  ORLEN). Rozluźniono, niemal do stanu  izolacji współpracę w zakresie inżynierii  i informatyki z UE. 
Polska stała się mini-Chinami Europy, ponieważ montuje niemieckie wyroby  i dystrybuuje zachodnio-europejskie towary rozwiniętym transportem drogowym.  Moim zdaniem możliwości twórczości inżynierskiej są ograniczone. Powoduje to,  że pod względem innowacyjności Polska  znajduje się w czwartej grupie początkujących innowatorów, aż 70% poniżej średniej UE; w światowym rankingu aplikacji  patentowych (dane z 2022) prowadzi USA  z 48088
zgłoszeniami; Polska z 615 jest  porównywalna z Lichtensteinem; efektem  tego jest merytoryczny upadek (otwierane go i zamykanego) Ministerstwa Cyfryzacji i trzecie od końca miejsce Polski w UE  w rozwoju informatyki; w Polsce dominują  zagraniczne firmy softwarowe (85% rynku), podczas gdy 15% jest w polskich rękach w zakresie gier komputerowych; najlepsza polska politechnika jest na dalekim  901–1000 miejscu w świecie w 2023 r.  
Dlaczego tak jest? Z kraju, w latach 1980– 2023, wyjechało ok. 4 mln osób, w tym  tysiące
nierzadko świetnych inżynierów  i informatyków. Widać niechęć krajan do  specjalistów z zagranicy, np. nie akceptowano amerykańskich stopni naukowych.  Po I wojnie światowej powróciło ok. 300  profesorów, w tym 2 zostało prezydentami. Do III RP profesorowie wracają raczej  na emeryturę. W składach Rady Ministrów od lat prawie nie ma inżynierów, za to jest  nadreprezentacja prawników i humanistów. 

Tak zwana Konstytucja dla Nauki  zawiera kilkaset paragrafów na 250 stronach, podczas gdy w USA w ogóle nie ma  ministerstwa ds. szkolnictwa wyższego,  a uczelnie należą do najlepszych w świecie. Kształcenie inżynierów w Polsce  w porównaniu do Stanów Zjednoczonych  jest prawie dwa razy „większe” co wymaga 210 kredytów (transferowych ECTS)  wobec 125, ale praktyki studenckie są dopiero w ostatnim semestrze. W USA 25 %  wykładów jest z wiedzy ogólnej. W Polsce  jest tylko jeden przedmiot humanistyczny  oraz język i WF. Polski absolwent jest wysoce specjalizowany i nie przygotowany  do „poziomego” myślenia, które jest warunkiem innowacyjności . Innowacyjność  techniczna jest promowana bardziej przez  państwowe granty niż prywatne przedsiębiorstwa, co jest typowe dla USA. Rozwiązania systemowe w Polsce sięgają czasów PRL, kiedy zastopowano systemowy  i sieciowy rozwój informatyki na wniosek  profesury wykształconej w ZSRR. 

Podsumowanie: Proponowałem i proponuję zorganizowanie w Polsce konferencji  poświęconej wyjściu z przedstawionego  przeze mnie impasu. Jako punkt wyjścia proponuję moją monografię „Informatyka  strategiczna” (PAU 2023). 

Wielkanocne spotkanie członków Stowarzyszenia

W Wielki Piątek 27.04.2024  udało nam się zebrać dla złożenia sobie życzeń świątecznych w całkiem sporej grupie. Do Biblioteki na Tynieckiej przybyło ponad 20 osób. Ponownie kilka osób zapowiedziało swoją obecność, ale w ostatniej chwili “nawaliło”. Względy zdrowotne lub transportowe decydowały o obecności w tym dniu. Tylko tak to można tłumaczyć nieobecność Dzieci, które zawsze w wielką chęcią i zaangażowaniem stawiało się na spotkaniach.
Z roku na rok zauważamy coraz większą radość ze wzajemnego obcowania w swoim gronie. Uśmiech, ożywione rozmowy przy stole, zainteresowanie poruszanymi tematami towarzyszą nam coraz intensywniej.





Kolega Jacek Łaszewski omówił swoje doświadczenia z dochodzeniem do prawdy, jakie uprawnienia w korzystaniu ze służby zdrowia daje legitymacja kombatancka byłych więźniów DULAGU 121. Prawda okazała się bolesna. Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych w pisemnej odpowiedzi wyraźnie podzielił kombatantów na “lepszych i gorszych”. Dzieci DULAGU należą oczywiście do “gorszych kombatantów”. Nie przysługują im ułatwienia w dostępie do specjalistów, pobyty w sanatoriach, dofinansowanie pomocy rehabilitacyjnych i dofinansowania udogodnień w wyposażeniu mieszkań.
Powzięliśmy decyzję, że po okrzepnięciu nowych władz UdsKiOR skierujemy do niego prośbę o wyrównanie przywilejów wszystkim kombatantom.
Spore zainteresowanie wzbudzają sprawy wyjazdów wypoczynkowo/rehabilitacyjnych oraz paczek świątecznych.
W obu tematach jesteśmy zależni od organizatorów odpowiednich akcji. Zdobywanie i dystrybucję miejsc wypoczynku i regeneracji zdrowotnej to domena zaprzyjaźnionego Stowarzyszenia Dzieci Wojny pod kierownictwem p. Rutkowskiej-Kaczmarek. Paczki organizuje i rozprowadza szczecińskie Stowarzyszenie “Paczka dla Bohatera”, któremu przewodniczy pan chor. Tomasz Sawicki. Oba stowarzyszenia napotykają z roku na rok coraz trudniejsze warunki działania. Cierpi na tym także nasze stowarzyszenie.

Podziękowanie dla Biblioteki Multimedialnej przy ul. Tynieckiej 40A na ręce pani Aleksandry Mostowskiej - dyrektorki Biblioteki. Podziękowanie to wysłane zostało mailem.


Szanownej Pani Dyrektor i pracownikom Biblioteki
 
składam serdeczne podziękowania za kolejne, coroczne udostępnienie pomieszczenia, przygotowania stołu i zastawy stołowej na spotkanie członków Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944.
Można było zauważyć, że spotkanie w Bibliotece spełniło oczekiwania naszych Dzieci 1944, które wykazały radość ze spotkania i obdarowywały się wzajemną sympatią.
 Bez odpowiedniego lokum nie byłoby tego ważnego dla nich spotkania.
Wszystko to dzięki naszym wspaniałym gospodarzom!
Wspomnimy o gościnności w Bibliotece na naszym Facebooku i w Biuletynie.
 
Za Zarząd SDP1944
Wojciech Łukasik
Przewodniczący


Bogdan Zawadzki i jego książka "Wokół konstytucji 1935 roku" 


Wśród nas jest wiele Dzieci Powstania, które z pasją bronią przekonań, jakie wyniosły z domu rodzinnego i działalności społecznej. Te przekonania podparte są często głęboką wiedzą historyczną. Powszechna społeczna świadomość historyczna nie sięga daleko w przeszłość, zachowując w pamięci pobieżną znajomość faktów wyniesionych z lekcji historii.
Jednostki mogą się jednak pochwalić analizą setek zebranych dokumentów, z których wyciągają wnioski daleko wykraczające ponad poziom aktualnych dyskusji, jakie serwują nam stacje radiowo-telewizyjne.

Taką jednostką jest członek naszego stowarzyszenia Dzieci Powstania kolega Bogdan Światopełk-Zawadzki. Jego pasja - to ciągłość państwowości Polski w oparciu o analizę kolejnych konstytucji Rzeczypospolitej. Kol. Bogdan uważa Konstytucję 1935 za najważniejszy dokument Polski po odzyskaniu Niepodległości w 1918 r.

Przedstawiamy książkę pana Bogdana pt. „Wokół Konstytucji 1935 roku”.

Jako aktywny działacz „Solidarności”, począwszy od czasu studiów na Politechnice Gdańskiej, reprezentuje bardzo ostry, konserwatywny pogląd na wszystkie zmiany polityczne w naszym kraju. Dla przeciętnego „zjadacza chleba” wiele jego poglądów jest nieco trudne do akceptacji. W miarę lektury książki, zaznajamiania się z treścią uzasadnień tez autora, nabieramy szacunku do jego wywodów. Tym bardziej, że z książki wypływa szacunek do takich polityków jak marszałek Piłsudski, W.J. Sławek, W. Grabski, E. Kwiatkowski, R. Dmowski, I.J. Paderewski, W. Witos, G. Narutowicz, S. Wojciechowski.

Zachęcamy do lektury „Wokół Konstytucji 1935 roku”. Znajdziemy tam też wiele wątków z historii rodziny autora oraz opisy kontaktów z wybitnymi politykami żyjącymi w trakcie zbierania materiałów.

Felieton dr Jerzego Bulika



Cisza

Chce się powiedzieć za Wisławą Szymborską „cisza nie jedno ma imię…”
W znaczeniu podstawowym jest to stan, gdy w jakiejś przestrzeni nie rozchodzą się żadne dźwięki, ale jest to również cisza, która zapada pomiędzy ludźmi, niezależnie od tego, czy towarzyszy jej lub nie, jakieś „tło akustyczne” np. muzyka czy gwar panujący w danym pomieszczeniu.

Może być zewnętrzna, gdy dotyczy otaczającej nas przestrzeni i wewnętrzna, gdy dotyczy stanu naszego ducha.

Może oddziaływać na nas korzystnie – uspokajająco, a może też, szczególnie gdy jest bardzo głęboka (taka, jak np. w komorze bezechowej) i trwa długo – niepokoić, a nawet powodować występowanie chorobowych stanów nerwowych.

Może być zarówno oznaką zgody jak i sprzeciwu.

Może mieć różny „wydźwięk” (chociaż brzmi to paradoksalnie w odniesieniu do ciszy). Gdy zachodzi między dwójką przyjaciół może oznaczać harmonię i całkowite wzajemne zrozumienie, nie wymagające słów. Gdy zapada między ludźmi, którzy nie są sobie bliscy, oznacza brak wspólnej platformy do rozmowy i/lub niechęć do rozwijania kontaktu.
Może w różnych okolicznościach symbolizować „niewyrażalne” myśli i uczucia, np. gdy czcimy nią pamięć osoby zmarłej.

Może być naładowana emocjami, nadziejami lub obawami, gdy poprzedza wydarzenie na jakie się oczekuje.

Może być znacząca, wymowna, kontemplacyjna, upragniona, kojąca, nieprzyjemna, kłopotliwa, denerwująca, złowróżbna, martwa.
W konkluzji: żadna cisza nie jest niema; każda zawiera w sobie jakąś treść, każda w swoisty sposób mówi.



Wspomnienia Marii Jolanty Stefańskiej-Kuroń

W okresie okupacji niemieckiej rodzice moi - oboje zaangażowani byli w działalność konspiracyjną i używali fałszywych dokumentów.

Ojciec: Janusz Sierant, mama: Maria Wiśniewska - po ślubie (w dniu 26.12.1942r.) Maria Sierant. Również ja, ich córka od urodzenia tj. 23.11.1943r. nosiłam konspiracyjne nazwisko moich rodziców: Maria Jolanta Sierant.

Ojciec mój Roman Stefański ur. 10.02.1917r. mieszkał, studiował i pracował w Poznaniu. W chwili wybuchu wojny był zatrudniony w Zakładzie Ubezpieczeń Wzajemnych gdzie pracował jako urzędnik. W redakcji pisma ,,Orlęta" był redaktorem odpowiedzialnym. 

Od września 1939 r. związany z organizacją ZWZ. Na przełomie września i października 1939r. został zaprzysiężony w konspiracyjnej organizacji niepodległościowej Ojczyzna" - ps. Omega (ps. Roch) i Biurze Zachodnim Delegatury Rządu na Kraj (ps. Henryk). Jesienią 1940r. po zdradzie w środowisku konspiracyjnym Poznania, poszukiwany przez Gestapo listem gończym, musiał uciekać z Poznania. Dokumenty ,,lewe", które od września 1940 r. dla bezpieczeństwa przechowywał u zaprzyjaźnionego kolegi, w wynajmowanym przez niego pokoju ,,przepadły." Zostały spalone przez właścicieli mieszkania po aresztowaniu ich lokatora. W zorganizowaniu wyjazdu do Warszawy pomogła ojcu

starsza koleżanka ze studiów - ta sama, która wcześniej pokazała list gończy za nim. Bez dokumentów, w mundurze kolejarskim z legitymacją kolejarską z opaską na rękawie jaką nosili polscy kolejarze, jako pomocnik maszynisty, około 11 stycznia 1941 r. przyjechał do Warszawy. Na dworcu w toalecie przebrał się w cywilne ubranie, oddał kolejarzowi mundur i legitymację.

Znalezienie lokum w mieście, którego nie znał było bardzo trudne. Po nawiązaniu kontaktu z „,Ojczyzną" i zaprzysiężeniu dostał dokumenty drogą organizacyjną, z Ośrodka Dokumentacyjnego AK. Dokumenty przyniosła mu łączniczka „Ada”. Mógł już wynająć dla siebie pierwsze mieszkanie

w Warszawie. Łączniczka „Ada" w grudniu 1942 r. została Jego żoną. (poz. 1 i poz. 2 bibliografii)

Mama moja Teresa Maria Stefańska z domu Pohl ur. 11.08.1020r. urodziła się, jako najmłodsza z sześciorga dzieci w rodzinie Władysławy z Ludwiczaków i Walentego Pohlów Powstańca Wielkopolskiego, - właściciela piekarni przy ul. Strzeleckiej w Poznaniu. Harcerka, związana z oddziałem ZHP Chorągwi Poznańskiej.

We wrześniu 1939r. skierowana została do służby sanitarnej dla ludności cywilnej przy szpitalu Przemienienia Pańskiego w Poznaniu. Najstarsza z rodzeństwa Janina – pielęgniarka dyplomowana została powołana do służby medycznej w wojsku i przebywała poza domem. Brat Zygmunt z kartą mobilizacyjną wyruszył na wojnę.

Ojciec mamy Walenty został aresztowany i w grupie pierwszych zakładników osadzony w Ratuszu Poznańskim. W listopadzie 1939r. - kiedy przebywał w domu na przepustce z Ratusza, rodzina nieoczekiwanie została zmuszona przez Niemców do opuszczenia mieszkania, w ciągu kilkudziesięciu

minut. Małżonków Walentego i Władysławę z córkami: Zofią, Haliną i Teresą skierowano do Obozu dla Wysiedleńców Poznań Główna. Po 4. tygodniach pobytu w Obozie zostali wywiezieni koleją do Warszawy. Przed Bożym Narodzeniem, po 20.grudnia 1939r. wysiedli z pociągu na stacji Warszawa -Gdańska.

W Warszawie po nawiązaniu kontaktów z tajnie działającym oddziałem ZHP Chorągwi Warszawskiej mama podjęła pracę w PCK, w Sekcji Opieki nad dziećmi ofiarami wojny. W kwietniu 1940r. została przyjęta do organizacji niepodległościowej „Ojczyzna” ps. Ada. Z „,Ojczyzną" związani byli również brat mamy Adam i siostry. Od 1941 r. była łączniczką kierownika organizacji Witolda Grotta na Delegaturę Rządu na Kraj. Utrzymywała łączność pomiędzy Armią Krajową (Komórka Dokumentacyjna), a kierownictwem ,,Ojczyzny". Po aresztowaniu Witolda Grotta, w styczniu 1944r. została przydzielona, w charakterze łączniczki, do szefa organizacyjnego „Ojczyzny" Juliusza Kolipińskiego ps. Bartek W czasie Powstania Warszawskiego sanitariuszka dla powstańców i ludności cywilnej, leczonych w mieszkaniach prywatnych. W czasie pobytu w Krakowie podjęła ponownie funkcję łączniczki J.Kolipińskiego. (poz.1 Bibliografii)

Janusz Sierant i Maria Sierant z domu Wiśniewska to Rodzice moi, w życiu których uczestniczyłam nieprzerwanie od dnia 23. listopada 1943 r.

POWSTANIE WARSZAWSKIE

Na Żoliborzu, pobyt w Obozie Przejściowym w Pruszkowie, czas tułaczki.

Od urodzenia tj. od dnia 23. listopada 1943 r. mieszkałam z rodzicami na Żoliborzu, przy ul. Kozietulskiego 4B m. 4 .

Pozostawałam pod ich opieką. Rodzice, zaangażowani w działalność konspiracyjną związani byli z Armią Krajową, organizacją niepodległościową ,,Ojczyzna" i Delegaturą Rządu Londyńskiego na Kraj (poz. 1 i 2 Bibliografii). Opiekowała się mną Mama, która w miarę ograniczonych wówczas możliwości, utrzymywała czynny kontakt z organizacją ,,Ojczyzna". przede wszystkim jako łączniczka i kurierka.

Ojciec pracował poza domem. Był bardzo zaangażowany w działalność konspiracyjną.

Powstanie Warszawskie na Żoliborzu rozpoczęło się już o godz. 15.00. Ojciec dotarł do domu tuż przed rozpoczęciem walk. Kiedy z inicjatywy starszego harcerza Adama Kapłańskiego, którego mama moja znała jeszcze z Poznania, na Żoliborzu została utworzona Grupa Czerwonego Krzyża do opatrywania rannych (powstańców i ludności cywilnej) - leczonych w mieszkaniach prywatnych, włączyła się do tej pracy. Pełniła funkcję sanitariuszki. Działała w kwadracie ulic: Krasińskiego, Felińskiego, Wojska Polskiego, Kozietulskiego. Zawsze zabierała mnie ze sobą. Punkt PCK, W którym wydawano opatrunki mieścił się przy Pl. Inwalidów.

Dzień 29 września (ostatni dzień Powstania na Żoliborzu), był dniem najgorętszych walk. W godzinach popołudniowych, po wielogodzinnym ostrzale ul. Kozietulskiego żołnierze niemieccy wypędzili wszystkich z piwnicy, w której pomieszkiwaliśmy od jakiegoś czasu, a w której teraz schroniliśmy się razem z innymi mieszkańcami naszego domu. Wśród nas było też kilka osób, które uciekając przed ostrzałem tu się ukryły. Przymusili do wyjścia z piwnicy również kobietę, która błagała aby pozwolili jej zostać przy ciężko rannym, umierającym synku Tadziku.

Pognano nas pieszo ulicami: Kozietulskiego, Wojska Polskiego (pod niemieckim ostrzałem z ostrej broni), w kierunku Instytutu Chemii Przemysłowej, Powązek - do kościoła p.w. Św. Wojciecha na Woli. 

Mama po raz pierwszy opowiedziała mi o tym w dniu 24.06.2010r. w czasie kiedy oczekiwałyśmy na przybycie ekipy z Muzeum Powstania Warszawskiego, na nagranie dla Archiwum Historii Mówionej. Odręczny zapis tej wstrząsającej relacji zachowałam w swoich zbiorach.

W kościele p.w. Św. Wojciecha rodzice spotkali znajomego lekarza, dra Edwarda Kowalskiego- władającego doskonale jęz. niemieckim, zaprzyjaźnionego z naszą rodziną. Doktor Kowalski, tego dnia (oddelegowany ze szpitala przy ul. Płockiej w którym był zatrudniony), badał osoby dorosłe. To była ,,pierwsza ocena stanu zdrowia" - przed wysyłką do Obozu Przejściowego. Doktor, wydał ojcu zaświadczenie z rozpoznaniem: gruźlica płuc. Podał mu też nazwisko lekarza, do którego w obozie w Pruszkowie, miał zgłosić się do rejestracji.

W Kościele św. Wojciecha spaliśmy dwie noce. W dniu 1 października 1944r. pieszo (rodzice mieli dla mnie wózek), przeszliśmy w kierunku torów kolejowych, do załadunku do wagonów. W wagonach towarowych, późnym popołudniem dotarliśmy do Obozu. Kolejka do rejestracji ustawiona była na zewnątrz baraku. Na badanie przez lekarza obozowego, poleconego przez dra Kowalskiego, czekaliśmy całą noc. Lekarz potwierdził poprzednie rozpoznanie: gruźlica płuc. Ojciec uniknął wysyłki na roboty do Niemiec. Nie zostaliśmy rozdzieleni z sobą.

W Obozie Przejściowym w Pruszkowie (wózka już nie mieliśmy) – ulokowano nas w hali warsztatów kolejowych. Mama ze mną siedziałyśmy na wiązce słomy, którą znalazł gdzieś tato. W tej hali ludzie leżeli bezpośrednio na posadzce. Nasz pobyt w Obozie trwał od 1. do 5. października 1944 roku . W dniu 5 października - przed wieczorem, wyprowadzono nas z Obozu w kierunku rampy kolejowej. W odkrytych wagonach towarowych węglarkach, w ulewnym deszczu zostaliśmy wywiezieni w kierunku Krakowa, docelowo do Auschwitz. Na platformie wagonu, w zadaszonej budce strażniczej siedział żołnierz niemiecki. W rejonie Jędrzejowa, podczas postoju pociągu, który zatrzymał się przed stacją kolejową rodzicom (razem ze mną) udało się zbiec z transportu. Pieszo dotarli do miasteczka.

W Jędrzejowie odszukaliśmy rodzinę państwa Firlików- rodziców kolegi najstarszej siostry mamy mojej, którzy tak jak rodzina Pohlów - byli wysiedleńcami z Poznania. Ludzie ci udzielili nam schronienia. W ich gościnnym domu zostaliśmy do połowy października 1944r. Z Jędrzejowa ,,na własną rękę" wyjechaliśmy do Krakowa.

W Krakowie, zatrzymaliśmy się przy ul. Starowiślanej, w mieszkaniu rodziców kolegi ojca z „Ojczyzny" - państwa Roskoszów. Później w mieszkaniu przy ul. Sobieskiego 5 m.7 . Ojciec nawiązał kontakt z organizacją i kontynuował działalność konspiracyjną. Miał nowe dokumenty, a i tak był poszukiwany. W tym czasie Niemcy w Krakowie organizowali łapanki na ludzi z Warszawy. Dwukrotnie był zatrzymywany. Raz, w grudniu 1944r.- zabrany z ulicy, trafił do obozu na Prądniku. 

W styczniu 1945r. po tym jak ponownie został zatrzymany i wyprowadzony z mieszkania przy ul. Sobieskiego (razem z kolegą z organizacji, J. Kolipińskim), mama ze mną wyjechała z Krakowa - pociągiem, do Nowego Sącza. Taki plan działania, na wypadek aresztowania ojca, był uzgodniony wcześniej przez rodziców. Wspominała: miałam walizeczkę, poduszeczkę i ciebie na rękach".

Do Nowego Sącza dojechałyśmy późnym wieczorem. Wysiadłyśmy na stacji Nowy Sącz Przystanek. Mama znała adres domu, do którego miałyśmy się udać: Na Rurach, do chałupy gospodarza Frankowskiego. Frankowski był krewnym przyjaciela mojego ojca, jeszcze z Poznania. Usiadła ze mną na jakimś murku. Nie miała siły nieść mnie i iść dalej. Pomocy udzieli jej dwaj żołnierze niemieccy, którzy przebywali wtedy na tej stacji. Podprowadzili mamę w kierunku części miasta - Na Rurach. Tam, w nocy dołączyli do nas ojciec mój z J. Kolipińskim.

W czasie następnej nocy, tj. z 18. na 19. stycznia 1945 r. w Nowym Sączu, został wysadzony w powietrze Zamek, w którym wtedy mieścił się arsenał. Luna ognia była widoczna Na Rurach. Do Nowego Sącza wkroczyła Armia Czerwona. Gospodarz Frankowski zadecydował, że wszyscy również on z rodziną musimy wyjść z domu. Rankiem udaliśmy się do sąsiedniego domu, do mieszkania obcych nam ludzi. Po niedługim czasie, kiedy mama ze mną zaczęła się rozlokowywać, do pokoju weszli żołnierze radzieccy i nakazali wszystkim opuścić dom. W następnej chałupie nie mogliśmy zostać, tam były pluskwy. Nie mieliśmy gdzie się podziać. Pomocy udzielił nam obcy człowiek, kierowca ciężarówki zaparkowanej niedaleko. Zaprowadził na noc do swoich krewnych. W Nowym Sączu przy ul. Zacisze 17 zatrzymaliśmy się nie dłużej niż na jedną noc. 

W lutym 1945 r. Powiatowy Komendant Milicji Obywatelskiej w Nowym Sączu, na wniosek złożony przez rodziców, wydał przepustki uprawniające ich do wyjazdu z Nowego Sącza do Warszawy.

Dla ojca: dnia 09.II.1945r. dla mamy dnia 20.II.1945r. . 

Nie przypominam sobie w jaki sposób z Nowego Sącza dotarliśmy do Krakowa. Pamiętam tylko rozmowy rodziców, którzy wspominali nocną wędrówkę w terenie górzystym i spotkanych wtedy dwóch radzieckich żołnierzach ubranych w kożuchy.

Ojciec wcześniej już podjął działania w celu otrzymania zezwolenia na wyjazd do Poznania. Poznań, to miasto, w którym oboje z mamą urodzili się, przed wojną mieszkali i w którym mieszkały ich rodziny. W dokumentach, którymi rodzice legitymowali się Poznań nie figurował, nie było więc uzasadnienia do ubiegania się o przepustkę na powrót do tego miasta. Dzięki staraniom kolegów z krakowskiej komórki ,,Ojczyzny", w Starostwie przyjęto od ojca wniosek o udzielenie takiej zgody. Zarząd Miejski w Krakowie - Starostwo Grodzkie w dniu 21.II.1945r. wydał Przepustkę Nr 6175 zezwalającą na wyjazd Janusza Sieranta do Poznania, dawnego miejsca zamieszkania. . Marzenie rodziców o powrocie do Poznania miało szansę się spełnić.

W Krakowie, jak poprzednio zatrzymaliśmy się w mieszkaniu przy ul. Sobieskiego 5. Byliśmy wszyscy bardzo słabi. Wygłodzeni, wychudzeni i wymęczeni. Ja, która wcześniej już chodziłam, teraz kiedy miałam 15 miesięcy przestałam chodzić samodzielnie. Miałam odmrożone nogi, a mama nie miała sił żeby mnie nosić. Rodzice nie mieli wózka dla mnie. Ojciec w dniu 3. marca 1945r. zgłosił się do rejestracji w Rejonowej Komendzie Uzupełnień Kraków-Miasto Otrzymał zaświadczenie potwierdzające wypełnienie obowiązku rejestracji . Na ostatni etap podróży, który był przed nami mieli już przygotowane Kennkarty. Były to ostatnie konspiracyjne dokumenty moich rodziców.

W Krakowie musieliśmy zatrzymać się na dłużej, aby nabrać sił przed wyruszeniem w dalszą drogę.

Kolejnym celem naszej podróży miały być Katowice. Nie mam wiedzy, kiedy i jakim środkiem transportu wyruszyliśmy z Krakowa w kierunku Katowic.

W Katowicach udaliśmy się na adres ciotki ojca, kuzynki jego matki. Była już późna godzina wieczorna, kiedy weszliśmy do mieszkania, w którym było pełno osób przyjezdnych. Ludzie ci, podobnie jak my, wracali po wojnie do swoich rodzin. Ciotka nie miała nas gdzie położyć. Miejsca na podłodze we wszystkich pomieszczeniach mieszkania były już w zajęte. Zaproponowała więc łazienkę. Tę noc przespaliśmy we trójkę w wannie. Z Katowic wyruszyliśmy w dalszą drogę, do Poznania.

W Poznaniu, prosto na ul. Garbary 4 m.11, do domu rodzinnego ojca. Tam, tak jak przed wojną mieszkali rodzice: Kazimierz i Maria Stefańscy z córkami Zofią i Urszulą. Zamieszkaliśmy wszyscy razem na Garbarach.

W Biurze Meldunkowym rodzicom wydano Kartę Rejestracyjną mieszkańców stoł. miasta Poznania, w której figurują prawdziwe (,,urodzeniowe") nazwiska i dane moich rodziców . Do rejestracji mama przedstawiła swoją kartę rozpoznawczą z dnia 27.08.1943r. wydaną przez Starostę Miejskiego w Warszawie, ojciec wylegitymował się przedwojennym dowodem osobistym, wydanym w dniu 27.01.1938r. przez Prezydenta Stoł. Miasta Poznań . Rodzice mogli zostać zameldowani na pobyt stały w Poznaniu.

W Poznaniu w Dniu 27 kwietnia 1945 r. zakończyła się nasza poobozowa, wojenna tułaczka.


Zdarzenia i zmyślenia - Rozdział 5 - Lata trzydzieste

– Pani Klaro – powiedziała Regina po przekroczeniu progu – przyprowadziłam wnuczkę,
żeby dowiedziała się od pani, jak to z tym wybuchem wojny było naprawdę.
– Matylda jestem – dziewczę w podartych dżinsach wyciągnęło rękę do starszej pani.
– Nie wiem, czy potrafię powiedzieć coś nowego, co nie byłoby powszechnie znane –
odparła Klara.
– Nie ma pani pojęcia, co teraz młodym wkładają do głów – powiedziała zatroskana babcia
dziewczęcia. – Tylko patrzeć, jak będziemy Niemców przepraszali za drugą wojnę światową.
– Od czegoś trzeba zacząć. Prezydent Gdańska zapowiadała już nie po raz pierwszy radosne
świętowanie rocznicy wybuchu wojny – Klara podchwyciła ton swojej rozmówczyni.
– A może czas na pojednanie? – wtrąciła zaczepnie młoda osoba.
– Słyszy pani? – babcia Matyldy nie kryła oburzenia.
– W takim razie zacznę może od czasów poprzedzających wojnę – zaproponowała Klara.


Sto lat temu z okładem stał się cud. Polska odzyskała niepodległość po stu dwudziestu trzech latach niewoli. Młodzi mieli nareszcie wspaniałe perspektywy budowania od podstaw nowego państwa w wolnym kraju. Takimi szczęściarzami byli właśnie Amelia i Józef. Może lepiej atmosferę tamtych lat odda odpowiedni fragment wspomnień ich córki.
Moi rodzice pobrali się i zamieszkali w wynajętym mieszkaniu na Solcu. Tak się złożyło,
że oboje byli najmłodsi w swoich dość licznych rodzinach, które chętnie ich odwiedzały. Krysia, siostrzenica mamy, czyli córka Janiny i Edwarda, bardzo lubiła przyjeżdżać do wujostwa do Warszawy, gdzie mogła do woli biegać po schodach, które w rodzimej leśniczówce miała zaledwie kilka stopni. Dowodem rzeczowym niech będzie załączone zdjęcie z leśniczówki. Nie ma na nim co prawda Krysi, ale jestem ja z mamą i ciocią Janką.



Krysia i jej brat Andrzej mieli świetny kontakt z wujkiem, któremu kibicowali, można powiedzieć od samego początku, czyli od czasów, kiedy jeszcze wujkiem nie był, a ciocia miała dwóch starających się o jej rękę. Ten drugi adorator cioci nie podobał się obojgu siostrzeńcom i próbowali mu to okazywać, kiedy odwiedził ich w leśniczówce. Stało się w końcu po myśli dzieci, a ukochany wujek umiał z nimi nie tylko rozmawiać. Skonstruował bandżo, na którym przygrywał do ich śpiewów.
Nic nie stało na przeszkodzie, żeby młode małżeństwo postarało się o własne dzieci. Kiedy miałam się urodzić, rodzice zastanawiali się, jakie imię nadać potomkowi. Zdecydowali, że jeśli będzie chłopiec, to otrzyma imię Marcin, a jeśli dziewczynka to... Było wiele propozycji, ale tak naprawdę wchodziło w grę tylko jedno imię – Małgosia, czyli przybrane od dawna imię mamy.

– Nie chcieli znać zawczasu płci dziecka? – wtrąciła Matylda.
– Może i chcieliby, ale jak mieli się dowiedzieć?
– Widzi pani czego teraz w szkołach uczą – skomentowała Regina.

Klara wróciła do przerwanej lektury.
Przygotowując wyprawkę, którą należało zabrać do szpitala, przyszła mama pracowicie
wyszyła inicjały na wszystkich kaftanikach i pieluszkach.

– Jak to na pieluszkach? – zdziwiła się Matylda.
– Nie przerywaj – upomniała ją Regina. – Dzisiejsza młodzież nie umie sobie nawet wyobrazić życia bez jednorazówek.
– Rzeczywiście – przyznała Klara. – Wówczas pieluszki się prało i nawet prasowało, a kaftaniki służyły niekiedy następnym pokoleniom. Winston Churchill był chrzczony w mocno  pocerowanej koszulce odziedziczonej po przodkach. Oszczędność to cecha związana nierozerwalnie z konserwatyzmem.

Wracając do naszej polskiej rzeczywistości okresu międzywojennego, Polska zawdzięczała swój powrót na mapę Europy determinacji Polaków, współpracy przywódców między sobą, ale
też wielu sprzyjającym czynnikom. Nadal ścierały się tu interesy obcych mocarstw, miały one jednak znikomy wpływ na zmiany zachodzące w prężnie rozwijającym się państwie. Przywódców różnych partii łączyło jedno – dbałość o dobro Polski.
Klara sięgnęła znowu po pamiętnik.
Nasza trzyosobowa rodzina przeniosła się do nowoczesnego mieszkania służbowego na Pradze, które przydzielono ojcu, jako pracownikowi Polskiej Poczty i Telegrafu.

– Na Pradze – wtrąciła Regina – to pewnie przetrwało wojnę?
– Przetrwało. Mieści się na Ratuszowej, a z jego okien widać ZOO. Może nawet do dziś
należałoby do tej rodziny, gdyby nie patriotyzm młodego małżeństwa.
– Jak to? – spytała Matylda.
– Nie tylko Wanda nie chciała Niemca. Rodzice Małgosi też nie zgodzili się przyjąć oficera
Wehrmachtu na sublokatora. Skończyło się eksmisją z mieszkania. Ale wróćmy jeszcze do
szczęśliwych przedwojennych chwil.

Mama nie musiała pracować zarobkowo, mogła poświęcić się całkowicie rodzinie i swojemu hobby, czyli czytaniu niezliczonej ilości książek. Mieszkanie było bardzo nowoczesne na owe czasy, wyposażone w łazienkę z ciepłą bieżącą wodą pochodzącą z bojlera, w którym woda podgrzewała się automatycznie podczas gotowania na kuchence.
Przyjmowanie gości było naturalną rozrywką młodych rodzin. Co prawda, dzieci niekiedy się nudziły i przeszkadzały dorosłym. Było takie spotkanie towarzyskie, podczas którego znalazłam sobie zajęcie i dorośli nie musieli się mną zajmować. Spokój zakłócił dopiero sąsiad pukając do drzwi. Przyszedł z informacją, że z balkonu wyrzucane są pantofle. To nie był żart ze strony małego dziecka, tylko poznawanie praw fizyki.
Natomiast dorośli potrafili się niecnie zabawiać dziećmi. Oto przykład. W tym samym bloku mieszkało inne małżeństwo z synem. Jędruś był moim rówieśnikiem i rodzice żartowali sobie, że ich dzieci jak dorosną, to się pobiorą. Dzieci bawiły się niekiedy same na podwórku, wystarczyło zerkać na nie od czasu do czasu z kuchennego okna.

– Jak to? – zdziwiła się znowu Matylda – same na podwórku? Słyszysz? – zwróciła się do Reginy – Ty nigdy nie pozwalałaś mi samej zostać na podwórku.
– To były całkiem inne czasy – skwitowała Regina. - wówczas dzieciom żadne niebezpieczeństwo nie zagrażało. Ale nie przerywaj pani.




– Gorzej było z samodzielnym powrotem do domu – Klara wróciła do lektury. – Kiedy chciałam wrócić do domu, wzywała mamę, żeby mnie zaniosła na drugie piętro. Zdarzało się, że mamy nie było, wówczas wzywałam mamę Jędrusia. Ale jak? Ktoś zaproponował żeby wołać „teściowa”. Wszyscy mieli ubaw.


– Ma pani może jakieś fotki z tamtych czasów? – wtrąciła znowu Matylda.
– Wydaje mi się, że to zostało zrobione gdzieś na zapleczu późniejszego podwórka, ale zapewne wcześniej.
– To pani jest na tym zdjęciu? – zapytała Matylda biorąc do
ręki fotografię.
– A jak myślicie? – odparła Klara wymijająco – zostało
zrobione prawdopodobnie w miejscu, lub pobliżu miejsca, o którym mowa.
– Bardzo się pani zmieniła.
– Ha, ha, No, myślę!
– Miała pani czarne włosy?
– Nie sądzę, zawsze byłam blondynką.
– Babciu, spójrz – Matylda podsunęła Reginie fotografię.
– Chwileczkę – wtrąciła Klara – no chyba nie sądzicie, że mogłabym być tą koło wózka, nie tą w wózku? Takiego sędziwego wieku dożywają jedynie żydowscy właściciele warszawskich kamienic.



26 lis 2023

Hanna Szymanowska - Wspomnienia

Nazywam się Hanna Szymanowska – Karolczuk. Mieszkam w Malborku i jestem emerytowaną nauczycielką. Urodziłam się 4. lutego 1941 r. w okupowanej Warszawie, w szpitalu przy ulicy Karowej.

Do dnia wybuchu Powstania mieszkałam z moją rodziną – ojcem Stefanem (urzędnikiem skarbowym) i matką Jadwigą zd. Browarek (businesswoman mówiąc nowomodnie) w kamienicy przy ulicy Królewskiej 29.


ul. Królewska 27-29 - zdjęcie z roku 1939.
Źródło: Warszawa1939.pl

Przyszłam na świat jako 7-miesięczny wcześniak. Żyję tylko dzięki determinacji moich rodziców i nieprawdopodobnemu poświęceniu żydowskiej lekarki - pediatry, która przez pierwsze trzy miesiące życia nieustannie się mną opiekowała. Pamięć tej kobiety otaczam najgłębszym szacunkiem na jaki mnie stać - choć wiedzy o Niej mam ledwie okruchy. Nazywała się Klara i Jej znajomość z moją rodziną datowała się jeszcze sprzed wojny. Praktykę lekarską musiała zaczynać długo przed epoką Hitlera (być może w Niemczech), gdyż jedyna pozostawiona przez Nią (i przechowana w mojej rodzinie) opowieść dotyczyła uratowania dwójki dzieci (bliźniaków-wcześniaków), jakie „przytrafiły się” zamożnemu, niemieckiemu małżeństwu w dość zaawansowanym wieku. Według przekazu mojej matki - Klara zginęła pod Otwockiem, ale ani czasu, ani okoliczności Jej śmierci nie znam.

Utrzymanie naszej rodzinie w czasie okupacji zapewniała praca ojca (który zachował zatrudnienie w administracji skarbowej, pracującej pod zarządem okupacyjnym) i działalność handlowa matki, prowadzącej wspólnie z siostrą Krystyną (po mężu Łukasik) sklep delikatesowy.


ul. Królewska - to samo miejsce 79 lat później

Z racji wieku - własnych wspomnień z okresu wojennego mam bardzo mało, a i tych nie jestem do końca pewna. Być może stanowią one jedynie sztuczne obrazy – wtórnie stworzone i utrwalone poprzez opowieści starszych członków rodziny z lat późniejszych (chociaż stwierdzić muszę, że temat wojny, okupacji i Powstania był wśród nas bardzo rzadko podejmowany).

Pierwsze z moich wspomnień, dość wyraźne, związane jest z żółwiem. Gorący, nagrzany słońcem piasek, po którym drepcze to zwierzę. Ma żółto-brązową skorupę i dość żwawo przebiera łapkami, a ja próbuję je złapać. Sceneria pozwala na umiejscowienie tego obrazu   w Michalinie, podwarszawskiej miejscowości, w której wujostwo Łukasikowie mieli letni dom. Ale skąd kolorowy żółw na wsi pod Warszawą?

Kolejne to już ewidentnie czas Powstania. Ciasne, mroczne, zatłoczone pomieszczenie. W powietrzu wisi kurz, jest duszno, słychać ludzkie krzyki. Przeciska się w moim kierunku dorosły mężczyzna z dużą, szklaną butelką w ręku i pyta czy ktoś nie chce wody.

Krótki (może tylko wyrywkowo i nie do końca poprawnie zapamiętany) wierszyk o ewidentnie powstańczym rodowodzie:

Pruje karabin maszynowy, ja się boję, bo to krowy” 

- który jeszcze długo po wojnie, jako starsze dziecko, bez głębszego zrozumienia powtarzałam w czasie podwórkowych zabaw.

Potem duża, z perspektywy dziecka ogromna wręcz sala, do której trzeba było iść w dół po stromych stopniach. Na posadzce koce, sienniki i inne prowizoryczne posłania na których koczuje mnóstwo ludzi. Wokół jakieś toboły i walizki. W wejściu, u wylotu schodów staje kilku niemieckich żołnierzy. Jeden zdejmuje hełm i siada obok nas. Straszny strach i cisza, ale Niemiec tylko bierze na kolana mojego ciotecznego brata Leszka (starszego o trzy lata) i coś do niego zagaduje. Leszek (dziecko o urodzie „prawdziwego Aryjczyka”) siedzi sztywno i nic nie mówi. Po jakimś czasie Niemcy wychodzą.

Kolejne obce, ponure, nieznane mi miejsce – brudne drewniane schody. Tulę do siebie szmacianą laleczkę i bardzo się smucę, że nie mogę jej nakarmić, bo gdzieś zginęły mi garnuszki i talerzyki.  

Fragment, być może dotyczący czasu wypędzania cywilów z Warszawy – masa ludzi idących szutrową drogą przez pola. Po obu stronach drogi krzaki dorodnych pomidorów. Kto tylko może, ten je zrywa i upycha po kieszeniach lub chowa w bagażu. Ale są i tacy, którzy na poboczach rozpalają małe, prowizoryczne ogniska i gotują je w jakiś naczyniach.

Znowu wielu ludzi i straszny ścisk. Wszyscy tłoczą się na torach kolejowych.  W tym zamęcie ginie mi czapka (dziwne - ale zapamiętana ze szczegółami: ciepła, z „uszami”, granatowo-czerwona). Upchnięci w odkrytym wagonie długo gdzieś jedziemy. Jest zimno, ale dostaję do picia niesamowicie słodkie mleko, którego puszkę matka zdołała podgrzać w tym wagonie na płomieniu świecy.

Drewniana izba z jednym dużym łóżkiem – to pewnie Zelków, wieś pod Krakowem, do której trafiliśmy po wywiezieniu z obozu przejściowego w Pruszkowie (z którego kompletnie nic nie pamiętam – za wyjątkiem dużo późniejszej, zdawkowej opowieści matki o symulowaniu zaawansowanej ciąży, co podobnież zmniejszało niebezpieczeństwo gwałtu). Ciągłe dojmujące zimno i nieustanne uczucie głodu. Nikt nie jest mi w stanie wyjaśnić, dlaczego marznę   i dlaczego nie mogę się najeść.

I mam też jeszcze jedno wyraźne „warszawskie” wspomnienie, którego mogę być już absolutnie pewna. W pierwszych latach powojennych zapadłam na poważną chorobę oczu. Nie wiedzieć czemu - leczenie udało się rozpocząć w stołecznej przychodni okulistycznej przy ulicy Oczki, prowadzonej przez zakonnice. Wielogodzinna jazda pociągiem z niekończącymi się postojami, potem chwiejący się (dosłownie) most na Wiśle. I droga na piechotę przez niekończące się morze (banalne stwierdzenie) gruzów, gruzów i jeszcze raz gruzów. A potem nocleg w zrujnowanym domu, w wannie zamienionej na łóżko.

Tak niewiele zachowała pamięć dziecka…    

Ale mam też nieodparte wrażenie, że przez całe późniejsze życie towarzyszyły mi uczucia i emocje głęboko tkwiące korzeniami w tamtym okresie. I nie była to tylko silna obawa przed ciemnością, absolutna niechęć do tłumu i tłoku, złe samopoczucie w „nieoswojonych” kontekstach.

To przede wszystkim dojmujące poczucie wyrwania ze swojego, jedynego właściwego, przypisanego mi kiedyś miejsca. To straszne uczucie odczuwałam nie tylko ja, ono wpłynęło też destrukcyjnie na całą moją rodzinę, która nigdy nie „odnalazła się” w małomiasteczkowych realiach „Ziem Odzyskanych”. To chyba najwyższa cena, jaką wszyscy zapłaciliśmy za cud przeżycia warszawskiego piekła.

18 lis 2023

Langner-Matuszczyk Hanna - Wspomnienia

Jestem emerytowaną adiunkt Instytutu Matematyki Politechniki Wrocławskiej. Moim promotorem był Profesor Władysław Ślebodziński (6.02.1884-3.01.1972), wybitny polski matematyk, twórca pojęcia pochodnej Liego, który 13 listopada 1942 r. został aresztowany przez funkcjonariuszy zakopiańskiej placówki Gestapo, we dworze państwa Głowińskich w Rabie Wyżnej, za wielkie wykroczenie przeciwko zarządzeniom niemieckich władz okupacyjnych, jakim na ziemiach polskich zagarniętych przez III Rzeszę Niemiecką było uczenie polskich dzieci i polskiej młodzieży m.in. matematyki i fizyki w tajnie zorganizowanych gimnazjach, liceach i uczelniach. Gdy w Warszawie 1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie przeciwko znienawidzonemu niemieckiemu okupantowi, Profesor Władysław Ślebodziński był nadal Numerem 79053 w niemieckim obozie koncentracyjnym i zagłady w Auschwitz i miał wtedy już ponad sześćdziesiąt lat.

Ja zaś w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego miałam zaledwie cztery lata, cztery miesiące i siedem dni i wraz z rodzicami mieszkałam w Warszawie przy ul. Asfaltowej 14.   

Moi rodzice pobrali się 28 maja 1939 r. w Kościele św. Marii Magdaleny w Cieszynie. Ojciec mój – Antoni Władysław Langner, urodzony 20 grudnia 1917 r. był katolikiem, ochrzczonym w Kościele Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Ostrzeszowie, natomiast Mama – Małgorzata Anna Melcher, urodzona 11 lipca 1923 r. była luteranką, ochrzczoną w Kościele Jezusowym w Cieszynie; przed ślubem dokonała konwersji na katolicyzm. Ojciec pracował wówczas w Cieszynie jako urzędnik biurowy w firmie ciesielskiej swojego ojca Władysława Langnera, oddelegowanego z Warszawy na Śląsk Cieszyński z zadaniem rozbudowy Centralnego Okręgu Przemysłowego w tamtym regionie Polski. Mama zaś była uczennicą Żeńskiego Gimnazjum Kupieckiego w Cieszynie; a ponieważ w dniu ślubu nie miała ukończonych lat szesnastu, na swoje zamążpójście musiała uzyskać specjalne urzędowe zezwolenie. Do końca sierpnia 1939 r. rodzice moi mieszkali w Cieszynie przy Alei Łyska 3 wraz z resztą rodziny mojej Babci Anny Melcherowej z domu Cieślar, nieszczęśliwie owdowiałej w dniu 11 czerwca 1932 r.

31 sierpnia 1939 r. wyjechali z Cieszyna, chcąc przed końcem wakacji dotrzeć do Warszawy, gdzie mieli zamieszkać przy ul. Zaolziańskiej 33, w domu rodziców mojego Ojca – Wiktorii i Władysława Langnerów. Wybuch wojny pokrzyżował im te plany, bowiem pociąg, którym jechali został zatrzymany w Częstochowie i przez blisko cztery tygodnie, aż do dnia kapitulacji stolicy Polski, rodzice koczowali na tamtejszym dworcu, zanim znów zaczęły kursować pociągi do Warszawy.

Urodziłam się w domu Dziadków Langnerów. Przyjście na świat dziewczynki wywołało na Ulrychowie wielką konsternację, ponieważ niemal wszyscy spodziewali się narodzin chłopca, dla którego już nawet wybrano dwa piękne imiona: Wojciech Jerzy. W dodatku pojawiłam się na świecie w samo święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie, które w roku 1940 było ponadto Lanym Poniedziałkiem oraz Śmigusem-Dyngusem, czyli drugim dniem Świąt Wielkanocnych.

Kilkadziesiąt minut po moim urodzeniu Mama moja wprowadziła swoją Teściową w jeszcze większe osłupienie, orzekając, iż będę nosić imię Hanna na pamiątkę tytułowej bohaterki ostatniej powieści Jej ulubionego pisarza Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, który we wrześniu 1939 r. w stopniu kaprala podchorążego poległ w granicznym miasteczku Kuty.

Na takie dictum moja Babcia Wiktoria dość szybko oświadczyła, iż w takim przypadku, mimo wcześniejszych obietnic, ona jednak nie może zostać matką chrzestną swojego pierwszego wnuczęcia (co w przypadku przyjścia na świat Wojciecha Jerzego już dawno było ustalone), ponieważ imię Hanna jest imieniem pogańskim, bo jeszcze nie ma świętej Hanny. Na szczęście, Ojciec mój również w dniu moich urodzin zachował tak wówczas niezbędną przytomność umysłu i rzekł (cytuję): Mamo kochana, to prawda, że jeszcze nie ma świętej Hanny, ale kiedyś będzie! I po tych słowach, chcąc nie chcąc, Babcia Wiktoria wycofała swój sprzeciw, dodając jednakże warunek, że w takim przypadku drugie imię Jej pierwszej wnuczki musi być najświętsze.

Dzięki wyżej opisanej wymianie zdań spór rodzinny, spowodowany moim niespodziewanym pojawieniem się na świecie, został zażegnany i w najbliższą niedzielę, 31 marca 1940 roku, w Kościele św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny na Kole (przy ul. Deotymy) ówczesny ks. Proboszcz Jan Sitnik już mnie ochrzcił dwojgiem imion: Hanna Maria. Moim ojcem chrzestnym był stryjeczny brat mojego Ojca, również Antoni Langner, późniejszy więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Flossenbürg Nr 19745.

Nawiasem mówiąc, po sprowadzeniu do Warszawy w listopadzie 1978 r. prochów Tadeusza Dołęgi-Mostowicza i ich pochowaniu w katakumbach na Starych Powązkach, również i ja, gdy tylko jest to możliwe, zapalam tam światło pamięci.

Latem 1941 r. rodzice moi przeprowadzili się na Mokotów. Zamieszkaliśmy przy ul. Asfaltowej 14 m. 12. Mama – poza prowadzeniem gospodarstwa domowego – zaczęła uczęszczać na tajne komplety, na których rok później zdała egzamin maturalny. Ojciec zaś, będąc już właścicielem dwóch samochodów ciężarowych marki Chevrolet, założył firmę transportową „A. Langner Transportunternehmen – Warschau, Asfaltowa Str. 14”, która na oficjalnych papierach pracowała na rzecz Feldbauleitung der Luftwaffe 29-II-B Luftgau Moskau in Posen.

To sprawiło, że gdy mojego Ojca pod koniec 1941 r. poznał Zygmunt Jędrzejewski „Jędras”, żołnierz wydzielonej organizacji dywersyjnej Związku Walki Zbrojnej o kryptonimie „Wachlarz” (utworzonej latem 1941 r. po agresji III Rzeszy Niemieckiej na Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich), to w firmie Ojca dostrzegł możliwości swobodnego przerzutu ludzi i broni na tereny położone za wschodnią, przedwojenną granicą Polski, które były objęte działalnością „Wachlarza”. O odkryciu firmy Ojca „Jędras” powiadomił swojego przełożonego Remigiusza Grocholskiego „Doktora”, który wyraził zgodę na wciągnięcie Ojca do konspiracji. I wczesną wiosną 1942 r. Ojciec mój został zaprzysiężony jako nowy członek „Wachlarza”. Od tego momentu „Pan L.” wspólnie z „Jędrasem” odbył wiele wypraw na wschód, przewożąc ludzi (na ogół z fałszywymi dokumentami) oraz broń, mapy, materiały wybuchowe i amunicję przesyłaną terenowym komórkom III Odcinka „Wachlarza” (Brześć-Homel) przez warszawską centralę ZWZ-AK.

Dalsze informacje o działalności konspiracyjnej Ojca w „Wachlarzu”, a później w batalionie kuriersko-przerzutowym CZT, przekształconym w ostatnich dniach lipca 1944 r. w kadrowy batalion liniowy „Czata 49” oraz informacje o Jego szlaku bojowym w Powstaniu Warszawskim znaleźć można w rozkazie gen. Stefana Roweckiego „Grota” o odznaczeniach nadanych za akcję pińską, opublikowanym w Biuletynie Informacyjnym Nr 7 (162) z dnia 18 lutego 1943 roku i ponadto w czterech książkach autorstwa Cezarego Chlebowskiego: „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”, „Wachlarz”, „Odłamki granatu” i „Zagłada IV Odcinka” oraz we wspomnieniach Alfreda Paczkowskiego „Ankieta cichociemnego” (których pierwsze wydanie nosiło tytuł „Lekarz nie przyjmuje”), Zygmunta Jędrzejewskiego „Od września do września”, Romualda Śreniawy-Szypiowskiego „Barykady Powstania Warszawskiego 1944” i opracowaniu Bartosza Nowożyckiego „Batalion Armii Krajowej „Czata 49” w Powstaniu Warszawskim”. Dodaję, że na podstawie zawartych tam informacji Pan Tomasz Zatwarnicki „Whatfor” opracował powstańczy biogram mojego Ojca, który wraz z reprodukcjami zachowanych zdjęć i dokumentów został zamieszczony na stronie internetowej Muzeum Powstania Warszawskiego pod adresem: https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/antoni-langner,26518.html#.

Ostatni raz widziałam Ojca we wtorek, 1 sierpnia 1944 r. Żegnając się ze mną, powiedział, że wróci najpóźniej w niedzielę. Pierwszy i jedyny raz Ojciec mój nie dotrzymał danej mi obietnicy. Jeszcze przez wiele długich dni czekałam na Jego powrót. Gdy wraz z Mamą, na rozkaz Niemców musiałyśmy opuścić mieszkanie na Mokotowie, to w maleńkiej fibrowej walizeczce, którą była w stanie unieść czteroipółletnia drobniuteńka dziewczynka, musiały się zmieścić moje wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i moje wszystkie skarby. Ale wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że do mieszkania na Mokotowie już nigdy nie wrócę i, co znacznie ważniejsze, jeszcze nie wiedziałam, że 7 września 1944 r. zostałam półsierotą.

I dlatego, mimo iż od owego dnia upłynęły już ponad 73. lata, na tzw. „wszelki wypadek”, staram się mieć zawsze przy sobie moje przysłowiowe „trzy pokoje z kuchnią”, a mała deserowa łyżeczka, ta niewielka pamiątka z warszawskiego mieszkania, wtedy niezwykle przydatna, wiele lat później stała się nawet moim talizmanem. Gdy bowiem w trakcie egzaminu z ekonomii politycznej podczas studiów na Wydziale Matematyczno-Fizycznym w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu nagle sobie uświadomiłam, że nie mam jej przy sobie, to od tego momentu w pewnej chwili nawet zaczęła mi grozić ocena niedostateczna z tego przedmiotu, ponieważ mojemu egzaminatorowi nie byłam w stanie wyjaśnić, oczywiście w zadowalający go sposób, jaka jest istotna różnica między mieszadełkiem w aptece według teorii ekonomii politycznej kapitalizmu i takim samym mieszadełkiem w aptece, ale już według teorii ekonomii politycznej socjalizmu. Nawiasem mówiąc, choć między tymi aptecznymi mieszadełkami nadal nie widzę żadnej istotnej różnicy, jednak od tamtego dnia ta mała łyżeczka już mi stale towarzyszy przy załatwianiu wszystkich ważniejszych spraw.

A teraz krótki opis dalszych dziejów kilku innych skarbów czteroipółletniej dziewczynki, wypędzonej przez Niemców w 1944 r. z jej rodzinnego miasta.

Gdy ileś lat temu, podczas kolejnej przeprowadzki, już chciałam wyrzucić moją dziecięcą, fibrową walizeczkę, to przeciwko temu stanowczo zaprotestowała moja Córka (też Hanna).  Obecnie właścicielem tej malutkiej walizeczki jest już mój najmłodszy wnuk – Maksymilian, który przyszedł na świat w 2006 r. Natomiast „Siedmiomilowe buty” [zbiór wierszy Zofii Bronikowskiej wydanych w Krakowie w 1944 r. (niestety, już bez pięknej okładki)] są własnością Mai – mojej pięcioletniej, pierwszej Prawnuczki po najstarszym Wnuku Jakubie.

Z wielką zaś przykrością – już siedemdziesiąt lat temu - musiałam się pozbyć mojego ukochanego malutkiego misia, z oklapniętym jednym uszkiem, który też wraz ze mną opuścił Warszawę, ponieważ Mama się złościła, że wszędzie pełno wysypujących się z niego trocin. Na szczęście, podobne misie od kilkunastu lat są eksponowane w Sali Małego Powstańca w Muzeum Powstania Warszawskiego. Mój najmłodszy Wnuk obejrzał je tam w piątek, 14 lipca 2017 r. A cztery dni później, 18 lipca, w Muzeum Powstania Warszawskiego spotkało nas ogromne wyróżnienie. Bowiem dzięki wielkiej życzliwości Pani Hanny Zaremby-Ankiersztejn mogliśmy w muzealnej kaplicy obejrzeć oryginał mojego malutkiego świętego obrazka Matka Boska AK sierpień 1944, który wraz ze mną przeszedł nie tylko przez obóz Durchgangslager 121 w Pruszkowie, ale który – podobnie jak małą, deserową łyżeczkę – też staram się mieć zawsze przy sobie. Obraz Matka Boska AK 1944, autorstwa Ireny Pokrzywnickiej, równie szczęśliwie dotrwał do naszych czasów, a podczas koniecznej konserwacji jedynie został nieco podkoloryzowany.

Z pobytu w obozie przejściowym w Pruszkowie zapamiętałam głównie to, że często byłam głodna oraz że bardzo musiałam strzec mojej malutkiej walizeczki i zawsze miałam być jak najbliżej Mamy; najczęściej schowana między Mamy nogami. I właśnie to spowodowało, że któregoś dnia podczas dokonywanej tam kolejnej selekcji więźniów została zauważona wyłącznie moja Mama, wówczas młoda, zdrowa i sprawna; i dlatego razem z Mamą zostałam wywieziona na roboty do lazaretu dla „własowców”. Tak przynajmniej mówiła o nich moja Mama. Dziś wiem, że wówczas znaczna część warszawiaków nazywała własowcami niemal wszystkich obywateli Związku Radzieckiego, którzy współpracowali z Niemcami. Zatem mógł to być szpital polowy np. dla członków brygady RONA, która wspólnie z Niemcami pacyfikowała Powstanie Warszawskie i która na tle innych jednostek narodowych będących na żołdzie SS wyróżniała się szczególnym okrucieństwem. Tego już nie jestem w stanie ustalić. Natomiast doskonale pamiętam, że wraz z przesuwaniem się frontu na zachód również i ten lazaret kilkakrotnie się przemieszczał; jednak żadnej nazwy nie zapamiętałam. Wtedy jeszcze nie umiałam ani pisać, ani czytać, a po wojnie chciałam jak najszybciej zapomnieć o wszystkich doznanych tam przykrościach.

Według opowieści Mamy, w lazarecie dla „własowców” ocalałyśmy tylko dlatego, że jego naczelnym lekarzem był Niemiec, któremu przypominałam jego małą córeczkę. Z ust Mamy wielokrotnie słyszałam, że gdy ów Niemiec już naprawdę zrozumiał, iż „Hitler kaput” i nas wypuścił, to na drogę powrotną do Polski dostałam od niego nawet tabliczkę czekolady… Jednak tego faktu też nie zapamiętałam. Natomiast jeszcze teraz potrafi mi się przyśnić wydarzenie, którego z mojej pamięci, mimo upływu już ponad 73. lat, nic nie jest w stanie wymazać.

Któregoś dnia Mama poleciła mi jak najszybciej pobiec właśnie po tego lekarza. A gdy wraz z nim znalazłam się w sali, w której była Mama, zobaczyłam, że Mama leży na podłodze, a na Mamie - jakiś ozdrowieniec. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy. I nagle widzę, jak ten lekarz wyciąga, chyba z kieszeni (?), jakąś broń… i strzela! O, Boże, przecież on zabije mi Mamę… I w tym momencie najprawdopodobniej straciłam przytomność, bo niczego więcej już nie pamiętam. Za to, jeszcze przez wiele lat po wojnie, Mama chodziła ze mną do różnych lekarzy, również i do psychiatrów, abym nocami przestała cały dom „stawiać na nogach”, budząc wszystkich domowników przeraźliwym krzykiem. Miało mi to minąć w okresie dojrzewania, nie minęło. Potem miało mi minąć po porodzie, nie minęło. I po klimakterium też mi nie minęło… Pewnie ta trauma już do końca będzie mi towarzyszyć.

Czasami budzi mnie również taki obrazek: czterech lub pięciu mężczyzn wiszących między dwiema ulicznymi latarniami… Lecz chyba jest to obrazek jeszcze sprzed Powstania Warszawskiego, może z czerwca lub lipca 1944 roku, a może jeszcze wcześniejszy. Natomiast zdarza się, że z późniejszych, już na pewno powstańczych dni, czasami jeszcze teraz „słyszę” ryczącą krowę – a tak Mama określała jakieś niemieckie pociski i bywa, że czasami „widzę” spadające bomby i płonące domy… Tego też nie potrafię zapomnieć… I nieustannie całym sercem Bogu dziękuję, że już trzecie pokolenie moich Zstępnych nie wie, co to wojna i co naprawdę może oznaczać słowo „głód”… I choć później też zdarzało się, że bywałam głodna, to nigdy tak, jak w owe dni.

W 1945 roku, w naszej drodze powrotnej do Warszawy, Mama najpierw w Cieszynie szukała Babci Anny. Trochę więc czasu upłynęło zanim odnalazła Ją w Zebrzydowicach, we wsi odległej od Cieszyna o 16 kilometrów. Albowiem Babcia Anna dopiero tam, po wyrzuceniu przez Niemców wszystkich Polaków mieszkających nad Olzą przy Alei Łyska, znalazła dla siebie nie tylko kąt, ale i pracę (a kilka lat później nawet swojego drugiego męża). I to przesądziło o tym, że po raz pierwszy moja Mama mnie opuściła. Zostałam w Zebrzydowicach pod opieką Babci Anny, a w dalszą podróż do Warszawy Mama już sama wyruszyła.

Z opowiadań Mamy zapamiętałam, że część drogi pokonała pieszo, potem jakąś furmanką i jakimś eszelonem, i dopiero w ostatnich dniach maja 1945 r. dotarła do Warszawy. Na Mokotowie zastała wszystko wypalone, same ruiny. Znikąd żadnej wiadomości o Ojcu. I już nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszałam od Mamy, kiedy dokładnie udało się Jej dotrzeć na Zaolziańską, gdy pieszo brnęła przez warszawskie morze ruin. Zapewne w pierwszych dniach czerwca 1945 r.

Wtedy były to jeszcze peryferie Warszawy i być może dlatego Niemcy nie spalili domu Dziadków Langnerów. Dziadkowie też ocaleli. I mój Stryjek Stanisław, młodszy brat Ojca, który również był żołnierzem „Czaty 49”, też przeżył. Okazało się, że przepłynął Wisłę przed zajęciem Czerniakowa przez oddziały niemieckie, a z Pragi do lewobrzeżnej Warszawy wrócił w styczniu 1945 r. wraz z żołnierzami 1. Armii Wojska Polskiego.

I właśnie od Stryjka Staszka Dziadkowie dowiedzieli się o śmierci swojego starszego syna. A ponieważ 8 września 1944 r. Stryjek uczestniczył w pochówku mojego Ojca na podwórzu posesji Mokotowska 48, leżącej naprzeciwko Szpitala Powstańczego przy ul. Mokotowskiej 55, gdzie w wyniku odniesionych ran Ojciec mój zmarł w nocy z 7 na 8 września, więc gdy w kwietniu 1945 r. można już było przeprowadzić ekshumację, Stryjek bez trudu zlokalizował miejsce pierwotnego spoczynku mojego Ojca.

Po dokonaniu ekshumacji, 14 kwietnia 1945 r. Ojciec został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, w kwaterze A25. W przeciwieństwie do wielu sąsiednich kwater, kwatera A-25 nie jest zbiorową kwaterą powstańczych grobów. W grobach indywidualnych spoczywają tam zarówno żołnierze Armii Krajowej, którzy polegli w Powstaniu Warszawskim, jak i cywilni mieszkańcy Warszawy, którzy w owych dniach zostali zamordowani przez Niemców. A zwiedzając Cmentarz Wojskowy na Powązkach warto również zwrócić uwagę na to, że spośród wielu powstańczych batalionów wyłącznie żołnierze „Czaty 49” nie mają wspólnej oddzielnej kwatery. Powstańców z „Czaty 49” upamiętnia tam jedynie kamienny obelisk otoczony kilkunastoma kamiennymi tablicami epitafijnymi.  

Do dziś nie znam przyczyny nieutworzenia na Powązkach oddzielnej kwatery dla żołnierzy „Czaty 49”. Być może zaważyła na tym m.in. decyzja moich Dziadków Langnerów. Otóż, gdy do pierwszych dni kwietnia 1945 r. nie dotarła do Nich żadna o nas informacja, zgodnie uznali, że najprawdopodobniej nie przeżyłyśmy pacyfikacji Warszawy. I po naradzie ze Stryjkiem Staszkiem postanowili pochować Ojca w indywidualnej mogile, do której, już później, i nas zamierzali dochować.  Dlatego przez wiele lat na pierwszej tablicy nagrobnej stojącej na mogile Ojca było tyle wolnego miejsca… Gdy zaś moja Mama w jednym z pierwszych dni czerwca 1945 r. stanęła w drzwiach domu Dziadków Langnerów, to Babcia Wiktoria zemdlała, myśląc, że zobaczyła tam jakiegoś ducha lub nieczystą zjawę. Splot tych wydarzeń stał się główną przyczyną, że Mama moja już nigdy więcej nie pojawiła się na Ulrychowie, a nowe miejsce na Ziemi znalazła dla nas we Wrocławiu.

W tym miejscu warto przypomnieć, że w 1964 r. ówczesne władze stolicy Cmentarzowi Wojskowemu na Powązkach nadały nazwę „Cmentarz Komunalny (d. Wojskowy) na Powązkach”, co spowodowało, że po upływie zaledwie trzech lat szczątki żołnierzy poległych w Powstaniu Warszawskim i pochowanych na tym cmentarzu w kwaterach indywidualnych były już traktowane tak samo, jak zwłoki każdej osoby grzebanej na dowolnym cmentarzu komunalnym. Na szczęście, w powązkowskiej kwaterze A-25 nie odważono się podjąć likwidacji powstańczych grobów bez uprzednich stosownych publicznych ogłoszeń.

Ale dopiero wiele lat później, na mocy decyzji Prezydenta m. stołecznego Warszawy Profesora Lecha Kaczyńskiego, podjętej w trakcie przygotowywania uroczystych obchodów 60. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, cmentarzowi na Powązkach przywrócono jego pierwotną nazwę. Dzięki temu Wojewoda Mazowiecki (decyzją WPS IX – 0522/8/05 z dnia 6 lipca 2005 r.), jeszcze za życia Mamy, mogile Ojca nadał – a w rzeczywistości przywrócił - status grobu wojennego, co nam umożliwiło zamieszczenie na Jego drugiej tablicy nagrobnej wszystkich adekwatnych informacji.

A wracając do opisu moich dalszych powojennych losów, należy dodać, że ponieważ mojej Mamie w 1946 r. nie udało się zapisać mnie do którejkolwiek z ówczesnych wrocławskich szkół powszechnych, moją szkolną edukację rozpoczęłam w Zebrzydowicach, w jedynej istniejącej tam publicznej szkole powszechnej. Tam bowiem nie widziano przeszkód w rozpoczęciu nauki w klasie pierwszej przed ukończeniem przez dziecko siódmego roku życia. Natomiast po zakończeniu pierwszego półrocza roku szkolnego 1946/1947 już bez przeszkód zostałam przyjęta do klasy pierwszej w Publicznej Szkole Powszechnej III stopnia Nr 11 we Wrocławiu, która mieściła się w jednej z poniemieckich kamienic przy ul. Generała Ignacego Prądzyńskiego. W szkole tej ukończyłam klasę pierwszą i drugą. Naukę w klasie trzeciej pobierałam w Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego Nr 16 we Wrocławiu. W następnym roku szkolnym uczęszczałam do kolejnej szkoły powszechnej – Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego Nr 47 we Wrocławiu, w której ukończyłam klasę czwartą. I dopiero począwszy od roku szkolnego 1950/1951 miałam w trzech kolejnych klasach: piątej, szóstej i siódmej te same szkolne koleżanki i tych samych szkolnych kolegów. Do dziś z Hanką Wojtusikówną utrzymuję niezwykle serdeczny kontakt; przy czym innych moich dawnych koleżanek z mojej czwartej wrocławskiej szkoły powszechnej już nie ma między nami. Była to Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Podstawowego Nr 15 na wrocławskim Oporowie, gdzie zamieszkałyśmy przy Alei Piastów 31 wraz z drugim mężem mojej Mamy. W czerwcu 1952 r. otrzymałam „Nagrodę dla przodownika nauki” – za pilność – i do dziś przechowuję zaświadczenie o przyznaniu mi takiej nagrody. A w klasie siódmej, nadal jako przodownik nauki, zostałam zaproszona przez wrocławski oddział Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na uroczystość powitania Nowego Roku 1953, która odbyła się 2 stycznia w najbardziej wówczas renomowanej wrocławskiej szkole powszechnej, przy ul. Parkowej 18.

I w tym miejscu, zgodnie z zaleceniami członków Zarządu Stowarzyszenia Dzieci Powstania Warszawskiego 1944, zawartymi w apelu o spisywanie wspomnień z dzieciństwa, już powinnam przerwać w miarę syntetyczny opis moich powojennych losów. Mimo tego, muszę tu poruszyć jeszcze jedną, niezwykle dla mnie ważną sprawę. Otóż, gdy w klasie pierwszej, w wiejskiej szkole publicznej w Zebrzydowicach, już w trakcie pierwszego półrocza roku szkolnego 1946/1947 dość szybko nauczyłam się „składać litery” (a tam właśnie tak mówiono), to po przyjeździe do Wrocławia na kilku ulicznych słupach ogłoszeniowych równie szybko przeczytałam tę samą, bardzo groźnie brzmiącą informację AK – ZAPLUTY KARZEŁ REAKCJI, obok której widniał rysunek jakiegoś potwora. Wówczas nowym dla mnie wyrazem był ostatni wyraz tej informacji; i on brzmiał najgroźniej. Mama moja starała się w miarę przystępnie podać mi jego definicję, ale końcowe polecenie Mamy też było groźne: gdy w szkole będą cię pytać o dane ojca, podawaj jego imię, ewentualnie jego datę urodzenia oraz krótko informuj: zginął na wojnie; wszak wiele twoich koleżanek i kolegów, to sieroty lub półsieroty. I pamiętaj, nic więcej!   

A w październiku 1952 r. na Cmentarzu Komunalnym w Cieszynie, na polecenie ówczesnych władz, został zlikwidowany grób ojca Mamy – Daniela Melchera (21.10.1894-11.06.1932), przodownika Policji Województwa Śląskiego, ochotnika III Powstania Śląskiego, odznaczonego Śląską Wstęgą Waleczności i Zasługi klasy I, Medalem pamiątkowym za wojnę 1918-1921, Medalem dziesięciolecia odzyskanej niepodległości (1918-1928), Odznaką honorową za „Obronę Śląska Cieszyńskiego (1919), w roku 1930 został odznaczony Odznaką Pamiątkową Lekkiej Brygady III Korpusu na Wschodzie, a pośmiertnie – w dniu 16 marca 1937 r. – Medalem Niepodległości. Dziadek Daniel zmarł w Szpitalu Miejskim w Cieszynie, w wyniku komplikacji po jakiejś akcji pościgowej, podczas której został postrzelony. Lekarze nie byli w stanie go uratować. W roku 2012 miał się ukazać pierwszy tom Słownika biograficznego funkcjonariuszy Policji Województwa Śląskiego 1922-1939, a w następnym roku – jego tom drugi, ze zdjęciem i notą biograficzną mojego Dziadka Daniela (autorstwa Pana Grzegorza Grześkowiaka, członka Zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Rodzina Policyjna 1939 r.). Do dziś nie znam powodów wstrzymania publikacji tak bardzo ważnego pomnika pamięci. W czerwcu 2017 r. minęła kolejna, już 95. rocznica powrotu części Górnego Śląska do Polski oraz 95. rocznica utworzenia Policji Województwa Śląskiego. I nadal cisza. Na szczęście, od 2012 r. światło pamięci o Dziadku Danielu mogę już zapalać przy jednej z tablic epitafijnych umieszczonych przy Grobie Policjanta Polskiego w Katowicach, na której wyryto Jego imię, nazwisko oraz liczbę przeżytych przez Niego 37 lat.

Ponadto dane mi było doczekać dnia beatyfikacji Sługi Bożej Hanny Chrzanowskiej. Uroczystość ta odbyła się 28 kwietnia 2018 r. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. Być może, iż doczekam również Jej kanonizacji. Błogosławiona Hanna, prekursorka polskiego pielęgniarstwa domowego i parafialnego, jest bowiem nie tylko dla polskich pielęgniarek wzorem prawdziwej służby drugiemu człowiekowi.  

I tak oto toczą się nie tylko nasze dzieje, ale i dzieje wielu naszych Przodków, przy opisie których czasami potrafi znacznie zblednąć i ta potworna nasza trauma, której doznaliśmy we wczesnym dzieciństwie… Jednak i tę traumę, bezsprzecznie, też należy ocalić od niepamięci.

Dziękuję Zarządowi Stowarzyszenia Dzieci Powstania Warszawskiego 1944 za podjęcie starań o jej godne upamiętnienie.

Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami z Wrocławia

Hanna Langner-Matuszczyk

Wrocław, w dniach 16-19 grudnia 2017, 9-12 marca 2018 oraz 10 maja 2018

10 lis 2023

Wojciech Jędrzejczak - Wspomnienia

W przeddzień powstania ukończyłem 10 lat. Ojciec był w niewoli niemieckiej, wzięty z walk 1939 roku. Mieszkałem z mamą na Mokotowie przy ul Madalińskiego 52 róg Króżańskiej, w pobliżu Alei Niepodległości. Budynek, jakich wiele było wówczas w Warszawie, wybudowany chyba jeszcze przed I wojną światową, trzypiętrowy, mieszkania głównie jednoizbowe. Na rogu budynku był sklep spożywczy zwany „U Rożka", który bardzo nam pomógł w zaopatrzeniu w pierwszych dniach powstania. Mieszkaliśmy na 1 piętrze, a pokój był słoneczny, co się wówczas liczyło jako duży walor. Nasze poprzednie mieszkanie w nowym domu na Pradze spłonęło w 1939 r. Po drugiej stronie Madalińskiego stała podobna kamienica, z budynkami gospodarczymi na podwórzu, w nich trzymano konie, krowy, których mięso ratowało nas przed głodem przez wiele dni powstania.

dr Wojciech Jędrzejczak - zdjęcie współczesne

1 sierpnia o godz. 17.00 zastał mnie z mamą w naszym mieszkaniu. Przebiegający pod oknami powstańcy wołali - chować się, to powstanie!

W pierwszych dniach powstania wokoło nas było względnie spokojnie, tak że nawet spaliśmy w mieszkaniu, czasem chowając się na korytarzu, gdy słychać było blisko strzały. Niestety, stawało się coraz bardziej niebezpiecznie. Kule trafiały w dom, a nie było się, gdzie schować, bowiem dużą część piwnic zajmowały zamieszkałe sutereny.

Po około 10 dniach nadarzyła się możliwość przeniesienia się do budynku przy Al. Niepodległości 120, który opuścili Niemcy zajmujący go od początku okupacji. Mieli tam chyba ośrodek szkoleniowy telegrafistów, gdyż obok postawiony był bardzo wysoki drewniany maszt.

Tam też spotkaliśmy się z moją ciotką, jej mężem i ich roczną córeczką - i dalej trzymaliśmy się już razem. Był to bardzo nowoczesny budynek pięciopiętrowy o żelbetowej konstrukcji, wybudowany tuż przed wojną, mający rozległe piwnice, do których ciągle przybywali ludzie. Do tego budynku od strony Różanej przylegał następny o podobnej konstrukcji - Al. Niepodległości 118, a za nim były wykopane fundamenty pod kolejny budynek ze ścianami do poziomu parteru. Były to tzw. murki, po których bieganie było jedną z ulubionych zabaw okolicznych dzieci w czasie okupacji.

Piwnice były tu względnie bezpieczne, mimo że jak podliczono pod koniec powstania, w budynek nasz uderzyło ok. 40 pocisków, nie licząc dziesiątek kul karabinowych, a ostrzał pochodził głównie od strony zachodniej, to jest od Okęcia. Wychodząc z piwnicy do tego wykopu między „murki” można było dość bezpiecznie zaczerpnąć świeżego powietrza.

Kilka razy przeżyliśmy bardzo dużo strachu, gdy w odległości ok. 100 m padały bomby, a szczególnie gdy czołg niemiecki stanął na ul. Madalińskiego i z odległości ok. 100 m próbował się wstrzelić do piwnicy przez szczytową ścianę budynku. Pocisk, wybiwszy wielki otwór, wpadł na parter i na szczęście nie eksplodował. W tej części piwnicy była koksownia. Leżało tam kilka ton koksu, który wskutek podmuchu częściowo zamienił się w pył i runął w głąb piwnic, wywołując panikę. Mieliśmy wrażenie, że Niemcy wpuścili gaz! Hitlerowcy zapewne wiedzieli, że w piwnicach tego budynku schroniło się wiele osób i chcieli w ten sposób pozbawić nas życia.

Al. Niepodległości była tu jakby linią demarkacyjną w zasadzie w tym rejonie nie toczyły się walki. Czasem w naszym budynku znajdował się powstańczy posterunek obserwacyjny. Problem zaczął się, gdy po kilkunastu dniach zabrakło w kranach wody, nie było elektryczności, a najbliższe źródła żywności były na wyczerpaniu. Zaczęły się wypady po wodę - na szczęście w okolicy było kilka studni z ręcznymi pompami. Po żywność były dalsze wyprawy na zachód od Al. Niepodległości, głównie dostępne były rosnące tam warzywa, a potem aż na polu w rejonie Żwirki i Wigury, gdzie były wielohektarowe uprawy.

Zdarzały się też inne źródła zaopatrzenia, jak zdobyte przez powstańców bądź rozbite czy opuszczone magazyny. Wieści o takich okazjach rozchodziły się szybko i trzeba się było spieszyć, żeby coś zdobyć, mimo niemieckiego ostrzału.

Pamiętam, że kiedyś przez kilka dni jedliśmy z takiego źródła sztuczny miód i ohydną marmoladę z buraków, która jednak w tych warunkach nawet smakowała.

W piwnicy było coraz bardziej tłoczno. Spaliśmy po dwie - trzy osoby na łóżku, jeśli je ktoś miał! Do dziś nie bardzo wiem, jak udało nam się przetrwać prawie dwa miesiące w takich warunkach. Jak ogromnie zdeterminowani musieli być nasi rodzice.

Pod koniec września odwiedził nas patrol powstańców, a jeden z nich oznajmił, że będzie dobrze, bo nadeszła duża pomoc i alianci wylądowali na placu Unii Lubelskiej! Powiedzieli to chyba po to, żeby nas podtrzymać na duchu, bo nasilał się ostrzał. Następnego dnia do naszej piwnicy od strony wykopu wpadli Niemcy, wrzucając uprzednio granaty. Musieliśmy natychmiast wychodzić popędzani krzykiem i kolbami karabinów tak, że nawet nie można było zabrać przygotowanych uprzednio tobołków!

Popędzono nas Al. Niepodległości na Narbutta i ulokowano w budynkach między Asfaltową i Al. Niepodległości. Były to nowoczesne budynki. Mieszkania umeblowane dywany, pianina. Spędziliśmy tam noc wystraszeni wyczynami Niemców (mówiono, że to Ukraińcy) wyciągających siłą wybrane kobiety do swego towarzystwa.

Chyba już następnego dnia wyruszyliśmy bardzo dużą grupą pod eskortą na Okęcie, gdzie załadowano nas do wagonów towarowych i zawieziono do obozu przejściowego w Pruszkowie, na terenie Kolejowych Zakładów Naprawczych.

Wielka hala z kilkoma długimi kanałami, a w nich różne odpady i brudna woda, dookoła betonowa podłoga. Siedzimy na kawałkach desek i resztkach jakichś płyt ze ścian. Makabra! Dostajemy czarną kawę i kromkę chleba, po południu wodnistą zupę z jesiennych warzyw. Przez otaczający zakłady mur okoliczni mieszkańcy przerzucają nam głównie chleb - z naszej strony lecą resztki pieniędzy!

Następuje segregacja ludzi, mężczyźni, kobiety i starsza młodzież wywożeni są do pracy w Niemczech. Matki z małymi dziećmi na południe kraju.

Po kilku dniach pobytu w obozie, znaleźliśmy się w transporcie kolejowym w kierunku Krakowa. Trzy dni i dwie noce w towarowych wagonach, a tu początek października i padają deszcze!

Wreszcie wysiadamy w Słomnikach, skąd furmanki rozwożą nas do okolicznych gospodarzy. Ja z mamą i ciocią z roczną córeczką trafiamy do wsi Żerkowice, gmina Iwanowice. Początkowo mama i ja kwaterujemy w domu sołtysa. Tu po kilku dniach naszego pobytu odbyło się huczne wesele, co po naszym dwumiesięcznym wygłodzeniu było nie lada gratką!

Po ok. 2 tygodniach przeprowadzamy się na stałą kwaterę. Gospodarze sympatyczni- razem 6 osób i nas dwoje.

Staraliśmy się pomagać przy różnych pracach, a zwłaszcza moja mama wprowadzała do jadłospisu różne warzywa, które hodowano, ale niezbyt je wykorzystywano. Posiłki były tradycyjne, proste i jednakowe w całej okolicy, np na śniadanie biały barszcz okraszony słonina, a w piątek śmietaną. Na obiad była zwykle zupa a'la jarzynowa zwana tu gwarowo „fitką”.

Mięsa było niewiele, ale w niedzielę obowiązkowo i z własnej hodowli. Dużo nabiału - przede wszystkim mleko, prosto od krowy oraz chleb. Tak smacznego chleba już nigdy więcej nie jadłem. Był pieczony w domu, zawsze w sobotę. Sześć ogromnych bochenków po ok. 5 kg z żytniej mąki, przygotowany na zakwasie. Jak on pięknie pachniał rosnąc w wielkiej dzieży - a po upieczeniu to już poezja.

Robiło się coraz chłodniej, a ja nie miałem ciepłego ubrania. Udało się mamie dostać z RGO (Rada Główna Opiekuńcza) szary koc, z którego uszyła mi kurtkę i spodnie. Koc był marny i naszpikowany jakimiś drzazgami (z czego to zrobiono?), które kłuły mnie przez szereg dni dopóki nie udało się większości na z nich wyciągnąć! Dostałem jeszcze buty - kamasze na drewnianej podeszwie, tzw. drewniaki, które miały tak cienką i kiepską cholewkę, że jak przeszedłem po śniegu kilkanaście metrów z domu do WC to już były przemoczone. Mimo to, podczas całego tam pobytu ani razu się nie przeziębiłem! Co to znaczy zdrowe jedzenie i powietrze!

Tak dotrwaliśmy do wiosny 1945 r. i jak się nieco ociepliło - w połowie marca wróciliśmy do wyzwolonej Warszawy.

Nasze mieszkanie na Madalińskiego na szczęście ocalało - trzeba było tylko wstawić szyby w oknach i zorganizować jakąś kuchenkę do gotowania. I znów po raz kolejny (który to już w czasie wojny) musieliśmy się jakoś zagospodarować!