6 lis 2023

Biuletyn nr 66 Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944, listopad 2023

Z życia Stowarzyszenia

Co warto przeczytać

Nasi członkowie starają się dzielić swoimi wspomnieniami i zaszczepiać w młodych pokoleniach zainteresowanie naszą historią. Zachęcamy do zapoznania się z działalnością kolejnych naszych członków, których opisujemy w niniejszym numerze.

W Biuletynie tradycyjnie znajdziecie również kolejne felietony naszych stałych publicystów - Andrzeja Targowskiego i Jerzego Bulika.

W ostanim okresie opublikowaliśmy kolejne wspomnienia - tym razem ich autorem jest pan Jacek Kruczkiewicz.

Na naszym blogu okazał się również kolejny odcinek powieści pani Małgorzaty Todd -  https://sdpw44.blogspot.com/2023/11/zdarzenia-i-zmyslenia-rozdzia-4-saga.html.

Zapraszamy do lektury!

Baza naszych wspomnień

Nieustannie wzbogaca się baza Naszych wspomnień. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

Obchody Dnia pamięci Więźniów Dulag 121 i Niosących im Pomoc 2023

Tegoroczne Obchody Dnia Pamięci Więźniów Obozu Dulag 121 i Niosących Im Pomoc przybrały zmienioną formę. Ograniczono oficjalne przemówienia; w ich miejsce można było wysłuchać wstrząsających opowieści czterech Świadków Historii. Wśród nich z bardzo zwięzłym wspomnieniem, o charakterze niemalże apelu o zachowanie w pamięci wydarzeń z końca Powstania i przejścia przez Dulag, wystąpiła członkini naszego stowarzyszenie Danuta Charkiewicz-Topolska.

W przemówieniach przedstawicieli lokalnych władz podkreślony został wkład Dyrektorki Muzeum Dulag 121 pani Małgorzaty Bojanowskiej w przygotowanie Obchodów oraz podtrzymanie świadomości historycznej o Dulagu wśród społeczeństwa. W długim okresie powojennym historia Powstania i exodusu była pomijana w przekazie medialnym. Liczna obecność pocztów sztandarowych szkół pruszkowskich zaświadczyła o wielkiej, pożytecznej roli Muzeum Dulag 121 w tych szkołach/ i dla tych szkół.

Pracownicy Muzeum służyli pomocą i informacją wielkiej ilości przybyłych uczestników. To ich staraniem wystosowano listownie setki zaproszeń do byłych więźniów. Trzeba przyznać, że mimo tego, że coraz mniej ich jest w stanie przybyć do Pruszkowa, to zaproszenia mają wielką siłę oddziaływania i powodują, że przybywają byli więźniowie z odległych stron kraju.

Wśród nich pojawili się Włodzimierz Nekanda-Trepka z Bydgoszczy i Zbigniew Molski z Poznania, nasi członkowie od początków istnienia SDP1944. Ze względu na odległe miejsce zamieszkania nie widujemy ich na zebraniach stowarzyszenia, dlatego ich obecność na Obchodach pozwoliła na odnowienie łączących nas więzów. Pomocny w tym stał się tzw. poczęstunek (kawa, ciastka - na koszt organizatorów Obchodów) w namiocie na terenie w pobliżu Dulagu. Przy długim stole mogliśmy się cieszyć się z przyjacielskiego, bliskiego spotkania.

Spotkanie członków SDP1944 1 sierpnia 2023 w kawiarni “Zielnik” w Parku Orlicz-Dreszera

Pomimo szwankującej komunikacji między organizatorami spotkania a zapraszanymi członkami Stowarzyszenia, liczba przybyłych Dzieci Powstania ponownie osiągnęła rekordowy poziom. Cieszy nas, że wraz z “zarejestrowanymi” członkami przybywają ich znajomi, przyjaciele, osoby towarzyszące. Sprzyjało to uzyskaniu sympatycznej atmosfery. 

Jak to w kawiarni rozkład stolików nie zawsze umożliwia swobodną rozmowę “każdego z każdym”, nie mniej utworzone “ad hoc” kręgi wokół stolików tętniły ożywioną rozmową. 

Prowadzący spotkanie - przewodniczący Stowarzyszenia - przedstawił tym razem bliżej znaczne osiągnięcia zawodowe niektórych obecnych kolegów. Informacje te prowadzący na ogół pozyskał z Internetu, gdyż wspomnienia o przeżyciach z Powstania 1944 takich nie obejmowały. Omówiono wyniki pracy rzeźbiarza i literata- Wiesława Winklera, pisarki Małgorzaty Todd, profesora PW Zbigniewa Wrzesińskiego. Wspomniano o wielkim zaszczycie, jaki spotkał naszego Honorowego Prezesa prof. Andrzeja Targowskiego. Jego osobę Stowarzyszenie Absolwentów Politechniki Warszawskiej po 62 latach wyróżniło nominacją do Złotej Księgi Inżynierów PW, w której PW honoruje swoich absolwentów i ich zawodowy dorobek.

Wielka Gala “Złotej Księgi” odbędzie się 15 listopada 2023 roku w Politechnice Warszawskiej. Profesor Andrzej Targowski przygotowuje się do odbycia dalekiej podróży wraz z małżonką z zachodu USA do Warszawy dla odebrania zaszczytnej nagrody.

Obecne na zebraniu kworum upoważniło Zarząd SDP1944 do przeprowadzenia zmiany w Komisji Rewizyjnej. Ze względu na stan zdrowia zrezygnował z pełnienia funkcji członka kol. Marek Tomczak. Na jego miejsce wybraną kol. Tadeusza Świątka (dotychczasowego członka Zarządu). Stan Zarządu uzupełniono o kol. Krystynę Bilską. 

Aktywność Dzieci Powstania

Kontynuujemy cykl rozpoczęty w nr 65 Biuletynu i przedstawiamy działalność naszych kolejnych Członków.

Hanna Langner - Matuszczyk

Kol. Hanna Langner - Matuszczyk od wielu lat czynnie wspiera działalność SDP1944. Niestety Jej stan zdrowia nie pozwala na uczestniczenie w corocznych spotkaniach Stowarzyszenia. Podróż z Wrocławia do Warszawy też wielkim wyzwaniem. Ojciec Hanny - Antoni Langner - zginął śmiercią żołnierza w Powstaniu Warszawskim. Śp. Antoni Langner został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Hanna była jedną z inicjatorek założenia Koła Dzieci Powstania 1944 we Wrocławiu. Ostatnio otrzymałem maila od Hanny z prośbą o uczczenie pamięci Więźniów DULAG-u 121, którego część poniżej przytaczam. Spełnienie prośby Hanny w całości będzie zależało od zgody pani Dyrektor Muzeum DULAG 121.

Do: Wojciech Łukasik - przewodniczący SDP1944

"ponieważ stan mojego zdrowia, mimo moich usilnych starań, nadal mi uniemożliwia przyjazd do Warszawy abym nie tylko przynajmniej jutro, czyli w 79. rocznicę śmierci mojego Ojca, śp. Antoniego Langnera (20.12.1917 - 7.09.1944), mogła zapalić światło pamięci na Jego grobie, ale i w dniu 30 września 2023 r. też nie będę mogła uczestniczyć w tegorocznych obchodach Dnia Pamięci Więźniów Obozu Dulag 121 i Niosącym Im Pomoc, więc tą drogą zwracam się do Ciebie z wielką prośbą, abyś w Pruszkowie podczas tegorocznych oficjalnych uroczystości pod pomnikiem "Tędy przeszła Warszawa" również w moim imieniu nie tylko zapalił pamiątkowy znicz, ale i minutą ciszy uczcił pamięć tych wszystkich byłych Więźniów Durchgangslager 121, których już nie ma wśród nas, w tym oczywiście pamięć zmarłej wczoraj Teresy Stanek, Prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, która - podobnie jak Ty oraz jak Pani Iwona Rutkowska-Kaczmarek - też była jednym z P.T. Członków tegorocznego Komitetu Honorowego Obchodów Dnia Pamięci Więźniów Obozu Dulag 121 i Niosących Im Pomoc."

Zdzisław Czerwiński

Oto co zamieściła Gmina Pruszcz Gdanski o naszym koledze Zdzisławie Czerwińskim na swojej stronie internetowej:

[...] Po raz pierwszy w historii gminy radni podjęli uchwalili w sprawie nadania tytułów Honorowego Obywatela Gminy. Otrzymali je pośmiertnie Józef Witek (nauczyciel, dyrektor szkoły, radny, przewodniczący Rady Gminy Pruszcz Gdański) oraz Tomasz Słupecki (wielki działacz sportowy, pomysłodawca i prezes Gminnego Towarzystwa Sportowego Pruszcz Gdański, społecznik). Taki tytuł otrzymał również obecny na sesji wieloletni sołtys wsi Żuławka, społecznik, bohater filmu dokumentalnego, powstaniec warszawski Zdzisław Czerwiński. [...]                                                  

Dziś czuję się osobą spełnioną. Wszystkim dziękuję za wyróżnienie. Niebawem skończę książkę, z której będzie można dowiedzieć się o historii mojego życia - mówił Zdzisław Czerwiński.

Nadanie tytułu Honorowego Obywatela Gminy odbyło się na uroczystości z okazji 50-lecia Gminy Pruszcz Gdański latem 2023 roku.

Widziane z krzesła Honorowego Prezesa profesora Andrzeja Targowskiego


A propos wyborów 2023: Dekalog Polskiej Polityki (DPP)

Obecnie sytuacja geopolityczna Polski jest po 350 latach wreszcie bardzo dobra. Aczkolwiek wojna domowa rodzimych polityków napawa niepokojem. Zdefiniujmy na podstawie tej sytuacji Dekalog Polskiej Polityki, który powinien być oceniany podczas tych wyborów.




  1. Systemem politycznym jest demokracja zachodnia. Jej szczegółowym elementem jest następująca zasada. Poseł i senator mogą być w Sejmie i Parlamencie UE tylko przez dwie kadencje [1].  Parlamentarzyści nie mogą swej roli traktować jako zawodu tylko jako misję. Po przerwie 4 lat były parlamentarzysta może ponownie ubiegać się o mandat do Sejmu lub do Parlamentu UE.
  2. Poseł i senator nie mogą być członkami rządu i odwrotnie [2]. Czynni sędziowie nie mogą być posłami lub członkami rządu. Powinni nie wypowiadać się na temat polityki z wyjątkiem, kiedy są przez nią skrzywdzeni i robią to we własnej obronie. Mogą wypowiadać się na temat merytorycznych spraw wymiaru sprawiedliwości, ale z umiarem.
  3. Poseł czy senator podlega z reguły w głosowaniu w Sejmie tylko wyborcom ze swojego okręgu a nie szefowi partii. Z wyjątkiem ustalonych a priori sytuacji, kiedy jedność partyjna jest krytyczna i powinna być zachowana. Może w tej sprawie być przeprowadzone tajne głosowanie co do swobody głosowania w danej sprawie.
  4. Lider wygranej partii nie może być doktrynerem [3] rządzącym z cienia i musi być premierem albo marszałkiem. Z chwilą, gdy szef zwycięskiej partii zostaje premierem rezygnuje z mandatu posła czy senatora.
  5. Podtrzymywanie dialogu z wrogiem jest lepsze od niszczącego konfliktu.
  6. Dobry kompromis w polityce jest tak samo ważny jak honor, przykładem m.in. jest problem aborcji. Konieczne jest, aby w kryzysach kierowano się strategią minimalizowania strat tak realnych, mentalnych jak i klimatycznych.
  7. W sytuacji beznadziejnej sytuacji politycznej [4], takiej np. jak m.in. jest wojna, patriotyzmem jest zachowanie substancji narodu we wszystkich jego aspektach. W tym zachowanie zdolności otrzymywania dotacji z UE na warunkach praktykowanego systemu wartości i procedur obowiązujących państwa członkowskie tej unii. W trudnych sytuacjach państwa wiodącą strategią jest minimalizowanie strat
  8. Na stanowiska polityczno-społeczne należy selekcjonować ludzi i dobierać jednostki wartościowe, ideowe, mądre, dobre i kompetentne. Nominacje sędziów muszą spełniać ten wymóg też. Na szczytowe stanowiska dowódcze w wojsku należy mianować oficerów sprawdzonych w poważnych kryzysach wojenno-społecznych. Zdolnych do poddania się do dymisji, jeśli rozwiązanie nie idzie po jego myśli. Żeby taka selekcja mogła być stosowana, obywatele muszą brać czynny udział w wyborach w wysokim procencie, powyżej 70 proc. Inaczej ich bierność sprzyja wybieraniu ludzi nie nadających się na piastowanie stanowisk w społeczeństwie. Partie zobowiązują się do energicznego promowania powszechnego udziału w wyborach i referendach. Czego pierwszym warunkiem jest zgoda. aby samorządy były możliwie samowystarczalne finansowo (poprzez system podatkowy państwa) i ich wyborcy czuli, że mają wpływ na ich funkcjonowanie.
  9. Konieczne jest niwelowanie różnicy ekonomiczno-społecznej (m.in. edukacyjnej) między Polską A i B poprzez promowanie oby bezkonkurencyjnej i organicznej produkcji rolniczej w Europie oraz rozwinięcie połączeń kolejowych możliwie do wszystkich miast i miasteczek w kraju. 
  10. Powstania i różne niebezpieczne dla ludzi akcje należy podejmować wtedy, gdy nie pociągają za sobą ofiar i mają szanse na sukces. Aczkolwiek w sytuacjach ekstremalnych trzeba być gotowym do poniesienia ofiar, ale przy zachowaniu strategii minimalizowania strat.     
-- 

[1] Postulat wynika z negatywnej opinii społeczeństwa o roli zawodowych polityków w 30-leciu wolnej Polski.
[2] Postulat bazuje na demokracji amerykańskiej, najbardziej wyrazistej w świecie.
[3] Doktryner to zwolennik i propagator ciasnych, skostniałych formułek, prawideł jakiejś doktryny.
[4] Obrona Warszawy, Westerplatte, Helu są otoczone w naszej historii nimbem bohaterstwa i chwały. Faktycznie są wyrazem, oględnie pisząc, braku zdrowego rozsądku. 

Felieton dr Jerzego Bulika


Od redakcji: Z niepoliczalnego zbioru felietonów kol. Jerzego, podarowanego nam przez autora, wybraliśmy ostatni, tematycznie kontrastujący z felietonem prof. A. Targowskiego. Robimy to dla uzasadnienia faktu, że nie tylko polityką żyjemy; rzadko bowiem dyskutujemy głęboko o zjawiskach w otaczającej nas przyrodzie, w której czasowo dane jest nam żyć.

Powietrze

Starożytni Grecy już w VIII wieku p.n.e. Grecy uważali, że świat składa się z ziemi, wody, powietrza i ognia.

Jest niezbędne do życia – oddychamy nim. Umieramy, gdy przestajemy oddychać (-napełniać nim płuca). Chociaż jest warunkiem życia, może też być jego zagrożeniem, kiedy zawiera w sobie jakieś zarazki. W dawnych czasach, gdy bakterie i wirusy nie były jeszcze odkryte, zrodził się termin „morowe powietrze”.  Dotyczył on do epidemii wysoce zakaźnych chorób, takich jak dżuma, czarna ospa, cholera, tyfus, grypa. Odniesienie do niebezpieczeństwa niesionego przez „złe” powietrze znalazło wtedy swoje miejsce w „Modlitwie na czas wojny”, w której jeden werset brzmi: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, Wybaw nas, Panie!

Powietrze, którym oddychamy ma swój „smak”. Może być chłodne, czyste, rześkie, może też być duszące, rzadkie, gęste.  

Jest wokół nas, jesteśmy w nim zanurzeni; nie widzimy go, nie możemy jego dotknąć (chyba, że w postaci skroplonej) ale czujemy, jak się przemieszcza, czujemy wiatr.  

Charakterystyczne wiatry wiejące w określonych rejonach i w określonym czasie mają swoje specjalne nazwy. Mamy w naszych Tatrach halny, w Alpach - fen, w innych regionach wieje sirocco, harmatan, monsun, pasat; wszędzie na lądzie może wiać zefir(ek), a nad morzem bryza. Bardzo silne wiatry wiejące stale na półkuli południowej zyskały sobie nazwy „wyjących czterdziestek” i „ryczących pięćdziesiątek” – bo występują w rejonach czterdziestych i pięćdziesiątych stopni szerokości geograficznej, południowej. W pewnych warunkach powietrze zaczyna wirować i wtedy tworzą się trąby, huragany, cyklony i tajfuny. Powietrze okazuje przez nie swoją potęgę, a w tym – swoją drzemiącą w nim groźną, niszczycielską moc. 

Powietrze opływające nasze ciało, zwykle jest to nasza twarz, bo reszta bywa zakryta ubraniem, daje nam fizyczne odczucie jego obecności. To bezpośrednie traktowanie nas przez powietrze jest przez nas różnie odbierane. Jedni lubią czuć na sobie wiatr (mnie zostało to po żeglarskim rozdziale mego życiorysu), inni nie znoszą tego i narzekają, że „okropnie wieje”.  Tak więc jedne wiatry nas pieszczą, inne w różny sposób nam dokuczają.

Powietrze „gra”. Mówi się np. „drzewa szumią”. Jednak same drzewa nie są w stanie wyprodukować dźwięku. One są jak instrument, fortepian, skrzypce czy trąbka, które same z siebie nie są w stanie „zagrać”. Niezbędny jest człowiek, który odpowiednio je użyje, aby wydobyć z nich głos. Poruszające się powietrze jest tym muzykiem, który generuje dźwięki z takich instrumentów jak drzewa, czy np. olinowanie jachtu.  

Powietrze obdarza nas widowiskami świetlnymi. Ogniste kreski spadających meteorytów pojawiają się dzięki temu, że te rozżarzają się trąc się o powietrze. Podobnie z zorzą polarną. Powstaje ona w wyniku przepływu wyrzucanych przez słońce strumieni protonów i neutronów przez zjonizowane górne warstwy atmosfery; bez jonosfery nie byłoby zorzy.

W wymiarze globalnym: powietrze otula naszą ziemię (nas) jak kołderka, która zapewnia nam ciepło i jak ochronny pancerz, który chroni nas promieniowaniem ultrafioletowym.

W konkluzji: jego obecność odczuwamy drogą pośrednią; jego działania są jak najbardziej namacalne; dla życia w formie, jaka wykształciła się na ziemi, jest absolutnie krytyczne. Jest jak swego rodzaju panujące nad nami życiodajne bóstwo, które bywa dla nas łaskawe, ale bywa zagniewane i sprowadza wtedy na nas różne nieszczęścia. Ach, powietrze!...

Mokotów - 1 sierpnia przy pomniku "Mokotów Walczy" i - w Powstaniu 1944

Od wielu lat, spotykając się 1 sierpnia w Parku Orlicz-Dreszera, przywołujemy w pamięci wydarzenia z Powstania 1944. Większość z nas przeżyła Powstanie z dala od starego Mokotowa i nie zna szczegółów zmagań żołnierzy AK z pułku "Baszta" i ściśle współdziałającego z nim 7 pułk "Jeleń". Niewielu pozostało bohaterów tego pułku. Na uroczystości składania wieńców w parku Dreszera na krzesłach dla kombatantów zasiadło zaledwie kilku żyjących powstańców.



Wśród przemawiających mieliśmy ostatnio okazję słuchać prof. Leszka Żukowskiego (ur. 1929) ps. "Antek" (na zdjęciu). Niestety zabrakło Eugeniusza Tyrajskiego ps. "Sęk", który jeszcze 2 lata temu w swoim przemówieniu zadziwiał pamięcią podczas recytacji wtrąconego w mowę wiersza.
SDP1944 również w tym roku złożyło wiązankę przy pomniku w Parku Dreszera.

Zbiórka członków SDP1944 przy proporcu Stowarzyszenia przed złożeniem wiązanki


W 1944 roku "północny Mokotów był częścią niemieckiej dzielnicy mieszkaniowej i był nasycony jednostkami niemieckimi. W Szkole Rękodzielniczej na rogu Kazimierzowskiej i Narbutta (obecnie Zespół Szkół Odzieżowych), w budynku szkoły powszechnej nr 97 na Narbutta, w szkole im. gen. Stachiewicza na ul. Różanej stacjonowały jednostki SS. W kamienicach przy ul. Puławskiej mieszkali oficerowie i urzędnicy gestapo (domy Wedla). Przy Rakowieckiej stacjonowały oddziały SS i artylerii przeciwlotniczej, wyścigi konne stanowiły bazę jednostki kawalerii SS, na ulicy Dworkowej była siedziba żandarmerii powiatowej. Fort Mokotowski i pobliski kompleks mieszkaniowy zajmowali żołnierze Flughafenkommando Warschau (z pochr.wp.mil.pl).
    
W godzinie "W" pułk "Baszta" otrzymał rozkaz natarcia na: Szkołę Rękodzielniczą na rogu Kazimierzowskiej, Stauferkaserne (Rakowiecka 6), szkołę powszechną (Narbutta róg Sandomierskiej), szkolę powszechną (Różana) oraz na 2 duże umocnione obszary - Fort Mokotowski i Tory Wyścigów Konnych. Obiekty te były niezwykle silnie bronione przez Niemców. Ataki na te wszystkie obiekty zostały odparte przez Niemców. W drugiej połowie września powstańcy zostali zepchnięci do obrony w rejonie objętym ulicami: Madalińskiego, Al. Niepodległości, Woronicza, Czerniakowską.
25 września dowódca dywizji ppłk "Karol" przesyła meldunek do gen. "Montera" - zajmuję Al. Niepodległości, Ursynowską, Olkuską, Belgijską, Madalińskiego. Mam ciągłe nawały artylerii, stukasów, i goliatów; nacisk od południa i zachodu. Straty własne 70%. ... Katastrofalny stan moralny...

27 września dowództwo "Baszty" biorąc pod uwagę straty w stanie osobowym, braki w zbrojeniu i amunicji, a także odwet Niemców na ludności cywilnej zdecydowało o zaprzestaniu walk. Powstańcy przedostawali się do Śródmieścia, gdzie po zmianie mundurów na ubrania cywilne, wmieszali się w tamtejszą ludność. 
Tragiczny los spotkał powstańców, którzy obrali drogę do Śródmieścia kanałami. Zbłądziwszy, wydostali się poprzez właz na ulicy Dworkowej wprost pod lufy oddziałów wspomnianej wcześniej żandarmerii powiatowej. Mimo sygnalizowania białą flagą gotowości oddania się do niewoli 120 powstańców zostało zamordowanych przez Niemców. Tragedię tę upamiętnia 6 metrowy pomnik.


Powstanie na Mokotowie zostało okupione życiem 1700 z 4500 żołnierzy, którzy przystąpili do walk w godzinie W. O
 tych zdarzeniach wokół ul. Kazimierzowskiej pisał w Biuletynie Andrzej Targowski, przedwojenny mieszkaniec tej ulicy.

Wyjazdy wypoczynkowe i rehabilitacyjne z Dziećmi Wojny

Stowarzyszenie Dzieci Wojny pod przewodnictwem pani Iwony Rutkowskiej-Kaczmarek, poznanej na naszym zebraniu 1 sierpnia, przesłało nam informację mailową o planowanych przez SDW pobytach rehabilitacyjno-wczasowych. Pani Iwona chciałaby, aby chętni członkowie SDP1944 na te imprezy wyjazdowe, stali się również członkami SDW, co jest zrozumiałe i zgodne ze statutem obu pokrewnych stowarzyszeń.

"Mamy zaplanowany termin turnusu rehabilitacyjnego w Lubyczy Królewskiej - od 11.12.2023 do dnia 2.01.2024, ale muszę jeszcze tam zadzwonić i potwierdzić cenę. 
U mnie samotne osoby chcą tam jechać (przynajmniej teraz się deklarują). 
Na przyszły rok - też będzie turnus reh. na przełomie marca i kwietnia, ze świętami wielkanocnymi. 
Wczasy- zamówione Międzywodzie, ale na drugą połowę sierpnia. Iwona.


Proszę pamiętać, że w Lubyczy Królewskiej (powiat Tomaszów Lubelski) jest sanatorium. Warunkiem pobytu w sanatorium jest przedstawienie skierowania od jednego z 4 specjalistów NFZ. Na temat szczegółów wyjazdów najlepiej skontaktować się telefonicznie z panią Iwoną - tel. 602 845 718.



5 lis 2023

Jacek Kruczkiewicz - Wspomnienia

Urodziłem się w Warszawie 12.07.1933 roku. Rodzice Antoni i Anna z domu Kossak przeprowadzili się ze Lwowa do Warszawy w 1929 roku.  Ojciec dr praw pracował w Prokuratorii Generalnej, Mama prowadziła dom. We wrześniu 1939 roku, w pierwszym tygodniu wojny ewakuowaliśmy się do Lwowa, gdzie po 17-tym września dostaliśmy się pod okupację sowiecką. Dalsze przebywanie we Lwowie groziło wywózką w głąb ZSRR. Dlatego w pierwszych dniach listopada przekraczając „zieloną granicę” na Sanie pod Jarosławiem powróciliśmy do Warszawy. Nasz dom, segment w zabudowie szeregowej przy ul. Trybunalskiej na Kolonii Staszica w czasie bombardowania spłonął całkowicie. Rodzice wynajęli mieszkanie przy ul. Korzeniowskiego 7m.8. Pod tym adresem mieszkaliśmy do sierpnia 1944 roku.

Plac Narutowicz - zdjęcie współczesne

1 sierpnia 1944 roku w momencie wybuchu Powstania byliśmy w domu, Ojciec, Mama nasza gosposia i ja (młodsza siostra była poza Warszawą). Od dnia wybuchu Powstania tkwiliśmy w mieszkaniu w pokoju od strony podwórza nie mogąc nawet zbliżyć się do okien od strony ulicy Korzeniowskiego, bo każdy mógł stać się celem snajpera niemieckiego z sąsiedniego Domu Akademickiego im. Narutowicza, z którego żandarmeria niemiecka stworzyła prawdziwą fortecę. Był piątek 4 sierpnia, gdy strzelanina towarzysząca nam dotąd w najbliższym otoczeniu niemal zamilkła. Po południu ktoś z sąsiadów przybiegł z wiadomością, że jakieś oddziały wypędzają ludzi z okolicznych domów. W ogromnym pośpiechu, w ciągu kilku minut znaleźliśmy się w schronie przeciwlotniczym, który zbudowano tuż przed wojną pod płytą podwórza, przy okazji budowy budynku mieszkalnego „plombowego” przy sąsiedniej ulicy Glogera. W sumie zebrało się tam ok. 30 osób, sąsiadów i ludzi, których wybuch walk zaskoczył na ulicy. Schron był solidną żelbetową budowlą, składał się z 2 korytarzy ewakuacyjnych i 2 komór, jeden z korytarzy miał wyjście na podwórze, drugi w niewykończonym budynku przy Glogera. Całość była wentylowana grawitacyjnie, brak było jakichkolwiek instalacji. Z tego schronu korzystaliśmy kilkakrotnie wcześniej, gdy od wiosny 1943 zdarzały się naloty sowieckie. Dość szybko zorientowaliśmy się, że splądrowane są domy otaczające podwórze, słychać było pojedyncze wystrzały, odgłosy forsowania drzwi i wrzaski w języku rosyjskim. Ktoś z obecnych dobrze zorientowany wyjaśnił, że są to z pewnością oddziały R.O.N.A., niesłusznie zwane „własowcami”, znane z okrucieństwa, gwałtów, morderstw i rabunków. W niezłej kondycji przetrwaliśmy do godzin rannych w niedzielę 6 sierpnia, kiedy to pijana tłuszcza zaczęła podpalać okoliczne budynki okalające podwórze. Kanałami wentylacyjnymi zaczął się wdzierać gęsty, gryzący dym. Tylko doraźne zatkanie otworów wentylacyjnych i prowizoryczne tampony z tego co kto miał pod ręką uchroniły nas od uduszenia lub zatrucia. Po kilku godzinach sytuacja wyraźnie poprawiła się. Nad nami na podwórzu było R.O.N.A. Trzeba było zachować ostrożność i ciszę.

W poniedziałek 6.08 wczesnym popołudniem nasza kryjówka została odkryta. Czy był to przypadek? Do dziś mogę tylko snuć domysły. Być może zdradził nas bardzo głośny płacz małego dziecka usłyszany przez naszych prześladowców lub pewna osoba nieobecna w schronie która wiedziała o miejscu naszego schronienia.  Nie mieliśmy szans pozostawać wiele dłużej bez jedzenia, wody przy stale pogarszających się nastrojach, bo ludzie po prostu nie byli w stanie znosić tych warunków. Stało się to nagle, została otwarta pokrywa włazu na podwórzu, wrzucono granat lub jakiś inny ładunek. Dzięki załomowi korytarza odłamki nie dosięgły naszej komory, ale podmuch był potężny. Wołali, aby wychodzić! Po wyjściu na podwórze pierwszym wrażeniem było długotrwałe oślepienie oraz niesłychany żar. Wokół płonęły lub dopalały się budynki z hukiem pękały szyby.  W tej ponurej scenerii ustawiono nas wszystkich pod ścianą, przy akompaniamencie wrzasków i popychania kolbami karabinów, jedynej kamienicy która nie płonęła, tej od strony ul. Glogera. Wyglądało to na przygotowanie do egzekucji, Nasi prześladowcy po krótkiej naradzie, w trakcie której prawdopodobnie ważyły się nasze losy, przeprowadzili rewizję polegającą na zwyczajnym rabunku. Wreszcie ich przywódca, który na przedramieniu podwiniętego rękawa kurtki wojskowej miał zapiętych kilka zegarków, a na czapce gogle motocyklowe w srebrnej oprawie, rozkazał uformować wszystkich w kilka szeregów i popychając kolbami wypędzili nas na ulicę Glogera.

Widok był apokaliptyczny, wokół płonęły budynki, drzewami rosnącymi po jednej stronie ulicy targał dosłownie tropikalny wicher miotając tumanami poskręcanych suchych liści. Pognano nas w stronę ulicy Wawelskiej, przez którą przebiegliśmy skuleni, bo ulica była pod ostrzałem, docierając w pobliże gmachu Instytutu Radowego im. Skłodowskiej-Curie. Dalej, gnano nas skrajem Pola Mokotowskiego w kierunku ulicy Opaczewskiej. Dokąd? Mieliśmy się wkrótce przekonać.

ZIELENIAK – Po uciążliwym marszu w skwarze dotarliśmy na „Zieleniak”, miejsce, które nie było nawet obozem przejściowym. Na ogrodzonym terenie byłego targu warzywnego koczowały w straszliwej ciasnocie setki ludzi.  Warunki pobytu były koszmarne. Ludzie siedzieli lub leżeli na ziemi, brak było jedzenia, wody. Spaliśmy na gołej ziemi, noce były bardzo chłodne, w dzień panował skwar. Nie było żadnych urządzeń sanitarnych. Pamiętam, że pod murem ogrodzeniowym układano zmarłych, nie było żadnych narzędzi do wykopania nawet prowizorycznych mogił. Wieczorami i w nocy żołnierze R.O.N.A. wdzierali się w tłum siłą wyciągając młode kobiety. Pamiętam, że takie straszne sceny rozgrywały się w pobliżu nas. Następnego dnia po przybyciu Rodzice próbowali zdobyć coś do jedzenia. Pod strażą w małych grupkach można było wyjść poza teren ogrodzony na pobliskie kartoflisko, aby uzbierać trochę ziemniaków. Skorzystaliśmy z Mamą z tej okazji, mogliśmy wreszcie po pięciu dniach od opuszczenia   domu zjeść ciepły posiłek ugotowany w pożyczonej blaszanej puszce na prymitywnym palenisku ze znalezionych cegieł. 

Ojciec uważał, że należy zrobić wszystko by wydostać się z tego piekła, gdy tylko nadarzy się okazja. Taki sprzyjający moment nadarzył się wkrótce, 9.08 około południa, gdy udało się nam dostać do dużej kolumny ludzi, którą grupa oficerów i żołnierzy niemieckich przygotowywała do wyjścia poza teren Zieleniaka. Dokąd nas prowadzą nikt nie wiedział, ale jak zwykle krążyły różne przypuszczenia. Kolumna ruszyła ulicą Opaczewską i wkrótce wydawało się najbardziej prawdopodobne, że prowadzą nas na Dworzec Zachodni. Po drodze widok miasta był tragiczny. Wypalone lub dopalające się domy, w kilku miejscach przechodziliśmy obok trupów leżących na ulicy. Kolumna nieszczęsnych zmaltretowanych ludzi posuwała się powoli, przystawała, a w pewnym momencie zatrzymała się na dłużej, bo na czele kolumny wynikła strzelanina. Nie wiem co tam wydarzyło się. Gdy wreszcie dotarliśmy na dworzec Warszawa Zachodnia tam stał już skład kolei podmiejskiej do którego zostaliśmy wtłoczeni. Upał był nieznośny, drzwi w środkowej części naszego wagonu były otwarte i pilnował ich żołnierz niemiecki uzbrojony w karabin. Pociąg wlókł się co chwila przystając. 

Podczas jednego z takich postojów pomiędzy stacjami byłem świadkiem sceny, której nigdy nie zapomnę. Z sąsiedniego wagonu wyszła kobieta z niemowlęciem na ręku, zeszła z niewysokiego nasypu i wolnym krokiem podeszła do furtki w ogrodzeniu parterowego domku. W tym samym momencie z budynku wybiegła jakaś kobieta i zatrzasnęła furtkę od środka. Uciekinierka, stała milcząca, nieruchoma, aby po chwili, nadal powoli, dojść do skraju ogrodzenia i zagłębić się w łan nieskoszonego zboża. Wszystko odbyło się w absolutnej ciszy, jak na zwolnionym filmie. Do dziś pamiętam to niesłychane napięcie w oczekiwaniu na strzał, który nie nastąpił. W niedługi czas po tym wydarzeniu wyładowano nas na bocznicy kolejowej w pobliżu zakładów naprawczych kolei w Pruszkowie. Weszliśmy na teren zakładów.

DULAG 121 – Trafiliśmy do dużej hali fabrycznej, było w niej mnóstwo ludzi, koczowali na betonowej posadzce, na której gdzieniegdzie leżały wiązki słomy. Dalej było głodno, co jakiś czas można było trafić na moment, kiedy sporadycznie przywieziono w kotłach zupę, którą na placu rozdawały kobiety z opaskami Czerwonego Krzyża, o ile udało się dopchać przez tłum głodnych, sponiewieranych ludzi. W hali zajęliśmy miejsce obok stołów ślusarskich, na których leżały śruby, jakieś narzędzia, które budziły zainteresowanie moje i moich rówieśników z którymi przetrząsaliśmy szuflady stołów, w których również można było znaleźć różne budzące ciekawość chłopców w moim wieku przedmioty jak np. małe łożyska kulkowe, łączniki stalowe itp. Piszę o tym mało istotnych faktach dlatego, że dziś wspominając te tragiczne  wydarzenia rozumiem, że potrzeba zabawy to było odreagowanie po spędzeniu kilku dni w kryjówce, w stałej  obawie wykrycia i po przeżyciach na Zieleniaku.  W jednej z szuflad znalazłem kilka kromek chleba z jakimś tłuszczem zawiniętych w pergaminowy papier, kompletnie wyschniętych, stęchłych, ale nie spleśniałych, pozostawionych przez pracownika, który prawdopodobnie opuszczał w pośpiechu swoje stanowisko pracy. Oczywiście nie muszę dodawać, jak byłem dumny z tego „znaleziska”. 

11 sierpnia Ojciec dowiedział się, że w jednej hal gromadzeni są ludzie do transportu. Muszę tu dodać, że Rodzice uważali, iż dostać się do transportu i dać się wywieźć za jedyne wyjście z sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Bo przy szczęśliwych okolicznościach możemy trafić do tak zwanego „bauera” lub na roboty do jakiejkolwiek fabryki. W hali tej miano gromadzić ludzi starszych, chorych, kobiety z dziećmi. Udało się tam dostać. Pod wieczór wygoniono nas z hali i uformowawszy kolumnę, doszliśmy na bocznicę kolejową. Na torach stał już pociąg towarowy, do wagonów przystawione były drewniane pochylnie po których wpędzano nas do wagonów. 

Uprzednio oficerowie i żołnierze niemieccy przeprowadzili selekcję odłączając na bok starców i kobiety ciężarne. To mogło wskazywać, że wywiozą nas do „na roboty”. Pociąg ruszył. W naszym wagonie stłoczenie było maksymalne, można było z trudem usiąść na podłodze, o położeniu się nie było co marzyć. Ogromny zaduch, małe zakratowane okienka nie dostarczały żadnego przewiewu. Podróż mijała powoli, pociąg wlókł się ospale i około południa zatrzymaliśmy się na stacji w Mysłowicach. Ulga, bo otwarto przesuwne wrota wagonu, a na stopniu usiadł uzbrojony „bahnschutz”. Zapytany o cel naszej podróży nie krył, że jeśli pociąg po ruszeniu będzie manewrować z toru na tor, to nie pojedziemy w kierunku Czechosłowacji i Niemiec, ale w kierunku Oświęcimia. Około godz.14-ej pociąg zatrzymał się na bocznicy skąd można było z daleka odczytać na budynku dworca tablicę „AUSCHWITZ” W wagonie zaległa cisza nie trzeba było znać niemieckiego, aby zdać sobie sprawę z tego, dokąd trafiliśmy. Tkwiliśmy w wagonie do wieczora, gdy zapadał już zmrok pociąg ruszył, aby po kilkunastu minutach zatrzymać się znów na bocznicy.

AUSCHWITZ – BIRKENAU - Ciężkie drzwi wagonu przesunęły się ze zgrzytem. Byliśmy na rampie w Auschwitz-Birkenau. Przywitał nas nieopisany harmider, ujadanie psów, wrzaski SS-manów i mgła z jakimś trudnym do określenia fetorem.  Żółte światło lamp łukowych sprawiało niesamowite wrażenie. Bardzo szybko bezładny tłum został rozdzielony – kobiety z młodszymi dziećmi w jednej kolumnie, mężczyźni i starsi chłopcy w drugiej. Pognano nas drogą pomiędzy dwoma szeregami drutów.  Tak rozpoczął się nasz pięciomiesięczny pobyt w obozie. W czasie pierwszych pięciu dni przeszliśmy cały cykl formalnego wcielenia w obozowe ramy, ścisłą rewizję z odebraniem wszelkich rzeczy osobistych, w tym kosztowności, dwukrotną kąpiel i odwszenie, które my chłopcy odbyliśmy w tłumie nagich kobiet. Potem „wyfasowanie” ubrań więziennych i przejście procesu rejestracji i nadania numerów obozowych. Od tego momentu stałem się „haeftlingiem” nr 192699. 17 sierpnia dostaliśmy się wraz z naszymi matkami do części obozu F.K.L., czyli kobiecego, zajmując osobny, murowany budynek z wieloosobowymi pryczami nieprawdopodobnie zapluskwionymi. Po upływie bezsennej nocy po porannym apelu zostaliśmy uformowani w kolumnę i całkiem niespodziewanie ku rozpaczy naszych matek wyprowadzeni na lager męski. Był to sektor „A” w którym zajęliśmy barak nr 6.  Blokowym był Mieczysław Katarzyński o przezwisku „krwawy Mietek”, co mówiło samo za siebie, jego pomocnikiem pełniącym funkcję „schreibera” był osobnik o nazwisku Burhardt. Stanowili zgrany duet i najlepiej było schodzić im z drogi.  

Mój Ojciec wraz z grupą mężczyzn z naszego transportu z Pruszkowa po kilku dniach, dokładnie 23 sierpnia został wywieziony do K.L. Dautmergen-Schoemberg, ** położonego w Badenii – Wirtenbergii, który był obozem o szczególnie ciężkich warunkach, z którego już nie wrócił.  W bloku nr 6 przebywaliśmy krótko, bo przeniesiono nas do bloku nr 8, a pod koniec września do bloku nr 13. Każdego ranka wyganiano nas na plac apelowy, gdzie po apelu, bez względu na pogodę pozostawaliśmy na otwartym terenie do późnych godzin popołudniowych i dopiero po apelu wieczornym mogliśmy wrócić do baraku. Barak nr 13 był ostatnim mieszkalnym w szeregu, za nim był rewir, czyli blok szpitalny z nazwy, bo była to „umieralnia” i każdy bał się, że może tam trafić. Rankiem, gdy wyganiano nas na plac, pod rewirem codziennie leżało kilka lub kilkanaście zwłok, które zabierano dopiero w południe. Wyżywienie było skąpe, dzienna porcję stanowiła ćwiartka z kilowego czarnego, gliniastego chleba, mała kosteczka margaryny i wydzielane wieczorem skąpe porcje zupy z brukwi lub jarmużu. W związku z tak słabym wyżywieniem psuło się uzębienie, każde skaleczenie kończyło się na ogół ropnym zapaleniem. Doświadczyłem tego, gdy skaleczyłem się w rękę i pod paznokciem zebrała się ropa, a dłoń puchła. Z bólu nie mogłem spać i choć mocno przestraszony, wybrałem się do sąsiedniego bloku rewirowego. Tam niemiecki felczer po prostu szczypcami zerwał mi paznokieć, oczywiście bez żadnego znieczulenia. Nie muszę dodawać jaki to jest ból, ale być może uratował mnie od zakażenia. 

Jako dzieci nie byliśmy inaczej traktowani, byliśmy po prostu więźniami buntownikami i bandytami z Warszawy. Stosowano więc terror w różnych formach bezpośredniego katowania, ale też psychicznego dręczenia, którego przykładem może być kapo, który w początkach uwięzienia wykorzystywał naszą niewiedzę co do reguł panujących w Auschwitz. Robił nam zbiórki z obietnicą, że zaprowadzi nas do matek, tylko musimy mu śpiewać piosenki. Naiwnie wierzyliśmy w te słowa, a on prowadził nas do bramy obozowej, aby tam oświadczyć, że musimy głośniej śpiewać lub podawał inny powód ku uciesze wartowników. Powtarzało się to codziennie. Byliśmy bici przez naszych nadzorców za najmniejsze w ich mniemaniu przewinienie. Sam zostałem przynajmniej dwa razy uderzony, raz dotkliwie drewnianą pałką.       

Przez okres pierwszych kilku tygodni byłem w skrajnej rozpaczy, pierwszy raz rozdzielony z Rodzicami w całkiem obcym środowisku, dodatkowo uwięziony w obozie śmierci z czego doskonale zdawałem sobie sprawę choćby dlatego, że co najmniej cztery osoby z rodziny w latach 1940-1944 znalazły się w tym obozie i żadna z niego żywa nie wyszła. Jednakże z czasem rozpacz zmieniła się w rodzaj stanu pogodzenia się z losem. W naszej społeczności w naturalny sposób tworzyły się grupki chłopców, przeważnie przebywających na wspólnych pryczach, które stawały się zżyte ze sobą, to bardzo pomagało przetrwać najgorsze momenty, których nam nie brakowało. W całej grupie zajmującej barak pomimo różnic wiekowych, różnic wynikających z wychowania w różnych warunkach społecznych co było niekiedy przyczyną różnych konfliktów, a nawet bójek, to na zewnątrz tworzyliśmy grupę solidarną.

Jak już napisałem często przenoszono nas do kolejnych baraków. Gdy przebywaliśmy w baraku nr 13   po pewnym czasie zarządzono nam ścisłą kwarantannę z powodu zaistniałych przypadków chorób zakaźnych. W tym okresie miał miejsce bunt więźniów zatrudnionych w „sonderkommando” obsługujących rejon krematoriów. Na przełomie października i listopada przeniesiono nas na tzw.  „lager cygański” położony w sektorze „E”, w pobliżu krematoriów. Był to czas, gdy przybywały transporty żydów węgierskich, mogliśmy obserwować wzmożone działanie krematoriów i dołów zlokalizowanych w pobliżu nich, w których masowo palono zwłoki. W tym sektorze oprócz naszej grupy wówczas nie było więźniów, a baraki pełniły funkcje magazynów. Pamiętam, że nastały bardzo chłodne dni, czasami padał śnieg, a my mieliśmy letnie ubrania. Jednego dnia starsi chłopcy włamali się do sąsiedniego baraku. Wszyscy wbiegliśmy do środka, w ogromnym pośpiechu każdy starał się chwycić cokolwiek z ciepłych rzeczy i opuścić magazyn. Udało się. 

Wkrótce po tym incydencie, być może było to na skutek wtargnięcia do magazynu, przeniesiono nas do sektora „D” do bloku 20-ego. Niedługo potem okazało się, że na teren lagru cygańskiego, który niedawno opuściliśmy przychodzą do pracy nasze matki. Byliśmy szczęśliwi! Można było pojedynczo podbiec do drutów i krótką chwilę porozmawiać, póki kapo z jednej lub drugiej strony nie przegonił stamtąd. Okazało się, że kobiety pracowały w tzw. „weberei”. Mama była okropnie wychudzona, posiwiała, ale psychicznie trzymała się dobrze i pocieszała mnie, że front stale zbliża się i że uda się nam przeżyć ten koszmar. Nadeszły Święta Bożego Narodzenia. Więźniowie z komand, którzy chodzili do pracy w Zakładach Lotniczych przynieśli nam paski z „plexi-glasu” używanego jako osłony kabin samolotów myśliwskich. W dzień Wigilii zapaliwszy paski plexi śpiewaliśmy kolędy. 12   stycznia 1945r. wyczytano moje nazwisko jako wytypowanego do transportu. Od kilku dni z oddali słychać było odgłosy artylerii. Zbliżał się front. Wieczorem po przebraniu w cywilną odzież sformowano nas w kolumnę, w sumie kilkudziesięciu szczęśliwców, bo o niczym każdy z nas bardziej nie marzył, jak o wydostaniu się z piekła Auschwitz – dokądkolwiek byle jak najdalej! Ruszyliśmy w kierunku dworca kolejowego w Oświęcimiu. Po drodze czekała nas największa niespodzianka. Do naszej kolumny dołączyła kolumna kobiet – naszych matek. Okazało się, że byliśmy jedyną grupą więźniów ewakuowaną z Auschwitz pociągiem, a ponadto kobiet z jednym dzieckiem z transportów warszawskich. W następnych dniach ewakuowano więźniów pieszo przez dziesiątki kilometrów w tzw. „marszach śmierci”. Załadowano nas do wagonów i znów wyruszyliśmy w nieznane.

BERLIN-BLANKENBURG (komando K.L. Sachsenhausen-Oranienburg) - Oficjalna nazwa obozu brzmiała: „Wohnlager Auswaertiger Arbeiter”, usytuowany był w kompleksie murowanych budynków jednopiętrowych o charakterze koszarowym przy Bahnhofstrasse 1. Teren był ogrodzony, ale bez naelektryzowanych drutów. Na teren obozu wchodziło się przez strzeżoną bramę usytuowaną w budynku administracyjnym. Jeszcze w trakcie podróży, w pociągu konwojujący nas żołnierze zbierali deklaracje w których każda z dorosłych kobiet musiała podpisać oświadczenie, że nie będzie nikogo informować, gdzie przebywaliśmy i skąd jedziemy. Od samego początku rzucała się w oczy różnica w warunkach. Wyżywienie, ale tylko początkowo, było znośne, wiadomo było od początku, że przywieziono nas do pracy. Mieliśmy cywilne ubrania, obowiązkiem było noszenie przypiętych rombów w kolorze żółtym z fioletową obwódką i literą „P”. 

Nadzorcą był osobnik o nazwisku Kassen, który miał dwóch pomocników Szade i Simona. Wszyscy trzej mężczyźni byli w średnim wieku i najwyraźniej „dekowali się” przed pójściem na front, który wkrótce miał gwałtownie zbliżyć się do Berlina. Niedługo po przybyciu do obozu zrobiono odprawę, w trakcie której okazało się, że będziemy skierowani do odgruzowywania Berlina. Moja Mama była przerażona, wychudzona i słaba po przeżyciach w Auschwitz szepnęła do mnie, że nie da rady w ciężkiej pracy fizycznej. Szczęśliwie na koniec Kassen zapytał która z kobiet zna język niemiecki i biegle pisze na maszynie. Moja Mama zgłosiła się i odtąd codziennie towarzyszyłem jej w pracy biurowej, która polegała głównie na przepisywaniu list personalnych, raportów żywieniowych itp. Zdarzało się, że sporadycznie pełniłem rolę gońca na terenie obozu.               

O losie mego Ojca nie mieliśmy żadnych wiadomości.  W Berlinie w tym czasie niemal nie było dnia i nocy bez nalotów alianckich. Naloty i bombardowania nocne były na ogół krótsze i mniej dotkliwe niż dzienne, dokonywane zazwyczaj przez lotnictwo amerykańskie. Pewnego dnia, a był to 3 lutego 1945 r.* Kassen, który mieszkał za przegrodą w pokoju biurowym chcąc mieć biuro dla siebie wydał nam z Mamą przepustki zaproponował byśmy na cały dzień udali się do miasta. Byliśmy zadowoleni, bo oznaczało to, że będziemy mieli szanse dostać tzw.  „sztamę” czyli zupę sprzedawaną bez kartek. Rano pojechaliśmy do centrum Berlina i wysiedliśmy na Potsdamer Platz. Dzień był mroźny i słoneczny. Tam zaskoczył nas alarm lotniczy. Cudzoziemskim robotnikom przymusowym wstęp do schronów przeciwlotniczych był wzbroniony, udaliśmy się więc w pośpiechu do najbliższej stacji metra, w której były nieprzebrane tłumy berlińczyków, którzy utraciwszy swoje domy mieszkali, a właściwie   koczowali na peronach metra. Bombardowanie trwało około 3 godzin i musiało być gwałtowne, chociaż w tunelach głęboko pod ziemią odczuwalne były głównie potężne podmuchy powietrza. 

Wyszliśmy na powierzchnię, ujrzeliśmy jak straszliwe były skutki bombardowania, Zabudowa placu leżała w gruzach, część domów płonęła ludzie miotali się na ulicy jak obłąkani, w powietrzu unosiły się tumany pyłu i dymu. Zaczął zapadać zmrok, nie działała żadna komunikacja, nie mieliśmy pojęcia w jakim kierunku mamy się udać. Po wielu próbach zapytania kogokolwiek o kierunek w jakim musieliśmy iść trafiliśmy na człowieka, który mieszkał w okolicy Blankenburga, przeszliśmy piechotą w ciemności, rozświetlanej jedynie przez napotykane pożary, około 18 kilometrów. Opisałem to zdarzenie, bo naloty były pod koniec wojny coraz dłuższe, a bombardowania coraz gwałtowniejsze nie mówiąc o tym, że i niebezpieczeństwo realne istniało, bowiem obóz położony był przy trasie kolejowej.

W ostatnich tygodniach, kiedy wiadomo już było, że front ruszył znad Odry. Niemcy gorączkowo budowali rękami „Volkssturmu” zapory czołgowe w pobliżu obozu. Samoloty alianckie zrzucały masowo ulotki mające na celu obniżenie morale berlińczyków. Już wcześniej można było dostrzec objawy kryzysu organizacyjnego i gospodarczego w obozie. Dotyczyło to w szczególności wyżywienia, nasze racje żywnościowe ograniczano, aż wreszcie tydzień przed wyzwoleniem obozu kuchnię zamknięto. Następnie zniknęli nasi nadzorcy. Działała jeszcze wartownia, ale nikt nie próbował sprawdzić na ile skutecznie, bo opuszczenie obozu w tej sytuacji, gdy na zewnątrz szykowano obronę było bez szans powodzenia. Należało czekać co przyniosą najbliższe dni.  23 kwietnia nastał deszczowy poranek, kiedy nadeszło wyzwolenie i na teren obozu weszły oddziały Armii Czerwonej prawie bez oporu jednostek niemieckich. Po godzinie lub dwóch od ich wkroczeniu rozpętało się piekło. Nie wiem czy był to atak lotniczy, czy ogień artyleryjski. Nasz budynek musiał zostać trafiony. Uciekaliśmy w ogromnym popłochu wyskakując przez okna położonej na parterze umywalni, skąd najbliżej było do naszego schronu. Tam pozostaliśmy do nastania nocy.  Za namową radzieckich żołnierzy, którzy obawiali się kontrataku Niemców opuściliśmy nasze prymitywne schronienie około 3-ej w nocy.

POWRÓT – Było nas kilkanaście osób, w kompletnych ciemnościach, w sytuacji, gdy atakujące wojska korzystając z nocy przesuwały swoje czołgi, pojazdy pancerne i oddziały do przodu, nasza grupka parła w przeciwnym kierunku, byle dalej od linii frontu. W tym zamieszaniu pogubiliśmy się bardzo szybko i gdy nastał świt szliśmy już tylko we czwórkę, jedna z naszych towarzyszek niedoli z synem, moim rówieśnikiem i my. Około południa przeżyliśmy atak 2 niemieckich „sztukasów”, które nadleciawszy znienacka ostrzelały z broni pokładowej drogę, którą szliśmy. Udało nam się schronić w ostatnim momencie do pobliskiego domu. Nasze matki były w stanie takiego wyczerpania, że nie było mowy, aby dalej mogły iść, dlatego, idąc za radą rosyjskiego oficera zatrzymaliśmy się na tydzień w miejscowości Zepernick położonej koło miasteczka Bernau. Bez trudu znaleźliśmy niewielki domek z wielu niezamieszkałych, których mieszkańcy pewnie uważali Berlin za bezpieczniejsze schronienie przed budzącymi strach Rosjanami. Tam nasze matki odzyskały siły na tyle, by kontynuować wędrówkę. Los okazał się łaskawy, bo zabrał nas rosyjski samochód sztabowy, który udawał się do miasta Neudam (obecnie Dębno) położonego już po wschodniej stronie Odry. Stamtąd pociągiem przez Poznań dojechaliśmy do Warszawy, a ściślej, wysiedliśmy we Włochach, bowiem dalej pociągi nie dojeżdżały. Stamtąd rozpoczęliśmy starania o kontakty z krewnym, które wkrótce okazały się skuteczne.  

Na zakończenie muszę dodać, że po długich poszukiwaniach mego Ojca m.in. przez Czerwony Krzyż dopiero w roku 1946 otrzymaliśmy informację, że zmarł w obozie Dautmergen 2.XII.1944r.**

Ewa Mejer, niania, która związała się z naszą rodziną od 11 lat i dotarła z nami do Auschwitz została wywieziona do K.L. Bergen-Belsen, obóz przeżyła. Po pobycie na leczeniu w Szwecji powróciła po roku do Polski i resztę życia spędziła w naszej rodzinie.

* Według źródeł, do których dotarłem nalot na Berlin dnia 3 lutego 1945 r. był jednym z najcięższych. Wzięło udział w bombardowaniu 958 samolotów „US AIR FORCE”, ofiary wśród ludności według różnych szacunków wyniosły od 3000 nawet do 20 000 osób, całkowicie zniszczonych zostało 2296 budynków, a najbardziej ucierpiało centrum wokół Potsdamer Platz i Leipziger Strasse.

** Obóz Dautmergen-Schoemberg o katastrofalnych warunkach był podobozem KL Natzweiler-Struthof. Więźniowie w ramach programu zbrojeniowego o kryptonimie „Wueste” (Pustynia), pracowali w kopalni przy wydobyciu łupków. Obóz podlegał pod berlińskie Ministerstwo Uzbrojenia i Amunicji.  Z informacji jakie udało mi się uzyskać wynika, że śmiertelność w tym obozie była bardzo wysoka. Z transportów warszawskich, które z Dulagu 121 przybyły do Auschwitz-Birkenau w dniach 12 i 13 sierpnia 1944r., a następnie większość mężczyzn z tych transportów wywieziono do Dautmergen – Schoemberg, zmarło w tym obozie ok. 170 osób, najmłodsza z ofiar miała 15 lat. (na podstawi listy zmarłych więźniów narodowości polskiej umieszczonej na cmentarzu KZ Friedhof w miejscowości Schoemberg oraz list z transportów warszawskich do Auschwitz zamieszczonych w II tomie Księgi Pamięci, wydanej przez Muzeum Auschwitz).    

                                                    

Jacek Kruczkiewicz, Wrocław marzec 2019 r. 

Zdarzenia i zmyślenia - Rozdział 4 - "Saga rodzinna"

– Dzisiaj opowiem o rodzinie Piotrowskich – powie­działa Klara.

Regina odstawiła filiżankę i usadowiła się wygod­niej.

– Zosia, ta co to „konfiturek nie jadła”, dorosła i wy­szła za mąż za Stanisława. Dochowali się czwórki dzieci. Najstarsza była Janina, następnie Włodzimierz, który otrzymał imię po starszej siostrze matki Włodzimierze. Stanisław nie lubił szwagierki, co przejawiało się w tym, że syna wołał imieniem Prokop.

 

Zofia Piotrowska z domu von Vollmer z mężem Stanisławem Piotrowskim oraz dziećmi:Janiną, Włodzimierzem, Amelią i Jeremim

– Coś mi to przypomina – wtrąciła Regina. – W na­szej rodzinie jest podobnie. Ja nazywam wnuczkę Paulin­ką, a moja synowa Lucynką.

– Sytuacje rodzinne, jak widać, się powtarzają. Wra­cając do rodziny Piotrowskich, młodsze rodzeństwo miało już bardziej oryginalne imiona: Jeremi i Amelia. To zdję­cie pochodzi prawdopodobnie z początku wieku dwudzie­stego, ale tu mam kłopot z datami. Nie bardzo wiadomo, kiedy kto się urodził. Janina podobno była z tysiąc osiem­set dziewięćdziesiątego ósmego, a Amelia z tysiąc dzie­więćset dwunastego. Problem w tym, że jedyny rzetelny dokument z datą urodzenia dotyczy Włodzimierza i jest to kronika sejmowa. Po odzyskaniu przez Polskę niepodle­głości Włodzimierz został posłem na sejm i w odpowied­niej rubryce dokumentu pochodzącego z tamtych lat od­notowano, że urodził się w tysiąc osiemset dziewięćdzie­siątym czwartym. Musiałby zatem być starszy od Janiny.

– Zdjęcie temu najwyraźniej przeczy.

– Właśnie. Podejrzewam, że siostry po wojnie pouj­mowały sobie lat, korzystając z ogólnego bałaganu w od­powiednich archiwach.

Wróćmy jednak do zamierzchłych czasów zaborów. Rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania, bo jej głowa, czyli ojciec rodziny miał charakter zapalczywy i ła­two wchodził w konflikt z pracodawcą, a pracodawcą z re­guły był ktoś nadzorujący liceum, w którym Stanisław udzielał lekcji matematyki. Ziemie polskie zaboru rosyj­skiego były rozległe, było w czym wybierać i rodzina czę­sto zmieniała miejsce zamieszkania. Zawsze to jednak były szkoły, przy których, lub w których znajdowali za­kwaterowanie. Amelia za każdym razem próbowała się ja­koś urządzić w nowej sytuacji. Najbardziej lubiła wakacje, bo wówczas wybierała sobie jakąś klasę i urządzała się w niej samodzielnie.

Z biegiem lat Stanisław piastował stanowiska dyrek­torów szkół, gdzie też wykładał, ale to wcale nie zmniej­szało zatargów z personelem. O zatargach w samej rodzi­nie kroniki milczą, wiadomo jednak, że dzieci kochały matkę, ale podziwiały ojca, który imponował im wykształceniem.

Zofia ukończyła jedynie szkołę prowadzoną przez za­konnice i wiedza, jaką posiadła najlepiej, to były żywoty świętych. Na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, to już było passé. Świat zachwycał się nowymi wy­nalazkami. Stanisław przepowiadał czasy, w których ope­ry będzie można słuchać nie wychodząc z domu. Gdyby dożył naszych czasów, zdziwiłby się, że nie tylko słuchać, ale i oglądać można. Nie ma już niestety chętnych odbior­ców takiej sztuki.

– Jeśli, to co nam serwuje telewizja, można jeszcze nazwać jakąś sztuką, nie mówiąc już o tradycyjnych te­atrach – zauważyła Regina.

– Właśnie – zgodziła się Klara – dawniej sztuka aspirowała do wyżyn, a ludzie wykształceni pragnęli dzie­lić się swą wiedzą, pomagać w rozwijaniu talentów.

Córka Janina ukończyła uniwersytet moskiewski i została nauczycielką geografii. Długo tego zajęcia nie wy­konywała, bo kiedy wyszła za mąż za nadleśniczego Edwarda Dmowskiego, zamieszkali w leśniczówce nieda­leko Słonima. Mieszkali tam z dwojgiem pociech Krysią i Jędrusiem aż do pamiętnego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, kiedy to Armia Czerwona „wyzwoliła” ich wywożąc na Syberię. Mąż Janiny został wcześniej aresztowano i nigdy nie udało się ustalić, gdzie go Rosjanie zamordowali.

Z kolei Włodzimierz Piotrowski syn Zofii i Stanisła­wa ukończył Szkołę Dróg i Komunikacji w Moskwie. W ty­siąc dziewięćset dwudziestym wstąpił do Wojska Polskie­go. Po wojnie kierował Biurem Odbudowy w Wilejce. Był posłem na Sejm z ramienia PSL w kadencji tysiąc dzie­ięćset dwadzieścia dwa – dwadzieścia siedem. Ożenił się z Haliną. Mieli córkę Irenę przez najbliższych zwaną Lil­ką. Ich rodzinę spotkał podobny los, po wejściu bolszewi­ków. Włodzimierz zginął prawdopodobnie w Katyniu. Jego żonie Halince oraz ich córce udało się przeżyć wojnę i wrócić do Polski.

Jeremi, jako skromny pracownik Powszechnego Za­kładu Ubezpieczeń Wzajemnych, prawdopodobnie nie znalazł się na listach gestapo, ani NKWD, co uratowało mu życie. Wojnę przetrwał w Łukowie. Nigdy się nie oże­nił. Po rodzinie „odziedziczył” gosposię Wandzię. Takie to były czasy, w których ze służbą nie rozstawano się, stawa­ła się ona częścią rodziny.

Najmłodsza Amelia wstąpiła na Wydział Filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Literatura była jej pasją, każdą wolną chwilę spędzała z książką. Właśnie zaczęła pisać swoją własną powieść. Na razie trzymała to w ta­jemnicy. Notatki na luźnych kartkach poprawiała i prze­nosiła do brulionu. Kiedy powieść będzie gotowa, da ją do przepisania na maszynie, a później zaniesie do wydawnic­twa.

Studia próbowała godzić z pracą zarobkową na po­czcie, chociaż to zajęcie serdecznie ją nudziło, przeciwnie do Józefa jej przyszłego męża, którego tam poznała. On też utrzymywał się z pracy na poczcie, ale wszystko co ro­bił, robił starannie. Był starszy od Amelii i kiedy ona za­czynała studia, on już je ukończył na Wydziale Prawa Wyższej Szkoły Nauk Politycznych. Wolałby studia na po­litechnice, bo zawsze pociągało go majsterkowanie, ale ambicją wujka z Tarnowa były studia prawnicze. Polska Poczta i Telegraf była solidną państwową instytucją, w której warto było pracować.

Tam właśnie poznał Amelię, która wolała, żeby na­zywać ją Małgosią. W tamtych czasach nie było to imię popularne, ale Amelia zawsze była indywidualistką. Tu zaczyna się opowieść o wspaniałych i ciekawych latach dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku.

8 cze 2023

Biuletyn nr 65 Stowarzyszenia Dzieci Powstania 1944, czerwiec 2023

Z życia Stowarzyszenia

Co warto przeczytać

Wracamy po dłuższej przerwie, przerywanej z rzadka nowymi wpisami na Instagramie. Mamy nadzieję, że na kolejny numer nasi czytelnicy nie będą musieli czekać aż tak długo.

Nasi członkowie starają się dzielić swoimi wspomnieniami i zaszczepiać w młodych pokoleniach zainteresowanie naszą historią. Zachęcamy do zapoznania się z działalnością niektórych naszych członków, których opisujemy w niniejszym numerze.

Co prawda lato za pasem, ale wracamy jeszcze do wspomnień z zimy i naszego świątecznego spotkania.

W Biuletynie tradycyjnie znajdziecie również kolejne felietony naszych stałych publicystów - Andrzeja Targowskiego i Jerzego Bulika.

Odświeżyliśmy również kolejne wspomnienia, tym razem prezentujemy tekst pani Elżbiety Skotnickiej-Iliasiewicz.

Zapraszamy do lektury!

Baza naszych wspomnień

Nieustannie wzbogaca się baza Naszych wspomnień. Serdecznie zachęcamy do dzielenia się z nami tymi unikalnymi informacjami - chętnych zapraszamy do kontaktu na nasz adres e-mail. Dzięki wolontariuszom możemy pomóc w ich digitalizacji, a nawet spisaniu.

Zmiany i nowości w informowaniu o SDP1944

Dotychczasowy nasz biuletyn pod adresem internetowym sdpw44.blogspot.com był jedynym przez długie lata naszym środkiem przekazu i jako dzieło pierwszego prezesa SDP1944 - Andrzeja Olasa - powstawał za oceanem. 

Z czasem okazało się, że liczba krajowych czytelników zaczyna przewyższać liczbą tych zza oceanu, przy czym wielu z nich nie ma dostępu do Internetu. Zdaliśmy sobie sprawę, że wykluczenie informacyjne takiej grupy członków nie jest fair. Powstał pomysł na wypuszczenie drukowanej wersji biuletynu i przesyłania go tradycyjną pocztą. Drukowaną wersję Biuletynu otrzymują osoby, których wspomnienia są publikowane w danym biuletynie, oraz najaktywniejsi członkowie, którzy utrzymują listowny/telefoniczny kontakt ze SDP1944. Biuletyny zawierające szczególnie ważne informacje, np. o możliwości uzyskania statusu osoby poszkodowanej w związku z pobytem w DULAG 121 otrzymali bez wyjątku wszyscy członkowie Stowarzyszenia. 

Początkowo pewna nieporadność internetowa redaktorów spowodowała, że konwersja tekstu blogu na drukowalną wersję papierową z zachowaniem podobnego formatu sprawiała im znaczne kłopoty. Odejście śp. Andrzeja pozostawiło bowiem biuletyn bez fachowych redaktorów. W odpowiednim momencie, mniej więcej 2 lata temu, pojawił się w naszych szeregach Artur Hartman, który do chwili obecnej zajmuje się techniczna stroną wydawania naszego biuletynu, zarówno w wersji elektronicznej jak i papierowej. 

Na tym nie kończy się wkład Artura w upowszechnianie Informacji o Stowarzyszeniu. Bez rozgłosu wskrzesił profil SDP1944 na Facebooku (DzieciPowstaniaWarszawskiego) oraz uruchomił nasz profil na Instagramie (sdp1944). W obu tych miejscach na bieżąco pojawiają się informacje o naszych kolejnych publikacjach - Biuletynie, wspomnieniach i innych wydarzeniach.

W przypadku Instagramu chodzi już o całkiem nową jakość. Wspomnienia, zarówno te publikowane po raz pierwszy jak i te publikowane we wcześniejszych Biuletynach, a teraz odświeżane, ilustrowane są aktualnymi zdjęciami miejsc ze wspomnień naszych członków. Dodatkowo, dzięki uprzejmości portalu warszawa1939.pl, tam, gdzie to możliwe, dodajemy zdjęcia tych miejsc z okresu Wojny. W tym miejscu chcemy te podziękować dzieciakom, które w ramach wolontariatu pomagają nam zarówno w porządkowaniu wspomnień jak i przygotowywaniu dokumentacji fotograficznej do kolejnych publikacji!

Gwiazdkowe spotkanie SDP1944

Długo oczekiwane spotkanie towarzyskie członków SDP1944 odbyło się krótko przed Bożym Narodzeniem. Skorzystaliśmy po raz kolejny z pomieszczeń Multimedialnej Biblioteki dla Dzieci i Młodzieży, które udostępniła nam pani dyr. Aleksandra Mostowska. Zespół Biblioteki przygotował dla nas zastawę stołu, kawę i zapewnił porządek po naszej imprezie. Tą drogą wyrażamy Bibliotece jeszcze raz naszą wdzięczność.
Zapowiadała się liczna obecność. W ostatniej chwili kilkoro naszych Dzieci zrezygnowało. 
Refleksja: wiele Dzieci pragnie spotkań, żeby porozmawiać, powspominać. Potem przychodzą inne niż te, które się wstępnie zapowiedziały. Ze względu na trud organizatorów apelujemy o dotrzymywanie obietnic obecności. 
Niedomaganie zdrowotne zatrzymało w domu jednego z głównych filarów spotkania Marka Tomczaka. Marek zaprosił nas wcześniej na wieczór kolęd i innych pieśni. Biblioteka zapewniła instrument. Jako chórzysta i pianista Marek planował regularne spotkania muzyczne. Życzymy mu powrotu do dawnej sprawności. 
Uwaga: Poważne miny zebranych na fotografiach nie świadczą o "ponurych" charakterach zebranych. Miny świadczą raczej o zasłuchaniu w trakcie wypowiedzi innych kolegów. 


Janusz Paliński, Ela Koziarska -Puzyńska, Zbyszek Puzyński, Jacek Łaszewski

Zbigniew Bogusławski, Adam Bogusławski, Barbara i Jurek Dąbrowscy, Wojtek Jędrzejczak (na wprost), Tadeusz Świątek (stoi), Mirek Dąbrowski, Janusz Paliński, Ela i Zbyszek Puzyńscy


Krystyna Bilska i Zbigniew Wrzesiński (profesor)

Aktywność naszych członków

Halina Gniadek wśród uczniów pruszkowskiej szkoły

Pani Halina, członkini naszego Stowarzyszenia została zaproszona przez Dyrektora Szkoły Podstawowej nr 2 w Pruszkowie pana Marka Śrębowatego do uczestnictwa w 4-ro odcinkowej sesji spotkań z uczniami 8 klasy.



Nagrania z tych spotkań dostępne są na profilu Youtube "Szkoła SP2" lub pod poniższymi linkami:

Janusz Paliński, Dziadek młodych filmowców

Janusz, aktywny członek SDP1944, potrafił wzbudzić w swoich wnukach zainteresowanie okresem swojego dzieciństwa. Ich dziełem jest film o zdarzeniach z Powstania Warszawskiego, który współreżyserują , a także biorą w  nim udział jako aktorzy. Film nakręcony został przez Harcerską Grupę filmową DUBEL. Do obejrzenia pod adresem na Youtube - JEDEN STRZAŁ.
Film zdobył szereg bardzo pozytywnych komentarzy. Podkreślano dojrzałość aktorstwa młodych artystów. Premiera odbyła się w Muzeum Powstania Warszawskiego.


Danuta Charkiewicz-Topolska - opowieść Warszawianki ze Śródmieścia



Film nakręcony został w zeszłym roku we współpracy dwu zasłużonych instytucji w upamiętnianiu losów warszawiaków z okresu Powstania Warszawskiego tzn. Instytutu Pamięci Narodowej i Muzeum Dulag 121.  Film odznacza się profesjonalizmem aranżacji całości, bogatą ilustracją fotografiami i osadzeniem w powstańczych realiach. SDP1944 poleca bardzo ciekawą opowieść pani Danuty, której pamięć i kultura wypowiedzi pozostawi trwały ślad w naszej pamięci.

Film można obejrzeć na stronach Instytutu Pamięci Narodowej.

Zdzisław Czerwiński - dziecko z Krochmalnej i emerytowany sołtys spod Pruszcza Gdańskiego na spotkaniu z przyjaciółmi wszelkiego wieku

Nasz wierny czytelnik i przyjaciel - Zdzisław został zaproszony na gminną uroczystość Święta Niepodległości 11 listopada 2022 r. w Pruszczu Gdańskim.



Liczni krajanie w uznaniu jego zasług jako byłego sołtysa, popularyzatora wydarzeń Powstania Warszawskiego otoczyli go z wielkim szacunkiem i razem z nim pozowali do fotografii. Wszystko to obrazują dołączone fotografie. 
Szczególnie entuzjastycznie przyjmowany był przez przyjaciół ze Straży Pożarnej oraz dzieci z zespołu "Jagódki" przy szkole podstawowej w Straszynie. Fotografia wykonana w szkole w Łęgowie. 




Jak wspomina Zdzich, dzieci koniecznie chciały mieć zdjęcie z "kombatantem". Zespół "Jagódki" ma swoich młodocianych (i nie tylko) wykonawców, śpiewaków, tancerzy, licznych muzykantów. "Jagódki promują kaszubskie i charakterystyczne polskie pieśni i tańce. Występowały w wielu krajach Europy. 

Widziane z krzesła Honorowego Prezesa profesora Andrzeja Targowskiego


Polska, ale jaka?

Zdania na temat tego, czy transformacja polityczna PRL w III RP była udana, czy nieudana, są do dziś bardzo podzielone. W rezultacie mamy podział na dwa, a może nawet więcej bloków. Co prawda, generalnie nauka powinna być politycznie neutralna, ale politologia ma jednak obowiązek analizować różne modele polityczne i oceniać możliwości ich sukcesu. Zatem w ramach podejścia politologicznego przedstawiam dwie propozycje, które, jeśli zostaną przyjęte przez koalicję partii (niezależnie od ich „koloru") jako strategiczny program wyborczy do Sejmu w 2023 r., to powinny umożliwić jej wygranie tych wyborów. Podkreślam, że nie wymieniam nazw partii, ponieważ każda konfiguracja koalicyjna jest możliwa. Na początek zajmiemy się Polską Racją Stanu (PRS), która wynika z polskiej historii, politycznych światowych trendów i z aktualnej sytuacji Polski. Następnie zajmę się Dekalogiem Polskiej Polityki (DPP).

Polska Racja Stanu

Polska Racja Stanu wraz z Konstytucją winny być centralnymi dokumentami, zaś politycy i wojskowi oraz policjanci nominowani na wysokie stanowiska w państwie zobowiązani do złożenia przysięgi, że będą ich przestrzegać. Budzi zdziwienie, że w III RP żadna partia i żaden ich przywódca nie formułuje dokumentu, który można by nazwać Polską Racją Stanu, i się nim nie posługuje. Owszem, mówią o polskiej racji stanu, ale sloganowo, a nie merytorycznie. Zatem spróbujmy ją zdefiniować.

Oto projekt:

Istotą Polskiej Racji Stanu jest zapewnienie polskiemu społeczeństwu godnego życia i rozwoju w bezpieczeństwie i zrównoważonym środowisku, w zachodniej (1) demokracji zapewniającej różnorodność humanistycznie zorientowanych poglądów, czwórpodział i rozdział władzy ustawodawczej, wykonawczej, sądowniczej i mediów, opartej na przestrzeganiu Konstytucji, traktatów i praw międzynarodowych, oraz głównych chrześcijańskich wartości, w warunkach rozdziału państwa i Kościoła, w harmonii społecznej oraz w dobrych relacjach z sąsiednimi i innymi państwami, a w kryzysach kierowanie się strategią minimalizowania strat tak realnych, jak i mentalnych oraz klimatycznych.

Tak zdefiniowaną Polską Rację Stanu można streścić w haśle: Zgodna ojczyzna, rodzina oraz UE.

Przestrzeganie chrześcijańskich wartości nie oznacza, że obok ludzi wierzących nie mogą funkcjonować ludzie niewierzący i agnostycy. W projekcie mowa jest o głównych wartościach, które powinny być osobno zdefiniowane, gdy już idea Polskiej Racji Stanu zostanie zaakceptowana. Należy naturalnie pominąć te przykazania z dekalogu, które są ważne tylko dla wierzących, ale pozostawić te od IV do X, takie jak „Nie zabijaj", i przykazanie, które jest streszczeniem dekalogu: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego". Polska ma pond 1000-letnią tradycję chrześcijaństwa, które ratowało ludzi i państwo w czasach wojen i kryzysów. I tego nie może się wyprzeć, ponieważ nihilizm i przekreślanie dumnej tradycji prowadzą do barbarzyństwa. Do trzech rodzajów władzy wymienionych przez Monteskiusza, dodałem media, ponieważ są one też władzą, tzw. czwartą, wprawdzie nieformalną, ale skuteczną, inspirującą, motywującą i sterującą postępowaniem ludzi.

Troska o rodzinę jest bez wątpienia ważnym elementem Polskiej Racji Stanu. Zwłaszcza o jej dobre zdrowie i dochody powyżej średniej europejskiej, dzięki m.in. produkcji, oby bezkonkurencyjnej, organicznej żywności, najlepszej w Europie, i możliwemu połączeniu kolejowemu i autobusowemu wszystkich miast i miasteczek w kraju. W ten sposób zniwelowano by różnice ekonomiczno-społeczne między Polską A i B. I aby dzięki samodzielności finansowej samorządów była ciepła i czysta woda w kranie oraz żywe ryby w zadbanych rzekach, by na dietę posłać tłuste koty oraz urlopować z rządu biernych, miernych, ale wiernych, z zastosowaniem strategii zrównoważonego rozwoju i szybkiego minimalizowania strat tak realnych, mentalnych i klimatycznych. 

Zgoda buduje i musi zastąpić głoszenie nienawiści do ludzi i zarządzanie strachem. Wszak jest to sprzeczne z chrześcijańskim pryncypium „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego".

Myślę, że tak sformułowana Polska Racja Stanu jest do przyjęcia przez wszystkich aktorów sceny politycznej i trudno zrozumieć, dlaczego dotąd o tym nie pomyślano. Oczywiście szczegóły i precyzyjna forma powinny zostać dopracowane przez specjalistów, ale generalne zasady chyba nie ulegają wątpliwości. Zgoda w tej sprawie byłaby ważnym krokiem w kierunku osłabienia podziałów i zastąpienia ich porozumieniem. Przedstawiona Polska Racja Stanu jest jakby wykładnią Konstytucji. Dobrze byłoby, gdyby znał ją na pamięć każdy obywatel Polski, a obowiązkowo posłowie, senatorowie i członkowie rządowej administracji.

Uchwalenia i ewentualnej aktualizacji Polskiej Racji Stanu winien dokonywać parlament głosami 75 proc. posłów i senatorów. Jeżeli Sejm nie może zatwierdzić zaktualizowanej wersji po 5 głosowaniach, zatwierdza ją Sąd Najwyższy w składzie 11 sędziów.

Można naturalnie postawić zarzut, że przedstawiony przeze mnie postulat nie wnosi wiele nowego, bo proponuję rzeczy, które są powszechnie akceptowane. Moim zdaniem jest jednak duża różnica między pojawiającymi się w politycznych polemikach sloganami a zatwierdzonym formalnie dokumentem, którego wszyscy zobowiązują się przestrzegać.

ANDRZEJ TARGOWSKI Western Michigan University (Emeritus)

(1) Można by napisać „liberalnej" ale są krytycy w Polsce, którzy „liberalną" tłumacza na lewicową, co nie jest prawdą.

Felieton dr Jerzego Bulika


Od autora
Pozwalam sobie przesłać Wam moje kolejne "Rozmyślania Przy Goleniu” (RPG) – załącznik: Władza. Chcę się nimi z Wami podzielić. Nie czujcie się zobowiązani do tego, aby wypowiadać się na poruszony przeze mnie temat. To nie ma być dla Was jeszcze jedna rzecz do załatwienia, która ma Was obciążać. Moją intencją jest, aby to, co do Was piszę, zwróciło Waszą uwagę na sprawę, skłoniło do zastanowienia się nad nią i w rezultacie dostarczyło Wam trochę przyjemności myślenia. Jeśli będziecie mieli chęć i czas na to, aby dorzucić coś od siebie do tego tematu (pisząc na adres, z którego to wysyłam), będę wdzięczny, ale jeszcze raz podkreślam, nie traktujcie tego, jako obowiązek. 

Władza

Tylko władza da się stworzyć z niczego. Tylko władza jest, choćby niczego nie było.” - Sławomir Mrożek, Tango

Powyższa, wręcz genialna teza Mrożka, znakomicie charakteryzuje niematerialny charakter władzy. Rzeczywiście, samotny człowiek na bezludnej wysepce, która może być łachą piasku albo gołą skałą, może czuć się władcą tego skrawka lądu. A jeśli w tych warunkach znajdzie się dwoje ludzi, władza zyskuje zupełnie nowy wymiar.    

Jednak jednocześnie, chociaż nie ma ona bytu fizycznego, jej istnienie i funkcjonowanie przejawia się w sposób bardzo konkretny.

W zależności od kryterium klasyfikacji można wyróżnić rożne rodzaje władzy. Na poziomie bardzo ogólnym mamy władzę polityczną, ekonomiczną, wojskową, duchową, fizyczną. Na poziomie państwa i różnego rodzaju zbiorowości i organizacji wyróżnia się, za Monteskiuszem, władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Na poziomie stosunków międzyludzkich władzę rodziców w stosunku do dzieci, nauczycieli - do uczniów, przełożonych - do podwładnych, policjantów - do obywateli itd. Specyficzną kategorię stanowi władza dowódcy wojskowego, kapitana okrętu albo jachtu czy kapitana drużyny sportowej. Z punktu widzenia zakresu władza może być absolutna – obejmująca wszystko albo ograniczona – działająca tylko w określonych obszarach.

Władza może być dobrowolnie przyznana (komuś przez kogoś) albo udzielona w drodze procesu demokratycznego albo przywłaszczona przez jakieś nieuczciwe działania albo zagarnięta siłą w akcie przemocy.

Każda władza daje prawo do podejmowania decyzji, które dotyczą obiektu władzy. Gdy obiektem jesteśmy my, ludzie, oznacza to, że jakiś procent naszej niezależności, wolności, prywatności… należy do „dzierżyciela” władzy (to może być człowiek, a może też być przepis prawny, jakaś przyjęta norma czy regulacja, ale za nimi też stoi ktoś) i tenże może w jakimś stopniu kierować nami i rządzić. Przedmiotem władzy może być również otaczający na świat (pola, lasy, jeziora, góry…) jak również „rzeczy” (stół, rower, samochód, dom…) i „władca” może nimi dysponować w ramach posiadanych uprawnień.

Władzy z reguły towarzyszą jakieś organa kontrolne, które formalnie sprawują nad nią nadzór. Ma to miejsce zarówno w systemach demokratycznych jak i autorytarnych. W tych drugich pełnią one oczywiście rolę wyłącznie fasadową. Konieczność istnienia instytucji kontrolnych bierze się z kilku powodów. Jednym z nich jest czuwanie nad tym, aby władza przestrzegała przyznanych jej uprawnień. Oznacza to, że nie powinna ich zmieniać, oraz że nie powinna być bierna, gdy występuje potrzeba jej działania.  Drugi: Każda władza ma tendencję do rozrastania się, do wkraczania w coraz to nowe dziedziny i chodzi o to, aby nie pozwolić na takie „rozlewane się”. I trzeci to swego rodzaju zawór bezpieczeństwa. Gdy działania władzy przyjmowane są z dezaprobatą ze strony podległych jej ludzi istnienie jakiejś formy kontroli władzy ma ich przekonywać, że nie są one jej nadużyciem.    

Ludzie patrzą na sprawowanie władzy w dwojaki sposób. Jedni widzą ją jako trudny obowiązek. Świadomi są tego, że rodzi ona nieustanne dylematy, że wymaga wybierania pomiędzy przeciwstawnymi racjami, że oznacza konieczność podejmowania decyzji, które są jedynie mniejszym złem i które dla kogoś tłumaczą się na wielkie życiowe problemy. Takie osoby nie dążą do posiadania władzy. Jeżeli już ona na nie spada przyjmują ją z głęboką pokorą i wykonują ją z oddaniem, zaangażowaniem i empatią.

Inni są żądni władzy. Jest ona dla nich jak narkotyk. Chcą dla siebie splendoru i przywilejów, które jej towarzyszą, zwłaszcza na jej wyższych szczeblach. Upajają się „panowaniem” nad ludźmi cokolwiek to w danej sytuacji oznacza. Nie obchodzą ich losy ludzi dotkniętych ich decyzjami. Przekraczają obowiązujące ich granice. Sami dla siebie ustalają normy Przywiązują się do niej i robią wszystko, aby jej nie oddać.

Władza to służba – prawo do działania w imieniu i dla jej obiektów. To prawo do dysponowania jakąś cząstką każdego obiektu będącego jej przedmiotem. Trudno znaleźć słowa, które mogłyby wyrazić jak wielka wiąże się z tym odpowiedzialność. Myślę, że największa - w przypadku, gdy tymi obiektami jest wszystko co żyje, czuje i myśli – ludzie, a również i zwierzęta.

Czy możliwy jest nasz ludzki świat bez istnienia władzy? Myślę, że nie. W każdej grupie społecznej, w każdej organizacji, na każdym szczeblu, występuje konieczność organizacji i administracji działań, ustalenia hierarchii priorytetów – wyboru między różnymi potrzebami, wyboru między dobrem i prawami jednostki a dobrem i prawami społeczności itd. To wyliczenie można dalej rozwijać, ale bez tego już widać, że istnienie władzy wśród ludzi jest konieczne. Warto tu odnotować zabawną sytuację: nawet grupy i organizacje anarchistyczne zawierają w sobie struktury władzy. Występują ona też w świecie zwierząt; stado wilków ma swego przewodnika; podobnie jest u niektórych innych gatunków.

W konkluzji: myślę, że władza to nie jest zło konieczne, ale pożyteczny instrument, który zarówno w małej i wielkiej w wielkiej skali prowadzi nas do lepszego życia, a w dalszej perspektywie - do lepszego świata. Jednak absolutnie wymaga, aby patrzeć jej na ręce. 

2 kwi 2023

Pożegnanie towarzyszy zabaw - wspomnienia Elżbiety Skotnickiej-Iliasiewicz

Mieszkaliśmy na rogu Grójeckiej i Słupeckiej. Teraz na dole jest narożny sklep spożywczy, w czasie wojny sprzedawano tam różnorodne przybory krawieckie. Zachwycały mnie szafeczki z umieszczonymi przy gałce (może na gałce) guziczkami różnej wielkości, kształtu i koloru. Zamiast zabawek miałam całą kolekcję takich guziczków, z których układałam obrazki. Najczęściej (bo najłatwiej) bukiety kwiatów.


Dom, w którym mieszkała pani Elżbieta w czasie Powstania, tu jeszcze w trakcie budowy. 
Zdjęcie z serwisu warszawa 1939.pl.

Dom był wykończony już po wybuchu wojny i oddany do użytku chyba w Polowie 40-go roku. Zasiedlony był głównie (a może nawet wyłącznie) przez uciekinierów z Reichu, którzy, rzecz prosta licząc, że po wojnie wrócą do swoich zostawionych za kordonem domów, mieszkania jedynie wynajmowali a nie byli ich właścicielami. Wszyscy byli „skądinąd”, wszyscy w podobnej sytuacji wojennych przesiedleńców, toteż pozbawieni swoich przedwojennych pozycji i stanowisk łatwo nawiązywali kontakty tworząc zdemokratyzowaną wojennym losem wspólnotę. 

Dom, w którym mieszkała pani Elżbieta w czasie Powstania, stan obecny. 

W większości mieszkań były dzieci i w niemal wszystkich - psy, zabrane z domów rodzinnych.  One też stanowiły nieodłączną część naszej dziecięcej kompanii, której główny pokój dziecinny stanowiło podwórko z nieodłącznym trzepakiem. Psy były wszelkiej rasy, wielkości i koloru. Te najmniejsze, jak nasz Fox-terier - BOY, łatwo dostosował się do mieszkania w domu wielorodzinnym. Gorzej było z psami przeniesionymi z majątków, z domów otoczonych ogrodem czy rozległym parkiem, najgorzej z psami używanymi w polowaniach, przyzwyczajonych do rozległych przestrzeni. Te ostatnie tylko czekały, aby się wymknąć za bramę i one też na ogół nie wracały: były bądź przywłaszczone przez Niemców, bądź ginęły jako ruchomy cel rozrywek strzeleckich stacjonujących na placu Narutowicza niemieckich żołnierzy. 

Przyszło Powstanie, ogłoszone ciągle powtarzanym wyciem alarmu umieszczonego na dachu Domu Akademickiego, zajętego przez wojska niemieckie. W pierwszych dniach chodziło się jeszcze do mieszkania po poduszki, kaszę czy mąkę. Pamiętam jak jednego dnia moja piastunka zabrała mnie „na górę”. Trzymając mnie na rękach podeszła do okna. Na jezdni łuku Placu Narutowicza między Filtrową i Grójecką leżał koń. Zapytałam, dlaczego on leży – piastunka odpowiedziała mi: to jest wojna, tak wygląda śmierć.

Powstanie w rejonie Placu Narutowicza trwało krótko. Zaledwie po 13 dniach sierpnia wyprowadzono nas z piwnicy. Staliśmy zbici w przerażonej gromadzie. Na podwórku domu na Słupeckiej wyprowadzano już ludzi. Komuś uciekła żywa gęś, która próbowała wzbić się w górę i okropnie głośno gęgała. Tak głośno, że dopiero po chwili dorośli zorientowali się, że padają strzały – nie do gęsi, jak myślano, a do ludzi, naszych sąsiadów. Wyprowadzono nas przed bramę i wówczas nasza Mama, będąca w siódmym miesiącu ciąży bliźniaczej, zaczęła śpiewać znaną, kabaretową piosenkę, w której refrenie były słowa „nie udało się we środę, lecz przed sobą jeszcze czwartek masz”. Psy były coraz trudniejsze do utrzymania, wyczuwały strach, niepokój właścicieli. Niemcy wyrwali właścicielom smycze i na naszych, również dziecięcych oczach zaczęła się egzekucja naszych podwórkowych przyjaciół. Najdłużej bronił się SABA, aż do chwili, kiedy skierowano na niego serię z karabinu maszynowego.

Profesor Elżbieta Skotnicka – Illasiewicz