9 cze 2016

Biuletyn Nr 14, czerwiec 2016


Sympozja, wystawy, spotkania: Co się dzieje w Muzeum Powstania Warszawskiego, w Warszawie, w Polsce i na świecie.

14 06 2016 Promocja książki „Powstanie Warszawskie. Wędrówka po walczącym mieście”
Muzeum Powstania Warszawskiego, Audioteka oraz Wydawnictwo WarBook zapraszają na promocję książki „Powstanie Warszawskie. Wędrówka po walczącym mieście” autorstwa Marcina Ciszewskiego oraz słuchowisko o tym samym tytule w reżyserii Grzegorza Drojewskiego, z doborową obsadą i muzyką na żywo.

Wtorek, 14 czerwca, godz. 19.00. Sala pod Liberatorem, Muzeum Powstania Warszawskiego.


Widziane z krzesła Honorowego 

Prezesa Andrzeja Targowskiego.

 Budujemy „Nowy  Świat”, czyżby lepszy? 

Wydawałoby się, że należymy do szczęśliwych ludzi, ponieważ wyszliśmy z Powstania Warszawskiego żywi. Przeżyliśmy 44 lat PRL, kolejnych lat zniewalania umysłów, jak kiedyś powiedział Noblista Czesław Miłosz o tych czasach. I wydawałoby się nam, że dożyliśmy w 21 wieku do stanu, gdzie nauka, sztuka i technika doszła do świetnego zenitu, czyniąc z nas ludzi szczęśliwych. Zwykle w tego typu rozważaniach na plan pierwszy wychodzą sprawy zwyrodniałej polityki, z której nikt nie jest zadowolony. Tym razem poświęcę parę uwag na temat rozwoju techniki i jej wpływu na nasze życie, a w każdym razie na życie naszych dzieci i wnuków.
Otóż przeczytałem w PAUzie Akademickiej (periodyk Polskie Akademii Umiejętności w Krakowie) opinię Umberto Eco i ABBY – częstego w „PAUzie Akademickiej” Autora, że konsumenci zafascynowani technologią nie interesują się nauką. Stąd chcę dorzucić kilka uwag a propos naszych szans w życiu sterowanym nauką i techniką.  
Chyba nie o technologię tu chodzi sławnemu pisarzowi włoskiemu, a o technikę. Bowiem technologia to sposób zrealizowania techniki. Niestety nauka, a za nią technika, bezkrytycznie prze do technologicznej informatyzacji (cyfryzacji) społeczeństwa, które będzie znało jedynie magiczny klawisz „enter”. W rezultacie zostanie zrealizowany cichy cel biznesu, jakim jest gospodarka bez pracowników (labor-free economy), gdzie tylko jeden sprytny multimiliarder z białym kotem na kolanach będzie naciskał klawisze kokpitu „nowego cudownego” świata.
Nawet „ciemny lud” w Stanach Zjednoczonych tego już „nie kupuje” i wie, że technika podbija kulturę człowieka, a nie wspiera jej, jak kiedyś to robiła. Szczególnie wiedzą to mieszkańcy stanu Michigan (centrum przemysłu USA), gdzie mieszkam i gdzie fabryki, które wracają z Chin, są ciemne, ponieważ są zautomatyzowane i szkoda oświetlenia dla maszyn. Niestety automaty te nie chcą płacić podatków na szkoły, uniwersytety, drogi i …naukę. Zresztą nauka niestety nie wypowiada się na temat jej społecznych konsekwencji (za mało nakładów czy obawa, aby nie narażać się środowisku?), kiedy przetransformowana w technikę – „technologizuje”, czyli realizuje bezczynne społeczeństwo, które będzie musiało żyć z zapomóg (jak grupy popegeerowskie w Polsce).
Marks (żyjący u progu rewolucji przemysłowej) nie przewidział tego, że technika, doprowadzona do końca swego absurdu, wreszcie rozwinie wolne od walki klasowej komunistyczne społeczeństwo, odkotwiczone od pracy i do tego żyjące z jednakowych zapomóg, coś w rodzaju 2000+ (ale na pierwszego bezrobotnego w rodzinie).
Co gorsza, amerykański futurolog Ray Kurzweil przewiduje, że w ciągu dosłownie niewielu lat – około roku 2025 – komputery będą myśleć szybciej od ludzi i nastąpi nowe singularity naszego gatunku. Czyli przypuszczalnie zostaniemy zabici, a sprytniejsi zostaną, co najwyżej przetransformowani w „nadludzi” (digital übermensch). Jednocześnie na moją krytykę dorzuca, że nie można kontrolować postępu w nauce i technice. Czyżby? W medycynie ma to miejsce, gdy np. chodzi o klonowanie.
Na nic przydały się etyczne prawa Asimova, aby nie budować robotów, które mogą nas zabić. W moich badaniach nad mądrością doszedłem do wniosku, że w biedzie jesteśmy mądrzy, a gdy nam powodzi się lepiej, to głupiejemy. 

                                                                                  Profesor Andrzej Targowski


                Zieleniak - zstąpienie do piekła. 

               Wspomnienie dziecka powstania


Piszę te kilka zdań wspomnień, kiedy dociera do mnie wiadomość, że władze Ochoty, mojej rodzinnej dzielnicy, chcą „ustroić” powstające na miejscu Hali Banacha centrum Handlowe  nazwa miejsca,  które w mojej pamięci   zasługuje raczej na ciszę, pochylenie głowy i zadumę nad dramatem wydarzeń , których było świadkiem.  
Mieszkałam z Rodzicami w czasie wojny w nowo wybudowanym domu na rogu Grójeckiej i Słupeckiej.  Okna narożnego pokoju stołowego wychodziły na obecny dom akademicki na Placu Narutowicza, w czasie wojny zajęty na  koszary, głównie jednostek gestapo. Tak liczne zgrupowanie wojska na Ochocie  zadecydowało w znacznej mierze, że  walki powstańcze zostały przez Niemców bardzo szybko opanowane.  Po dziesięciu dniach powstania spędzonych w piwnicy,   wrzaskiem i popychaniem wygnano nas na podwórko i uformowano kolumnę obstawioną wojskiem.  Miałam wówczas zaledwie cztery i pół roku to też moja dziecięca pamięć nie utrwaliła egzekucji mieszkańców sąsiedniej kamienicy a jedynie uciekającą ofiarom gęś, tak jak nie pamiętam egzekucji niesprawnych  współmieszkańców naszego domu a jedynie rozstrzeliwanie  psów, naszych towarzyszy zabaw na podwórku, zakłócających ordnung formowanej  kolumny.  Był 10-ty  dzień upalnego sierpnia. Byliśmy jedną z pierwszych grup wygnańców warszawskich. Całą drogę od domu na Zieleniak niosła mnie na rękach moja mama, która była w zaawansowanej, bliźniaczej  ciąży. Ludzie porzucali bagaże, bo musieli trzymać ręce podniesione do góry.  Mama, trzymając mnie na  rękach nie mogła rąk podnieść i prosiła, żebym ja je podniosła  – odmówiłam i to mi zostało do dzisiaj.  W rozmowach  rodzinnych prowadzonych po latach  rodzice wspominali, że w tej tragicznej kolumnie ludzie zachowywali jeszcze swoje identyfikacje: ostrzegali się, wymieniali pełne przerażenia obawy ( przecież przed chwilą stracili sąsiadów)  pomagali sobie ( szczególnie mojej mamie), mimo dramatycznej sytuacji wiązały ich różne  zażyłości sąsiedztwa: pani Zofii z trójki, inżyniera spod siódemki czy małej dziewczynki  Jadzi z parteru. Zachowywali jeszcze swoje miejsca w sąsiedzkiej wspólnocie. Przepędzenie ich na  niedawny rynek, zawalony resztkami straganów i gnijących resztek towarów był pierwszym etapem zejścia do piekła. To kim byli,  pozostawili  za ogrodzeniem strzeżonym przez niemieckich strażników, o tym kim stąd mieli wyjść decydowała ślepa wola tych, którym powierzono funkcje dozoru nad spędzonym tłumem – opitych alkoholem i żądzą zdobyczy własowskich żołdaków. Mój brat, wówczas jedenastolatek przypominał, że przy przekraczaniu granicy  obozu trzeba było pokonać rosnący próg usypany z kluczy. To dowód porzucanej racjonalności : nadzieja, że gdy „oni” nie będą mieli kluczy to nie ograbią mi mieszkania. Na okrucieństwo strażników mniej byli narażeni ci, którzy niczego nie mieli : pierścionków na opuchniętych palcach – bo takim obcinano ręce, wisiorków i medalików na szyi – bo takie zrywano  bez ich rozpinania, dziewczęcej kobiecości, bo takie gwałcono.  Zieleniak, bo to miejsce wspominam, był dla  relatywnie nielicznych zakończeniem życia, ale dla wszystkich miejscem odzierania ich z ludzkiej godności. Zstąpieniem do piekła.

Ktoś, kto chciałby wspomnienie tego miejsca zawarte w jego nazwie wykorzystać dla celów komercyjnych wykazuje bądź brak znajomości najnowszej historii naszego miasta, bądź elementarny brak wrażliwości. Zieleniak to istotnie miejsce przedwojennego i wojennego targu, na które okoliczni rolnicy, do chwili wybuchu Powstania, zwozili swoje produkty. Tragiczna zmiana jego funkcji w czasie powstańczej tragedii, budzi w pamięci Warszawiaków grozę i bolesne wspomnienia. Słowo Zieleniak i miejsce, które oznacza,  zasługuje raczej ( jak wspomniałam wcześniej)  na ciszę, pochylenie głowy i zadumę nad dramatem wydarzeń , których było świadkiem.  

                                                                      Profesor Elżbieta Skotnicka - Illasiewicz



Od Redakcji:

Jest to czternasty, czerwcowy numer naszego Biuletynu. Zapraszamy członków Stowarzyszenia do współuczestnictwa w redagowaniu Biuletynu. Zapraszamy do redagowania rubryk, nadsyłania notek, komentarzy. 

W załączniku do dzisiejszego mejla znajduje się deklaracja członkowska Stowarzyszenia. Prosimy o wypełnienie jej (jeśli jeszcze takiej deklaracji nie otrzymaliśmy) i odesłanie do Zarządu albo mejlowo albo pocztą. W przypadku użycia drogi mejlowej nie wymagamy własnoręcznego podpisu, natomiast w przypadku wysyłania pocztą prosimy o jego dokonanie. Przypominamy że składka członkowska jest dobrowolna.

Adres korespondencyjny Stowarzyszenia: Ul. Igańska 26 m. 38, 04-083 Warszawa.

Ważne:

 Zarząd Stowarzyszenia rozważa zorganizowanie w październiku 2017 sesji naukowej "Powojenne losy dzieci Powstania". 
1. Prosimy o opinie co do celowości zorganizowania takiej sesji.
2. Przedsięwzięcie takie nie uda się bez współuczestnictwa naszych członków. Apelujemy o zgłaszanie się wolontariuszy.


16 maj 2016

Biuletyn Nr 13, maj 2016





W poprzednim numerze Biuletynu zamieściliśmy wspomnienie z Powstania p. Haliny Kałdowskiej. Oto powojenne (z lat czterdziestych) zdjęcie młodej p. Haliny w mundurku harcerskim. 

Sympozja, wystawy, spotkania: Co się dzieje w Muzeum Powstania Warszawskiego, w Warszawie, w Polsce i na świecie.

Na stronie internetowej Muzeuym Powstania Warszawskiego znajduje się wirtualna wersja kartek z kalendarza z roku 1944: tutaj. Prześledź Powstanie dzień po dniu! Na ekspozycji Muzeum Powstania Warszawskiego można znaleźć ponad 60 kartek z kalendarza opisujące dzień po dniu historię Powstania Warszawskiego. Kalendarium rozpoczyna się 27 lipca 1944, a kończy 5 października 1944, w dniu wyjścia z Warszawy ostatnich pułków żołnierzy Armii Krajowej.


Widziane z krzesła Honorowego 

Prezesa Andrzeja Targowskiego.


Koń a sprawa polska





Konie jedzono w Powstaniu Warszawskim, bo innego mięsa już nie było.  Przejmujące w swojej wymowie jest zamieszczone zdjęcie: powstańcy, cierpiący straszliwy głód, ciągną zabitego konia. Raz powstańcy wykryli, że w okolicy Dworca Głównego jest rodzina, która trzyma gdzieś, w jakimś baraczku — konia wyścigowego. A już głód dawał się we znaki. Poszedł ktoś, żeby tego konia zabrać i zjeść. Dowiedział się, że bronią i granatami odpędzą wszystkich, kto by tego konia chciał wziąć. Wobec tego została zorganizowana akcja zbrojna, aby pod pełną bronią zdobyć tego konia. Z pistoletem na konia, a właściwie na tę rodzinę, co tego konia broniła wybrała się grupa powstańców. Skończyło się na jego wymianie za kaszę, a potem nastąpiła rzeź konia i rozdzielenie jego mięsa. Los koni w PW ’44 był przesądzony, pomimo, że kawaleria polska walnie przyczyniła się do rozwoju Polski i jej zwycięstw czy pod Grunwaldem czy Wiedniem. Wówczas koń był polskim czołgiem. W ’44 był tylko pożywieniem.

Po 76 latach od Powstania Warszawskiego w kwietniu 2016 r. los koni w Polsce znów jest niepewny.  Ponieważ sławna stadnina w Janowie Podlaskim zaczęła tracić konie czy to wskutek niespodziewanej śmierci koni czy wskutek wycofywania koni danych pod opiekę – przez ich właścicieli. Stadnina ta o blisko 200-letniej tradycji, jest albo była jedną z najlepszych w świecie zaczęła od tego roku tracić swe znaczenie i świetność.


 Jej historia jest burzliwa jak nasza historia narodowa. Założona w 1817 roku po Kongresie Wiedeńskim na wniosek Rady Administracyjnej Królestwa Kongresowego Polski za zgodą cara Aleksandra I, była pierwszą na ziemiach polskich stadniną państwową. Do Powstania Styczniowego w 1863 roku kierownictwo stadniny spoczywało w rękach polskich hodowców. Po powstaniu, stadniną kierowali urzędnicy carscy.

   Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1918 r. ówczesne Ministerstwo Rolnictwa wszystkie konie uratowane z działań wojennych, rokujące nadzieje, że mogą być materiałem hodowlanym potrzebnym do odbudowy hodowli koni w Polsce, gromadziło w Janowie Podlaskim. W 1944 roku niemiecka komenda stadniny przeprowadziła ewakuację koni w momencie, kiedy armia radziecka dochodziła do Bugu. Konie zabrane z Janowa wraz z częścią personelu zostały przetransportowane koleją w okolice Drezna. Tam stały do lutego 1945 roku a potem przebywały w majątku Nettelau k/Kolonii. Do Polski konie wróciły drogą morską w 1946 roku. Do Janowa wróciły jesienią 1950 roku. Od 1960 roku janowskie araby są sprzedawane za granicę; najpoważniejszymi ich odbiorcami są Amerykanie, którzy dotychczas kupili najwięcej koni i płacą najwyższe ceny.


Czułość na los koni wśród ich hodowców jest oszałamiająca. Warto przypomnieć o losie hodowli koni w Czechosłowacji będącej pod zarządem niemieckim w czasie II WŚ. Otóż pewien amerykański pułkownik Charles H. Reed, wielbiciel koni (członek oddziału Armii Amerykańskiej wyspecjalizowanego w pokazach tresury koni), który z wojskiem amerykańskim (pod dowództwem gen. Pattona, uczestnika Olimpiady 1912 r. w konkursie hippicznym) wkroczył do Czechosłowacji w kwietniu 1944 r. wiedział (ze źródeł wywiadu) o owej sławnej hodowli koni rasy lipicańskiej i arabskiej (zrabowanych z podbitych krajów) w mieście Hostouň k/Pilzna (będących pod opieką czeskich i polskich specjalistów-będących jeńcami wojennymi). Wysłał zwiad do tej hodowli, ażeby omówić poddanie się Niemców, aby uniknąć bitwy i strat wśród …koni. Niemiecki generał, d-ca owej hodowli też chciał uniknąć strat wśród…koni i powiedział, żeby Amerykanie jednak ich zaatakowali, ale Niemcy będą się bronić, oczywiście pozornie a potem szybko się poddadzą. I tak się stało dla dobra….. „wyzwolenia” 1200 wspaniałych koni. Film na ten temat ma wejść na ekrany w grudniu 2016 r.

Kryzys w Janowie został spowodowany donosem pewnego polskiego niezależnego hodowcy koni, że w Janowie kierownictwo robi przekręty finansowe. Do tego dołączył się pewien senator, który miał na pieńku z b. zarządem Stadniny. Bez dłuższego namysłu Minister Rolnictwa zmienił kierownictwo Stadniny i od tego czasu zaczęły konie zdychać a inne zaczęto wycofywać. Natomiast ów niezależny hodowca, widać czuły na los koni przyznał się do donosu i sam wycofał się z zarządu Towarzystwa Hodowców Koni. Nawet końskie zdrowie nie sprostało tym zmianom.
   Może dla dobra polskiej sprawy a „przede wszystkim” i koni warto przywrócić dawne kierownictwo tej Stadniny, skoro oskarżono je niesłusznie. 

Przecież "Lach bez konia to jak ciało bez duszy, jak diak bez psałterki, a gospodarstwo bez kota na zapiecku" – tak swego czasu powiadano na staropolskiej Rusi. Jeśli chcemy kultywować polskie tradycje to musimy dbać o konie. Skoro Polakom nie udało się wylansować polskiej marki samochodu to niech lansują to, w czym byliśmy najlepsi w świecie, czyli w hodowli koni rasy arabskiej.

                   Profesor Andrzej Targowski



Od Redakcji:

A więc jest to trzynasty, majowy numer naszego Biuletynu. Zapraszamy członków Stowarzyszenia do współuczestnictwa w redagowaniu Biuletynu. Zapraszamy do redagowania rubryk, nadsyłania notek, komentarzy. 

W załączniku do dzisiejszego mejla znajduje się deklaracja członkowska Stowarzyszenia. Prosimy o wypełnienie jej (jeśli jeszcze takiej deklaracji nie otrzymaliśmy) i odesłanie do Zarządu albo mejlowo albo pocztą. W przypadku użycia drogi mejlowej nie wymagamy własnoręcznego podpisu, natomiast w przypadku wysyłania pocztą prosimy o jego dokonanie. Przypominamy że składka członkowska jest dobrowolna.


Adres korespondencyjny Stowarzyszenia: Ul. Igańska 26 m. 38, 04-083 Warszawa.


Zostań wolontariuszem, wesprzyj nas.
Może pomożesz zbudować naszą stronę internetową. 
Może zgodzisz się spotkać z uczniami jednej z warszawskich szkół i opowiesz swoje przeżycia. 
Przygotowujemy się do obchodów powstania w dniu 1 sierpnia 2016. Czy chcesz pomóc? 
Czy możesz pomóc nam w nawiązaniu kontaktu z organizacjami kombatackimi, historycznymi? 





    

8 kwi 2016

Biuletyn Nr 12, kwiecień 2016

Sympozja, wystawy, spotkania: Co się dzieje w Muzeum Powstania Warszawskiego, w Warszawie, w Polsce i na świecie.

21 04 2016 Historia i ekran w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Nowy cykl filmowy przedstawiający produkcje ukazujące wojnę i historię PRL w filmach powstałych przed i po 1989 roku. „Ze wszystkich sztuk najważniejszy jest dla nas film” – to powiedzenie Lenina zrobiło w świecie systemów totalitarnych prawdziwą furorę. Kino stało się największym środkiem masowej agitacji jako jeden z najbardziej nowoczesnych i dalekosiężnych środków oddziaływania. Dlatego oficjalne ukazywanie prawdy historycznej w polskich filmach do 1989 roku było w Polsce niemożliwe lub bardzo ograniczone. Niewygodne dla nowej władzy fakty i scenariusze eliminowano lub kompletnie zmieniano. Dopiero po 1989 roku filmy opowiadające o polskiej historii odzyskały prawdziwe oblicze, choć w dalszym ciągu zależne od państwa jako głównego sponsora kinematografii. Filmy przedstawiające minione zdarzenia i fakty stanowią cenne źródło wiedzy i mogą stać się specyficznym narzędziem interpretacyjnym, za pomocą którego możemy analizować różne zjawiska i procesy zachodzące w społeczeństwie czy w polityce. Prezentacje będą poprzedzone wstępem i dyskusją z udziałem zaproszonych gości.
W czwartek, 21 kwietnia film z 1958 roku pt. „Wolne miasto”. Gościem specjalnym będzie Stanisław Jędryka, II reżyser filmu. Audytorium Jana Nowaka-Jeziorańskiego, godzina 18.00. Wstęp wolny po rejestracji na: ekran@1944.pl


                        Dziecko Powstania 

                Wspomnienie p. Haliny Kałdowskiej 


Wiele lat minęło od wydarzeń które chcę opisać. Moje wspomnienia są trochę mgliste i jakby zamazane. Kiedy wybuchła Druga Wojna Światowa miałam 6 lat. Wspomnienie tego faktu, to pożegnanie z Ojcem, który jako oficer rezerwy został powołany do wojska. Poszedł na wojnę i ślad po Nim zaginął. Pierwsze wiadomości o Nim, dotarły do nas na początku wojny, podobno zginął w pierwszych dniach września w walkach pod Częstochową..? Nie była to oficjalna wiadomość więc Mama ciągle czekała na Jego powrót, a po wojnie szukała Go przez Czerwony Krzyż i inne organizacje. Bez skutku. Zostałyśmy same — Mama, babcia, ja i moja starsza siostra Irusia. Babcia zmarła na początku 1940 roku. W czasie okupacji mieszkaliśmy w Warszawie przy Siennej róg Sosnowej.
Pamiętam, że pierwszy sierpnia 1944 roku był pięknym słonecznym dniem, byłam sama w domu. Mama była w banku gdzie pracowała, moja starsza siostra — Irunia gdzieś się ostatnio ,,zawieruszała” (?)... Wiem, że uczyła się na tajnych ,,kompletach”, ale też miała kontakt z harcerstwem podziemnym. Nudziło mi się, więc godzinami stałam na balkonie obserwując co się dzieje na ulicy. Tego pamiętnego dnia, od samego rana czuło się podniecenie na ulicy. Po południu, jak zawsze, stałam na balkonie i czekałam na powrót Mamy i nagle zrozumiałam, że dzieje się coś niezwykłego...! Ruch był zwiększony, dużo młodych ludzi gdzieś pędziło. Młodzi mężczyźni ubrani w buty ,,oficerki” (z cholewami pod kolana), byli jakoś bardziej ,,uroczyści”...? Wzrastał we mnie niepokój o Mamę i siostrę...
W pewnej chwili Mama wpadła do mieszkania wołając od drzwi: „Córeczko: Powstanie, Warszawa powstała — będziemy wolni”... Te słowa i gest przytulenia mnie pozostał w mojej pamięci do dziś. Mama powiedziała, że siostra Irusia jest wśród powstańców, kazała się za Nią modlić. Moja Mama była wielką patriotką i uczyła nas jak kochać Polskę. Na ulicy i z balkonów ludzie zaczęli wołać: ,,Niech żyje Polska”... Coraz więcej młodych ludzi z opaskami biało-czerwonymi pokazało się na ulicy. Po wielu latach strachu i niewoli, te opaski i okrzyki tworzyły niepowtarzalny nastrój... Entuzjazm i wiara w zwycięstwo była ogromna. Jeszcze tego samego dnia wieczorem ludzie zaczęli budować barykady przeciw czołgom i wozom pancernym. Budowali ze wszystkiego co było ,,pod ręką” - z wyrzucanych przez okna mebli, z płyt chodnikowych, z przewróconego tramwaju, wozów drabiniastych i aut ciężarowych... Wierzyliśmy w pewne Zwycięstwo...
Po euforii pierwszych godzin i dni, przyszły dni trudne. Nad Warszawą zaczęły latać niemieckie samoloty zrzucające bomby zapalające na dachy domów. Czasami udawało się je ugasić (posypując piaskiem), ale wkrótce zaczęli zrzucać bomby burzące, włączyli też ,,krowy” - pociski rakietowe wydające przerażający dźwięk podobny do ryku krowy, które uderzając w budynki niszczyły je aż do piwnic, w których mieszkańcy szukali schronienia. Siedzieliśmy w piwnicach, wsłuchani w świst bomb lub ryk ,,krów”, czekając kiedy zawali nam się wszystko na głowę. Do dziś nie mogę wejść do piwnicy i nie mogę tego zwalczyć. Nie wchodzę nawet do modnych dziś kawiarni czy restauracji w piwnicach. Nie mogę...
W piwnicach było nasze życie, nawet rodziły się dzieci...Pamiętam, jak takie maleństwo urodzone w czasie bombardowania chrzczono zwykłą wodą (nawiasem mówiąc, czyniła to moja Mama). Podczas bombardowania ludzie głośno się modlili, prosząc Boga o ratunek. Na głowę sypał się tynk z sufitów, bo jeśli nawet bomby padały gdzieś w sąsiedztwie, to i tak wszystko drgało, pod nogami podłoga chodziła w górę i w dół... Zaczął też zaglądać głód, kończyły się zapasy żywności. Składaliśmy resztki jedzenia i dzieliliśmy między wszystkich mieszkańców piwnicy, a na podwórku gotowano zupy z dostępnych produktów. Na podwórkach ludzie budowali małe kapliczki, czasem tylko figurka Matki Boskiej. Wieczorem zbieraliśmy się wszyscy, aby się modlić i cichutko śpiewać religijne pieśni.
W czasie Powstania byłam świadkiem wielu tragedii. Po jednym z bombardowań, zawaliła się część naszego domu i zasypało parę osób w piwnicy. Wysiłkiem mieszkańców udało się kilka osób wyciągnąć z pod gruzów. Nad jedną z zasypanych osób zawisł strop, tak tragicznie, że nie było możliwości Jej pomóc. Była zasypana do polowy. Zdawała sobie sprawę, że nie ma dla Niej ratunku, błagała by pomóc Jej ,,odejść”.... Po długich konsultacjach i rozważaniach, stwierdzono, że nie można jej tak zostawić — podano Jej zastrzyk. W tym dniu, wieczorem na podwórku odbyło się nabożeństwo żałobne, przyszedł nawet ksiądz z odległej kaplicy. Zapamiętałam również, jak jeden z domów na Śliskiej, po uderzeniu ,,krowy”, dosłownie się obsunął, grzebiąc w piwnicy kilkanaście osób. Wszyscy, którzy mieli łopaty i łomy, starali się wyciągać ludzi z pod gruzów. Niestety, było to zupełnie niemożIiwe. W końcu wykopano jakąś małą dziurę, przez którą podano z piwnicy mały pakunek - było to maleńkie dziecko w beciku... Co się stało z resztą ludzi z tej piwnicy, tego nie wiem, napewno zginęli...
Było coraz gorzej, coraz bardziej brakowało jedzenia. Na Siennej 48, o ile dobrze pamiętam sprzedawano koninę. Biedne konie, zabijane z powodu braku pożywienia dla ludzi - ratowały nas od głodu. Brakowało również wody, trzeba było czasami pod ostrzałem, lub o świcie, chodzić do studni w odległych domach, ale i to się kończyło. Rozdzielano wodę ostrożnie, większe porcje dostawały dzieci.
Czasami wpadali do piwnic powstańcy, opowiadali co się dzieje na Starym Mieście — o czołgach, na których Niemcy umieszczali dzieci, aby uniemożliwić powstańcom ich niszczenie. Do piwnic wpadali również Niemcy zabijając bezkarnie Polaków. Baliśmy się więc nie tylko bomb, ale też możliwości zdobycia przez Niemców naszej dzielnicy. Do tej pory, byliśmy wciąż po ,,polskiej stronie” i to było najważniejsze.
Któregoś dnia wpadła do naszej piwnicy moja starsza siostra Irusia, w mundurku harcerskim, w berecie z lilijką i opaską powstańczą. Na ramieniu miała ciężką torbę z opatrunkami — była sanitariuszką. Przyniosła nam pół bochenka chleba (był to wówczas rarytas). Pocieszała mnie, a ja nie słuchałam Jej tylko płakałam. Prosiłam, żeby została z nami. Ucałowała nas i zaraz musiała iść dalej. Odprowadziłam Ją za bramę i patrzyłam za Nią jak machając do mnie ręką, w pół zgięta, biegła pod murami domów w kierunku ul. Żelaznej. Nie wiedziałam wówczas, że było to ostatnie na Nią spojrzenie.
Nasze piwnice jeszcze się trzymały, ale wszystko się trzęsło i przy każdym bombardowaniu tynk leciał na głowy. Stwierdzono, ze wszystko jest już naruszone i coraz bardziej niebezpieczne. Postanowiono, że będziemy chodzić na plac Napoleona do ,,drapacza chmur” (Prudential), tam były bezpieczniejsze schrony. Przez parę dni, o godz. 6-tej rano wyruszaliśmy przez Sienną do Marszałkowskiej i ul. Moniuszki do Placu Napoleona. Wieczorem był powrót do domu. Przemarsz był trudny i niebezpieczny, szło się wśród gruzów, barykad i ciągle pod ostrzałem z różnych stron. Piwnice w ,,drapaczu” były duże i przestrzenne, zdawały się być bezpieczne. Ludzi było tam bardzo dużo. Byli tam ci co już wszystko stracili i my — niepewni, z wciąż jeszcze stojących domów. Ale i to się skończyło, „Drapacz” był coraz bardziej bombardowany, a i dojście do niego coraz trudniejsze i coraz bardziej niebezpieczne.
Ale najgorsze przyszło pod koniec sierpnia. Któregoś dnia raniutko, przyszła do nas łączniczka — koleżanka mojej siostry i poprosiła aby Mama natychmiast poszła z nią w okolice Woli, upewnią się co do kogoś!...? Mama domyśliła się o kogo chodzi. Chciała iść sama, ale ja bałam się z Nią rozstać i uparłam się że pójdziemy razem. Trudno było iść przez tyle ulic i barykad, często pod ostrzałem. Prawie cały czas biegaliśmy po gruzach, wśród ciągle walących się domów, zabitych i rannych ludzi i błąkających się głodnych i oszalałych ze strachu psów. Wreszcie dotarłyśmy do celu...! To co zobaczyłam, przerosło moje obawy i wyobrażenia. Irusia leżała martwa, rozszarpana przez niemiecki granat...! Trudno mi o tym pisać, do dziś mam ten straszny widok w oczach. Co się potem działo, tego nie pamiętam... Przerażona siedziałam w jakiejś obcej piwnicy i czekałam na Mamę. Mama chciała za wszelką cenę mnie ,,chronić” i nic na ten temat nie mówiła. Wiem jedno, moja dotąd dzielna Mama zupełnie się załamała, a ja, zawsze skora do płaczu — nie płakałam...! Poczułam, że muszę zaopiekować się Mamą, ponieważ była w bardzo złym stanie psychicznym. Późnym wieczorem, młody chłopiec odprowadził nas na Sienną, do naszego domu. Droga powrotna była koszmarna, ale tak naprawdę nie pamiętam żadnych faktów...
Parę dni później, dowiedzieliśmy się, że na Chmielnej runął dom, pod którego gruzami zginęli stryj Edmund i moja ulubiona ciocia - Julia - Wernerowie, oraz ich córeczka — Zosia. I tak zostałyśmy z naszej warszawskiej rodziny same — Mama i ja.
W pierwszych dniach września, Niemcy zaczęli zrzucać ulotki zachęcające ludność cywilną do opuszczania Warszawy, w dniach ,,zawieszenia broni”... Większość warszawiaków nie chciała z tego skorzystać. Ciągle wierzono w poprawę sytuacji, przecież za Wisłą stały wojska sowieckie i polskie... Zawiedziono się jednak na ich pomoc. Żołnierze polscy opowiadali potem o swoich rozterkach, patrząc na palącą się Warszawę.
Mieszkańcy naszego domu zdecydowali się jednak wyjść z Warszawy. Dla nas było to okropne. Mama długo się opierała, ale przekonano Ją, ze względu na mnie i na Jej Stan zdrowia. I tak 8. września wychodziłyśmy w tłumie ponuro idących Iudzi, biedni, znękani, z małymi tobołkami i z wielkim żaIem w sercu, często po stracie najbliższych, czasem całych rodzin. Straciliśmy też ukochane miasto, które dzielnie się trzymało w czasach okupacji, a na naszych oczach legło w gruzy.
Niemcy czasem i te małe bagaże zabierali, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Jeszcze przed opuszczeniem domu, przeżyłam rozstanie z moim ukochanym pieskiem. Psów nie było wolno wyprowadzać, ale zostawiać w ruinach nie pozwalało serce. Ktoś miał lek, który podano psom z naszego domu. Było to znów dla mnie przeżycie. Już naprawdę, nie mogło się nic więcej zdarzyć, oprócz utraty życia.
Wyjście z Warszawy, w czasie ,,zawieszenia broni” było bardzo bolesne. Na barykadach stali powstańcy, a dalej — Niemcy. Miałam wtedy poczucie zdrady, że moich bohaterskich powstańców opuszczam i do dziś mam to uczucie. W moim sercu zostali dzielni, odważni, godni szacunku. Zostawali na posterunku, choć wiedzieli, że sprawa jest przegrana, a ich los niepewny. Niestety, po 63. dniach Powstanie upadło. Wszyscy bez wyjątku musieli Warszawę opuścić, a Niemcy bezkarnie kontynuowali burzenie i palenie miasta. Taka była koncepcja Hitlera, aby z Warszawy pozostał ,,kamień na kamieniu”...!
Szliśmy więc w tłumie poganiani przez Niemców, wśród ruin i palących się domów. Miałam wrażenie, że płomienie mogą nas dopaść. Po drodze widzieliśmy sporo świeżo usypanych grobów z małymi drewnianymi krzyżami. Tak doszIiśmy o ile dobrze pamiętam do Dworca Zachodniego. Na dworcu kazano nam wsiadać do wagonów towarowych i zawieziono nas do obozu przejściowego w Pruszkowie. Czekali tam na nas Niemcy z karabinami i z psami. Zaczęła się segregacja: zdrowi i młodzi szli do hali z przeznaczeniem na wywóz do Niemiec - na roboty. Matki z dziećmi do innych hal. Byłam mała i chuda, więc zakwalifikowali nas do hali Nr. 1 — dla matek z dziećmi. Była to obskurna duża hala z betonową podłogą, tak zwana — ,,wagonownia”, z kanałami do remontu wagonów, z których rozchodził się nieprzyjemny zapach. Naokoło były rozłożone maty ruszające się od insektów... Dostaliśmy okropną zupę z brukwi i to poczucie, że się jest w niewoli — jakaś straszna beznadzieja...
Po tych wszystkich przeżyciach, Mama zaczęła niedomagać na serce. Ja zaczęłam chodzić wśród ludzi w nadziei znalezienia kogoś z rodziny, sąsiadów albo znajomych, ale niestety nikogo nie znalazłam. W nocy wyszłam na zewnątrz, już nie wiem dlaczego i nagle zjawił się żandarm niemiecki, który wyciągnął do mnie rękę, nie wiem po co. Przestraszona odskoczyłam i wtedy wycelował do mnie z karabinu, po chwili jednak machnął ręką i odszedł. Przez długą chwilę nie mogłam się ruszyć ze strachu. Wróciłam do śpiącej Mamy, ale rano nic o tym Jej nie powiedziałam, aby Jej nie denerwować. Po paru dniach załadowano nas do otwartych wagonów towarowych i wieziono przez 30 godzin w nieznanym kierunku (bez warunków sanitarnych). Ludzie wyglądali przez szpary i wspinali się ponad burty wagonu, by zorientować się w terenie. Z ulgą stwierdzili, że wciąż jesteśmy w Polsce.
Mama zachorowała na czerwonkę. Miała wysoką gorączkę, a ponieważ była to choroba zakaźna, to ludzie odsuwali się od nas. Brak sanitariatów pogarszał sytuację i stwarzał prawdziwy koszmar. Nie wiem kto zawiadomił — może Niemcy, ale jak dojechaliśmy do celu, t.j. do Kielc, po Mamę przyjechała karetka sanitarna i zabrała Mamę do szpitala. Niemcy bardzo bali się zakaźnych chorób. Dobrze, że tak zareagowali a nie pozbawili Mamę życia. Zostałam sama. Z dworca załadowano nas na furmanki i zawieziono do jakiegoś obozu (RGO) dla wysiedleńców warszawskich, ale to nie był obóz zamknięty. Jakieś hale, chociaż nieco lepsze niż w Pruszkowie, ale niestety tak brudne, że siedziałam w kucki całą noc. Nie wiedziałam co będzie dalej, co z Mamą...? Czekaliśmy nie wiadomo na co...? Pamiętam tylko, że któregoś dnia — to była niedziela — usiadłam na zewnątrz i bardzo płakałam... Koło mnie zatrzymała się jakaś para wracająca z kościoła, zapytali mnie co tu robię, czy jestem z matką...? Wypłakałam Im całą swoją historię. Zabrali mnie do siebie, umyli, nakarmili i odwszawili. Nawiązali kontakt z Mamą, którą ze szpitala zabrali też do siebie. Tym zupełnie obcym ludziom całe życie jestem wdzięczna. Uratowali mi życie i wiarę w dobro.
W pierwszych dniach stycznia 1945. roku wróciłyśmy z Mamą do Warszawy. Nasza ulica Sienna była w gruzach, z naszego domu nie zostało nic, oprócz kupy gruzu. Zostawiłyśmy na gruzach karteczkę, że żyjemy, z nadzieją, że może ktoś nas szuka...? Karteczki zostawiałyśmy w różnych miejscach. Mama ciągle żyła nadzieją, że Jej mąż, a mój Ojciec żyje i szuka nas...? Tak robili wszyscy powracający mieszkańcy Warszawy, to był wówczas jedyny możliwy sposób na nawiązanie kontaktu.
Warszawiacy starali się jak najszybciej wracać do swego miasta. Niektórzy Iiczyli, że może ocalało coś z ich domów, ale przede wszystkim szukali pogubionych w czasie Powstania swoich najbIiższych. Jednak wobec ogromu zniszczeń nie było to łatwe. Mama ze mną nie została w Warszawie — nie było gdzie zamieszkać. Wyjechałyśmy na jakiś czas do przyjaciół Mamy w Błoniach pod Warszawą, aby przeczekać zimowy czas. Na wiosnę, Bank Polski zaczął wzywać swoich dawnych pracowników do powrotu do Warszawy. Chwilowo zorganizował centralę w Łodzi, gdzie przewieziono na krótki czas pracowników z rodzinami. W niedługim czasie przygotowano siedzibę Banku w Warszawie oraz skromne służbowe mieszkania. Ostatecznie po miesiącach tułaczki - wróciłyśmy do Warszawy....
(Serdecznie dziękujemy p. Halinie za zgodę na opublikowanie wspomnienia. Ukaże się ono w drugim wydaniu książki p. Jerzego Mireckiego "Dzieci'44". Jurku, dziękujemy za kontakt. Prosimy czytelników o komentarze).

Widziane z krzesła Honorowego

Prezesa Andrzeja Targowskiego.

Historiografia a historiozofia i ich konflikt w postrzeganiu polskiej historii

My Polacy jesteśmy narodem żyjący historią i wydaje się, że ją znamy i wiemy więcej na jej temat niż inne narody. Czyżby? Weźmy przykład Powstania Warszawskiego, na którego temat opublikowano wiele książek i artykułów a także nakręcono filmów. Przeważająca ich część jest na temat kalendarium wydarzeń, dominuje w nich uwypuklanie bohaterstwa powstańców i ludności cywilnej i draństwa agresorów - niemieckich okupantów. Ten typ historii nazywa się historiografią albo osią czasu jak to rejestruje Facebook.
Natomiast ocena wydarzeń związanych z Powstaniem Warszawskim (a także innych podobnych okoliczności) nazywa się historiozofią od „zofii”, która jest łacińskim słowem (sophia) określającym mądrość. Do tej pory opublikowano bardzo niewiele ocen typu historiozoficznego o Powstaniu Warszawskim. Ponieważ dopóki żyją jeszcze powstańcy unika się ocen tego wydarzenia. Moim zdaniem historiografia PW jest długa, pomimo, że trwało ono tylko 63 dni, natomiast historiozofia jest krótka. Przegraliśmy te powstanie, ponieważ nie mogliśmy jego wygrać. Nie będę uzasadniał tej tezy, ponieważ czytelnicy tego Biuletynu wiedzą dobrze, dlaczego przegraliśmy w sierpniu-wrześniu 1944 r.? Nie potrzebny nam jest w tym miejscu masochizm na ten temat, który świetnie znamy z autopsji i jeszcze czujemy gorączkę ówczesnego sierpnia i swąd palonych ciał. 
Z teoretycznego punktu widzenia owe dwie metody podejścia historycznego powinny się uzupełniać. W przypadku PW ’44 one się nie uzupełniają, ponieważ oficjalna ocena jest ubóstwianiem tego zrywu. I znów z wiadomych dyplomatycznych względów nie będę polemizował z tym poglądem.  Ale ponieważ my dzieci tego powstania ciągle żyjemy, więc zastanówmy się czy czasem nie powtarzamy tego samego błędu w obecnych czasach?
Otóż w lutym 2016 r. wybuchła bardzo ożywiona dyskusja w Polsce na temat archiwum gen. Czesława Kiszczaka przekazanego przez jego żonę do Instytutu Pamięci Narodowej. Sprawni archiwiści IPN wyłuskali dokumenty, z których wynika, że b. prezydent Lech Wałęsa był „Bolkiem.” Doszła do głosu historiografia (może prawdziwa a może sfałszowana, jak twierdzi jej zainteresowany). Zręczne media, szukające dużych nakładów i szerokiej oglądalności zaczęły publikować liczne opinie tak wrogów jak i przyjaciół b. Prezydenta. I w tych ocenach mamy do czynienia z przykładem historiozofii, która ocenia mądrość zachowań w owych czasach L. Wałęsy, który kiedy nawet powiedzmy podpisał jakiś dokument był małoznaczącym wykfalifikowanym pracownikiem fizycznym. Natomiast potem, gdy był rzeczywistym przywódcą ruchu Solidarności bez przerwy wyprowadzał w pole agentów Służby Bezpieczeństwa i On wraz z Solidarnością obezwładniał reżim PRL. Innymi słowy bilans życia ma nie tylko pozytywny, ale bardzo pozytywny. Czego jego wrogowie nie chcą zaakceptować, ponieważ w młodości powiedzmy coś podpisał i zrobił błąd.
Także i w tym przykładzie polska współczesna historiografia jest niezgodna z historiozofią, jak to ma miejsce z historią PW ’44, może także z historią innych polskich powstań. Chyba dla rozstrzygnięcia tego metodologicznego sporu powołajmy się na tezę wielkiego niemieckiego filozofa Emanuela Kanta, który powiedział „tym gorzej dla faktów.” Ponieważ uważał, że umysł człowieka jest tak potężny, że może dać sobie radę ze „złymi” faktami. Tak jak człowiek nie może być całe życie szczęśliwy, ale ważne jest by bilans jego życia był szczęśliwy. Podobnie bilans życia L. Wałęsy jest po stronie pozytywnej bardzo wysoki i to on decyduje o mądrym i dobrym życiu b. Prezydenta.
A Ty czytelniku jaki masz bilans życia?

                                                                          Profesor Andrzej Targowski


A więc jest to dwunasty, kwietniowy numer naszego Biuletynu. Zapraszamy członków Stowarzyszenia do współuczestnictwa w redagowaniu Biuletynu. Zapraszamy do redagowania rubryk, nadsyłania notek, komentarzy. 

W załączniku do dzisiejszego mejla znajduje się deklaracja członkowska Stowarzyszenia. Prosimy o wypełnienie jej (jeśli jeszcze takiej deklaracji nie otrzymaliśmy) i odesłanie do Zarządu albo mejlowo albo pocztą. W przypadku użycia drogi mejlowej nie wymagamy własnoręcznego podpisu, natomiast w przypadku wysyłania pocztą prosimy o jego dokonanie. Przypominamy że składka członkowska jest dobrowolna.


Adres korespondencyjny Stowarzyszenia: Ul. Igańska 26 m. 38, 04-083 Warszawa.


Zostań wolontariuszem, wesprzyj nas.
Może pomożesz zbudować naszą stronę internetową. 
Może zgodzisz się spotkać z uczniami jednej z warszawskich szkół i opowiesz swoje przeżycia. 
Przygotowujemy się do obchodów powstania w dniu 1 sierpnia 2016. Czy chcesz pomóc? 
Czy możesz pomóc nam w nawiązaniu kontaktu z organizacjami kombatackimi, historycznymi? 



15 mar 2016

Biuletyn Nr 11, marzec 2016



Maria Stypułkowska-Chojecka "Kama" (24.09.1926 - 5.2.2016).


5 lutego tego roku zmarła Maria Stypułkowska-Chojecka "Kama", uczestniczka zamachu na Franzu Kutscherze (tutaj, pośrodku zdjęcia z okresu Powstania Warszawskiego). "Kama" uczestniczyła w akcjach małego sabotażu i szeregu akcji likwidacyjnych. W czasie powstania przeszła szlak bojowy Parasola, była dwukrotnie ranna.
Działała m. in. w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej i w Związku Powstańców Warszawskich. Honorowy obywatel Warszawy, była członkiem honorowego komitetu poparcia Bronisława Komorowskiego przed wyborami prezydenckimi. 
Odznaczona pośmiertnie Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Sympozja, wystawy, spotkania: Co się dzieje w Muzeum Powstania Warszawskiego, w Warszawie, w Polsce i na świecie.

17 marca 2016 roku o godzinie 17.30 w Galerii Kordegarda, ul. Krakowskie Przedmieście 15/17 w Warszawie odbędzie się spotkanie promujące nową  serię wydawniczą Biblioteka Katyńska.
Idea serii Biblioteka Katyńska należy do Federacji Rodzin Katyńskich, a wydawcą jest Dział Edukacji Narodowego Centrum Kultury.
Prezentowane w serii książki mają przede wszystkim odpowiadać na pytania o Ofiary: Kim byli ci ludzie? Jaka była niegdysiejsza Rzeczpospolita, w której mieszkali ze swoimi rodzinami?
Jacy byli oni sami, zanim w 1939 roku stanęli naprzeciw Historii? Kogo zabrakło w polskich armiach II wojny światowej? Kogo zabrakło w Polsce powojennej? Co po nich zostało?
Pokazując ofiary Zbrodni Katyńskiej jako żywych ludzi, chcemy sprawić, aby konkretne osoby nie były anonimowe i odzyskały indywidualną twarz.

30 marca 2016 roku o godzinie 19:00 w Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzyka pod Liberatorem. Koncert muzyki Romana Maciejewskiego Bohaterem kolejnego koncertu z cyklu Muzyka pod Liberatorem będzie Roman Maciejewski - wybitny polski kompozytor XX wieku. W jego dorobku kompozytorskim znajdziemy różnorodne utwory fortepianowe.



Widziane z krzesła Honorowego

Prezesa Andrzeja Targowskiego.

   Dzieci- ich a my dziś w nieustającym syndromie idealności

Od 1944 r. upłynęło 71,5 lat, więc może warto zastanowić się jak dzieci nazistów i komunistów żyją po II WŚ a w szczególności, co myślą o działaniach swych rodziców w czasie wojny. W tym względzie nie ma badań tylko niniejsza ocena będzie oparta na autora doświadczeniu i analizie wypowiedzi dzieci niektórych znanych Nazistów i Komunistów.
Powojenni Niemcy bardzo niechętnie powracają do spraw wojny. W swych podróżach z PRL do NRF często pytano mnie „czy Pan jest z Polski?” „Tak” odpowiadałem. „Bo wie Pan ja byłem w Polsce w czasie wojny.” „A co Pan wtedy robił” pytałem. „Służyłem w serwisie medycznym.” Nie spotkałem żadnego Niemca, który by nie był medykiem w czasie wojny w Polsce. Potem, gdy latałem z USA do III RP (kilkadziesiąt razy, często przez Niemcy) nieraz za sąsiada w samolocie miałem Niemca a nawet często niemieckiego studenta. Nawiązywałem wówczas rozmowę na tematy wojny i widziałem, że niemieccy studenci bardzo mało wiedzieli o tym okresie. Raz oglądałem w TV wywiad z uczniami niemieckiego gimnazjum, którzy prawie nic nie wiedzieli o tej wojnie, aczkolwiek chyba dwóch słyszało o Auschwitz. Z tego wynika, że Niemcy mają jednak poczucie winy i o wojnie swym dzieciom mówią bardzo mało, w przeciwieństwie do nas, którzy do dzisiaj żyjemy w kontekście tej wojny.
Korzystnie wygląda postawa Niklasa Franka, syna Hansa Franka (1900-1946), gubernatora Generalnej Guberni na okupowanych polskich ziemiach (1939-1945) będącej niemiecką administracją okupowanej Polski. Hans Frank był bezwzględnym w stosowaniu terroru przeciwko ludności cywilnej i nadzorowaniu masowej zagłady Żydów i Polaków w obozach koncentracyjnych.  W procesie norymberskim został skazany na śmierć za zbrodnie przeciwko ludzkości i wyrok został wykonany. Miał 3 synów i 2 córki.  Brigitte popełniła samobójstwo w 1981 r. a Sigrid pozostała mocną nazistką i wyemigrowała do Południowej Afryki, gdzie dobrze się czuła w reżimie dominacji białej rasy, tam zmarła. Dwaj synowie Michael i Norman zmarli w 1990 i 2010 nie wyróżniali się niczym. Natomiast Niklas opublikował w 1987 r. książkę „Ojciec-rozliczenie rachunków“, w której ostro potępił ojca, nazywając go „śliskim fanatykiem Hitlera” oraz nie wierzył w jego skruchę przed egzekucją.
Natomiast Horst von Wächter syn Otto von Wächtera (1901-1949), gauleitera (politycznego administratora) Krakowa, Galicji i Ukrainy, eksperta od Zagłady Żydów, nie widzi nic zdrożnego w osobie swego ojca. Pewni żydowscy producenci filmu, (których rodziny zginęły w Zagładzie na Ukrainie) badający relacji pomiędzy pamięcią, sprawiedliwością i miłością spowodowali, że na planie filmu na Ukrainie jeden z nich i Niklas Frank namawiali Horsta do potępienia zbrodni Ojca. Ten jednak odmówił a potem wziął udział, jako syn bohatera w spotkaniu neo-nazistów celebrujących pamięć jednostek Waffen-SS na Ukrainie.   
Podobnie Gurdun Burwith (1929), córka Heinricha Himmlera drugiego po Hitlerze najokrutniejszego Nazisty, szefa SS i Gestapo – nigdy nie potępiła Nazizmu ani działalności swego ojca. Do dzisiaj konsekwentnie broni reputacji swego ojca i wspiera neo-nazistowskie grupy oraz żyjących jeszcze Nazistów. W tym środowisku znana jest, jako „energiczna nazistowska księżniczka.” 
Inaczej jest ze Świetlaną córką Stalina, która chciała o nim zapomnieć i uciekła z ZSRR do USA, ale jej córka a wnuczka tego super-mordercy odmówiła wyjazdu z matką i pozostała wierna pamięci Dziadka. Zapewne jego syn Jakow nie myślał dobrze o ojcu, który odmówił jego wymiany na niemieckiego feld-marszałka Paulusa i popełnił samobójstwo na elektrycznych drutach oflagu. Jedynie drugi syn Wasilij używał ile tylko mógł, jako syn „cara", ale po śmierci Ojca wylądował w więzieniu a następnie zmarł z przepicia w 1962 r. nie mając prawa (spowodowanego przez władze) używania nazwiska ojca.
Cóż tylko jeden syn Franka i jedna córka Stalina zachowali się godnie wobec zbrodni ojców, jeśli chodzi o znane przypadki.  Postawy Niemców można tłumaczyć m.in. dobrobytem, jaki im pomogli osiągnąć Amerykanie po II WŚ oraz osądzeniem i skazaniem tylko czołówki nazistowskiej. Reszta nazistów została pokojowo wchłonięta w powojenne, szybko odbudowujące się państwo, które mądrze raczej zaciera za sobą ślady i rany aniżeli je rozbudowywać i analizować. Podobny proces za sprawą Amerykanów miał miejsce w Japonii, gdzie do dzisiaj premierzy w rocznicę wojny składają kwiaty w mauzoleum Wojny, wbrew protestom m.in. Chin.
Niemcy i Japonia to potęgi gospodarcze obecnie i beneficjenci polityki gojenia raczej aniżeli rozdrapywania ran i konfliktów oraz bezkompromisowego szukania winnych. Jedynie my Polacy doskonalimy sztukę ciągłego oskarżania swych liderów w imię wysokiego i wyidealizowanego morale. Podczas gdy ludzie porządni raczej powinni być kasjerami aniżeli pchać się do polityki?   

                                                                                        Andrzej Targowski


A więc jest to jedenasty, marcowy numer naszego Biuletynu. Zapraszamy członków Stowarzyszenia do współuczestnictwa w redagowaniu Biuletynu. Zapraszamy do redagowania rubryk, nadsyłania notek, komentarzy. 

W załączniku do dzisiejszego mejla znajduje się deklaracja członkowska Stowarzyszenia. Prosimy o wypełnienie jej (jeśli jeszcze takiej deklaracji nie otrzymaliśmy) i odesłanie do Zarządu albo mejlowo albo pocztą. W przypadku użycia drogi mejlowej nie wymagamy własnoręcznego podpisu, natomiast w przypadku wysyłania pocztą prosimy o jego dokonanie. Przypominamy że składka członkowska jest dobrowolna.


Adres korespondencyjny Stowarzyszenia: Ul. Igańska 26 m. 38, 04-083 Warszawa.


Zostań wolontariuszem, wesprzyj nas.
Może pomożesz zbudować naszą stronę internetową. 
Może zgodzisz się spotkać z uczniami jednej z warszawskich szkół i opowiesz swoje przeżycia. 
Przygotowujemy się do obchodów powstania w dniu 1 sierpnia 2016. Czy chcesz pomóc? 
Czy możesz pomóc nam w nawiązaniu kontaktu z organizacjami kombatackimi, historycznymi?